niedziela, 17 września 2017

Rozdział 8 - Dziesiąty krąg piekielny

Kochani,

wiecie jak to jest, kiedy edytujecie siedem naprawdę dobrych rozdziałów, długich, spełniających wasze oczekiwania, z których jesteście bardzo dumni i cieszycie się, że ktoś je docenia, że jest z nich rad i nie omieszka oznajmić to w komentarzu, a nagle napotykacie na drodze rozdział ósmy, który wydaje się kompletnie pozbawiony logiki, zupełnie od czapy, po prostu o kant d*** rozbić? Jak nie wiecie, to się niedługo przekonacie.

Nie jestem zadowolona z tej części. Ona w ogóle powinna wyglądać inaczej i bardzo starałam się przez ostatni miesiąc coś z niej wykrzesać, żeby miała jakieś ręce albo chociaż nogi, ale im bardziej próbowałam poprawić ten rozdział, im bardziej go modernizowałam, tym wyglądał gorzej i nie oszukujmy się, jest po prostu tak tragicznej jakości, że mam ochotę sama siebie poćwiartować. Co zrobię, więc możecie być spokojni.

Nie wiem, o czym myślałam, jakie stany ducha mnie porwały, kiedy pisałam go w zeszłym roku, po prostu nie mam bladego pojęcia, co mnie opętało, bo jeszcze tak złego tekstu w tym opowiadaniu nie było i wszelkie poprawki, które starałam się nanieść na nic się zdały, zrobiły z tego jeszcze większe bagno, niż już było. Ostatecznie zostawiłam go w takiej formie, w jakiej przywitał mnie, gdy zaczęłam go korygować jakieś dwa tygodnie temu. Na palcach jednej ręki, a pewnie wolne pozostaną jeszcze dwa lub trzy, jestem w stanie wyliczyć fragmenty z tego rozdziału, które są jako tako do przetrawienia. Ale cóż, z każdą krytyką trzeba się liczyć i z każdą zmierzyć. Jestem na wszystko przygotowana, bo sama zawiniłam. Teraz tylko módlmy się, żeby kolejne rozdziały nie były równie oderwane od rzeczywistości świata, w którym rozgrywają się Zagadki.

A będąc przy kolejnych częściach... wszystko zaraz będzie, albo już jest, zależy kto kiedy zabrał się za czytanie, w odpowiedniej zakładce.

Życzę wam cierpliwości w czytaniu tego rozdziału, bo ja go na trzeźwo wziąć nie mogłam. Nie będę nic więcej pisać, i tak każdy przeczyta tyle, ile będzie chciał, a ja nikomu niczego nie zabronię, nawet jeśli jest nieletni. Z naciskiem na "nieletni".

Żegnamy się do października, bo w końcu ja też zaczynam kolejny rok akademicki, a przede mną ostatnie dwa tygodnie wakacji, więc też chcę je sobie jakoś odbić, choć ogólna deprecha wcale mnie do tego nie zachęca.

Realistka


~ Jej miękka szyja o białości czystej
wśród pian gorących podwójnej topieli,
niech drżeniem szronu, pereł, mgły przejrzystej
dal wskaże, która od twych warg mnie dzieli.

Dłoń przesuń po tej bieli niepowszedniej.
Patrz, jak jej śnieżna melodia powoli
płatki na piękność twą sypie bezwiednie.

Tak serce moje, trzymane w niewoli
przez ciemną miłość, i w nocy i we dnie,
nie widząc ciebie, płacze w melancholii.



Rozdział 8
Dziesiąty krąg piekielny


         - Dobra, ustalmy, co mamy do tej pory. – Poprawiając zsuwające się bez ustanku ramiączko od stanika Hermiona usiadła obok Harry’ego przy niewielkim, kwadratowym stoliku, przy którym miejsca zajęli również Draco i Ron; ten pierwszy bynajmniej nie wyglądał na zadowolonego, plując sobie w myślach w brodę, iż nie udało mu się odwieść kuratorki od niedorzecznego pomysłu spotkania się w lokalu Juanity, gdyż, jak zakomunikowała tonem nieznoszącym sprzeciwu, jego miejsce zamieszkania znajdowało się najbliżej i nie było sensu szlajać się po zalanymi deszczem uliczkami w poszukiwaniu spokojnego miejsca do przesiedzenia. Tak naprawdę to uparła się, by właśnie dziś zebrać wszystkie informacje odnośnie do grasującego po Londynie mordercy urządzającego sobie ze ślizgonów makabryczne rzeźby, którymi nie powstydziłby się sam Freddy Krueger, choć wszyscy skrycie liczyli, że zabójca charakteryzuje się nieco lepszą aparycją. W każdym razie, Malfoyowi było nie po drodze z pomysłem aurorki; za bardzo się spoufalała, pozwalała sobie tak po prostu na wchodzenie do jego życia i wychodzenie z niego, jak gdyby nigdy nic się nie stało, ładując się mu, a raczej Juanie, do domu, jakby byli dobrymi sąsiadami i wpadali do siebie, gdy jednemu bądź drugiemu zabraknie mąki do ciasta; nie podobało mu się to i w pierwszej chwili nie zamierzał tolerować zapędów towarzyskich Granger, jednak ostatecznie poddał się, nie chcąc rozpoczynać kolejnego konfliktu, którym jeszcze bardziej by sobie zaszkodził; wystarczył mu już fakt nadmiernego zainteresowania kobiety, która zażądała meldunków przed każdym egzaminem, kto wie, na jaki równie irytujący pomysł wpadłaby po odmowie.
         Na stoliku paliło się kilka świec unoszących się zaledwie parę milimetrów nad blatem; wosk topniał niesłychanie szybko pod pływem gorąca bijącego od niewielkiego płomienia, a powietrze robiło się lekko ciężkawe od wydobywającego się zapachu, który był tak słodki i duszący, że przy głębszym oddechu praktycznie ranił nozdrza; kompozycja kwiatów i owoców, w których dominowała głównie lilia oraz malina, doprowadzał do mdłości przy dłuższym obcowaniu, a jednak zamiast odstręczać, przyciągał do siebie, zupełnie jak ćmę do ognia. Od zawsze takie aromaty drażniły go i przyprawiały o ból głowy, ten tępy, którego nijak można się było pozbyć, a też pojawiający się zaskakująco szybko, jakby tylko czekał na pobudzenie; nie inaczej było i w tym przypadku, gdyż gdy tylko zajął miejsce obok Weasleya zaczęło robić mu się niedobrze, duszno, a myśli stały się tak ciężkie, że ledwo znosił ból, który im towarzyszył, gdy zderzały się ze sobą. Na samopoczucie miały również wpływ dwie inne kwestie, mianowicie otoczenie oraz towarzystwo; lokal był wypełniony po brzegi, zresztą tak, jak w każdy wieczór, gdy Juana zaczynała pracę, jednakże prócz stałych gości przesiadujących na sali każdego dnia, sączących dla relaksu wino, wsłuchujących się w płynące z fortepianu melodie i jednocześnie będących dobrymi znajomymi Hiszpanki dostrzegł kompletnie nowe twarze, a te spoglądały na właścicielkę z jeszcze większym ciepłem, troską, a także współczuciem, niż poprzednie; do tej pory uważał się za dobrego obserwatora, jednak nieznani mu dotąd ludzie zlewali mu się w jednego człowieka, włącznie z Juanitą zajmującą miejsce przy podwyższeniu z monstrualnym instrumentem i gawędzącą z dwójką starszych mężczyzn, sądząc po wyglądzie, będących już grubo po siedemdziesiątce; ciemne, praktycznie czarne włosy, oczy w kolorze głębokiego brązu, śniada bądź oliwkowa cera, szerokie uśmiechy i rozmowy pełne wigoru nie tylko w głosie, ale również w gestykulacji, wszyscy byli dla niego jednakowi, czy mężczyźni, czy kobiety, bezsprzecznie można było nazwać ich rodziną, a wnioskując po sympatii, z jaką jego współlokatorka obcowała z gośćmi, zapewne niewiele się pomylił, tym bardziej słysząc często padające określenia, takie jak tío, hermana, czy papá. Czuł się zwyczajnie nie na miejscu, jak kula u nogi, nie pasował to hiszpańskiej familii, z czego doskonale zdawał sobie sprawę, a lekkość, z jaką Juana obcowała z jej członkami, podwójnie dawała mu to do zrozumienia. Jednak w tym obrazku było coś, czego nie rozumiał, a jednocześnie zazdrościł, bowiem nikt z zebranych nie płakał, nie smucił się po kątach, a płynącym zewsząd kondolencjom akompaniowały serdeczne uśmiechy i naturalne, ciepłe, a zarazem pokrzepiające gesty; ta rodzina była jednością i dało się to odczuć nie tylko patrząc na nich; od nich po prostu biła niesamowita siła, której nigdy wcześniej nie doświadczył.
         Oderwał wzrok od trzech starszych kobiet siedzących nieopodal, rozmawiających o rozegranej kilka dni temu partii brydża i o tym, jaki to Pepe jest viejo verde (stary cap), cokolwiek miało to znaczyć. Potter i Granger zdążyli już rozłożyć się ze swoim śmierdzącym majdanem w postaci papierosów na stoliku, choć tylko mężczyzna palił; kasztanowłosa kobieta wodziła jedynie wzrokiem za tlącą się używką, od czasu do czasu przenosząc go na uderzające o siebie kieliszki z winem, które niespiesznie popijała reszta gości na sali.
         - To popieprzony, jak dobry stek w knajpie, gość z zamiłowaniem do stolarki – mamrotał z wciśniętym między wargi skrętem Harry, jednocześnie otrzepując zdjętą wcześniej marynarkę z drobnych pyłków. – Pederasta, ekshibicjonista i sadysta.
         - Czy to nie zbyt niebezpieczne używać tak wielu mądrych słów w zaledwie jednym zdaniu? – odezwał się Ronald, wyciągając się odrobinę na krześle i spoglądając na czarnowłosego mężczyznę z wyraźną kpiną. Po sali, jak na złość, rozniosły się głośne śmiechy, choć bynajmniej nie zostały wywołane komentarzem rudego odnośnie do inteligencji Pottera, ale wystarczyły, by zjadliwy uśmiech pogłębił się z wewnętrznej satysfakcji.
         - To może zabłyśniesz swoimi odkryciami – zaproponował drwiąco, wyciągając na sekundę papierosa z ust i strzepując nadmiar popiołu do przetransmutowanej z jednej świeczki popielniczki. Draco momentalnie skrzywił się, gdy śmierdzący dym dopłynął do niego i wkradł się do nosa, powołując nieprzyjemne uczucie drapania w przełyku, aż musiał odrobinę odchrząknąć. Kątem oka zauważył również znudzoną bądź zmęczoną Hermionę praktycznie pokładającą się na stoliku, obserwującą z niesamowitą uwagą wypalającą się używkę i postukującą palcami o własną paczkę leżącą tuż przed nią.
         - Bez wątpienia jest czarodziejem – zakomunikował rudy, drapiąc się za uchem i przybliżając do podpierającej głowę panny Granger – zna się na zaklęciach wymiarowych i ciętych, inaczej nie zrobiłby tak równych wnęk na szuflady.
         - Brawo – krzyknął niemal Harry, przyduszając wypalonego skręta kciukiem w popielniczce – za tę wiedzę wygrałeś talon na kurwę i balon!
         - Takiemu alfonsowi jak ty przyda się po stokroć bardziej – odparował, uśmiechając się cierpko i krzyżując ręce na klatce piersiowej. Potter zaśmiał się cicho pod nosem, a siedząca obok niego zrezygnowana Hermiona westchnęła głośno, przeczesując zmierzwione włosy palcami i zbierając je w niedbałego koczka.
         - No u ciebie minąłby mu termin ważności – odpowiedział, wyciągając kolejnego papierosa z paczki i dodając z szerokim uśmieszkiem zwycięstwa – prawiczku.
         Ron zmrużył gniewnie oczy, a może po prostu z urażenia, zaciskając jednocześnie mocniej palce na ramieniu i prychając pod nosem, jakby chciał dać rozmówcy do zrozumienia, że nie jest wart dalszej konwersacji. Wystarczyły jednak zaledwie sekundy, by warknął na Harry’ego, jak głodny pies pod budą, spuszczony dopiero co z łańcucha.
         - To idź dalej dymać tę swoją lafiryndę. U niej zapewne masz gratisy, jak chlamydia czy rzeżączka.
         - Ty pieprzony…
         - Jakże się cieszę, że tak dobrze się dogadujecie – wtrąciła się wzburzona panna Granger, łapiąc podnoszącego się z krzesła przyjaciela za rękaw koszuli i stanowczo sadzając z powrotem na miejscu, a raczej rzucając go na drewniane oparcie. – Może jeszcze wam kupić haftowane serwetki z Cepelii?
         Wcześniej wspominał, że czuje się niekomfortowo z powodu dwóch kwestii; towarzystwo skaczących się sobie do gardeł Pottera i Weasleya oraz próbującej ich zatrzymać Granger było właśnie tym drugim problemem, bowiem oni mieli swoje kłótnie, prywatne pobudki wywołujące w nich takie, a nie inne reakcje, a on nie miał z nimi nic wspólnego, poza dzieleniem jednego stolika, czując się przy nim, jak przysłowiowe piąte koło u wozu; jego obecność nie była im potrzebna, zresztą w ogóle nie wyglądali, jakby się nim interesowali, co w gruncie rzeczy było mu bardzo na rękę, oczywiście mówił o mężczyznach, gdyż kasztanowłosa aurorka co rusz rzucała mu apatyczne spojrzenia, jakby upewniała się, że ciągle siedzi na swoim miejscu i nie zniknął gdzieś niespodziewanie. Było to odrobinę denerwujące, gdyż miał wrażenie, że jest zanadto pilnowany; z jednej strony była bowiem Juanita, która, chcąc nie chcąc, obserwowała go między gośćmi, a jej baczny wzrok czuł dosłownie i w przenośni, nawet jeśli zajęta była rozmowami z rodziną czy strojeniem instrumentów, z drugiej zaś była natarczywa Hermiona przypatrująca mu się raz na jakiś czas, i mimo że słowem się do niego nie odezwała od pogrzebu, to miał nieodparte wrażenie, że chce o czymś z nim porozmawiać. Reasumując, był przytłoczony nieproszonym towarzystwem, a w pobolewającej od słodkiego aromatu świeczkowego wosku głowie czaiło się pragnienie wzięcia nóg za pas i zwiania od wszystkich gdzie pieprz rośnie. I dopiero teraz zaczął się zastanawiać, czemu tak po prostu sobie nie pójdzie, skoro nikomu nie jest tutaj potrzebny.
         - Jeszcze raz nazwiesz ją lafiryndą, a nogów w dupiu nie masz – warknął Harry, grożąc Ronowi palcem wskazującym, na co ten prychnął pod nosem rozbawiony, co wywołało w czarnowłosym mężczyźnie jeszcze większą złość. Gdyby nie przyciskająca go do krzesła Hermiona, której podświadomie nie chciał wyrządzić krzywdy, choć wątpił, by mu się to udało, pewnie już dawno walałby się z rudzielcem po podłodze, nie zważając na resztę klientów, których dookoła było aż na pęczki.
         - Grajcie święci pańscy – zakpił Weasley – pan Harry Potter, obrońca uciśnionych ulicznic.
         - Zabiję zaraz skurwysyna – powiedział, nie spuszczając wzroku z rozmówcy i zaciskając mocno rękę na kolanie. Panna Granger westchnęła przeciągle, opierając łokcie na blacie i chowając twarz za dłońmi wspartymi o czoło. Brakowało już jej sił do przyjaciół, nie wspominając o siedzącym przy stoliku Malfoyu, który milczał, jak zaklęty, zaś w środku zapewne wybornie się bawił, ucztując na jej załamaniu i ciągnącej się od kilkunastu minut bezmyślnej kłótni.
         - Chryste, oszaleję z wami – wymruczała, wyciągając się lekko na krzesełku i odruchowo sięgając po paczkę papierosów, jednak gdy po drodze spotkała niewzruszony wzrok Dracona momentalnie przeszła jej ochota na palenie. Zapragnęła czegoś mocniejszego, najlepiej wysokoprocentowego i co z winem miało niewiele wspólnego, a co było spowodowane nie tylko napiętą atmosferą, ale i wewnętrznym wstydem, z którym musiała walczyć za każdym razem, gdy na niego spojrzała.
         - Boga nie ma – rzucił hardo Harry, przykuwając wzrok nieco zaskoczonej przyjaciółki – wyjechał na wakacje do Vegas. Tym bardziej mogę go bezkarnie zatłuc.
         Strzyknął palcami, uśmiechając się znacząco do Rona, który, tak jak i poprzednio, prychnął kolejny raz, niczym niezadowolony kot. Takie dziecinne, można by powiedzieć, odruchy działały na Pottera, jak płachta na byka. Szykując się na jakąś kąśliwą uwagę z ust przyjaciela przygotowywał się jednocześnie do wstania i przyłożenia mu tak mocno, by nie obudził się przez najbliższy miesiąc, jednak plany pokrzyżował mu nie kto inny, jak Hermiona, zdecydowanie zbyt często i frywolnie wtrącająca się między nich, jakby miała do tego pełne prawo.
         - Jeszcze jedno słowo, albo jeden, albo drugi, a mur, beton, że powystrzelam was jak kaczki – powiedziała tak surowym i wzburzonym tonem, że mogło się wydawać, iż do obu mężczyzn coś dotarło, jednak bardzo się zdziwiła, gdy Ron kontynuował niedawną dziecinadę, nic sobie nie robiąc z jej ostrzeżenia.
         - Ależ proszę! – uniósł się, otaczając ręką pomieszczenie. – Nie krępuj się i lej nawet za wszystkie białogłowe, które uraczyły cię między nogami!
         - Cholero jedna, pierdzielona… - Poderwał się z miejsca Harry, lecz w ostatnim momencie Draco pociągnął go za koszulę, odciągając do tyłu, jednak nie spodziewał się, że Potter złapie się go i razem zlądują na świeżo wymytą podłogę, przy czym to arystokrata leżał na aurorze, a cała sala gości przypatrywała im się z zaciekawieniem, pomału zaczynając szemrać między sobą i próbując dowiedzieć się szczegółów. Czuł się jeszcze gorzej, niż jak weszli do lokalu, a trzymający go kurczowo za ramiona Potter wcale nie ułatwiał pozbycia się wstydu, z którym musiał się zmierzyć. Teraz pluł sobie w brodę nie tylko z powodu przystania na propozycję spędzenia popołudnia u niego, ale i dlatego, że nieświadomie chciał pomóc, próbując zatrzymać leżącego pod nim kretyna z kupą siana zamiast mózgu; może nie powinien, ale w tym momencie przeszło mu przez myśl, że byłoby lepiej, gdyby Weasley skończył jednak bez kilku zębów na przedzie.
         - Ja wiem, że ci wygodnie, ale może jednak zejdziesz ze mnie? – zaproponował cicho Harry, patrząc z żałością na spłoszonego Malfoya, który leżał na nim, jak skamieniały, prawdopodobnie z trudem rejestrując, co się przed chwilą stało. Blondyn zamrugał kilka razy i odsunął się od niego, niezdarnie podnosząc się z podłogi, a pierwszym, co zobaczył, gdy wychylił się zza stołu, był pełen politowania wzrok Granger, podpierającej głowę na ręce i strzepującej popiół z papierosa do stojącej na blacie popielniczki. Zauważył również, że na sali panuje niesamowita cisza, ludzie po kątach coś do siebie szeptali, a jedynie siedząca nieopodal fortepianu starsza kobieta wspierająca się na drewnianej lasce w rudawym odcieniu uśmiechała się do niego promiennie, by nagle odrobinę skrzekliwym głosem odezwać się do zajmującego obok niej miejsce dziadka.
         - ¡Qué bonito! (Jakie piękne!) – wykrzyczała radośnie, a reszta rodziny zawtórowała jej, na co Draco zmieszał się jeszcze bardziej i zaczął nerwowo otrzepywać kamizelkę z paprochów i kurzu, mimo że na materiale nie osiadła nawet drobinka brudu. Harry podniósł się chwilę później, szczerząc się niczym głupi do sera do „widowni”.
         - Chicos (Chłopcy) – odezwała się Juanita, podchodząc do nich z gitarą w ręku i poprawiając Malfoyowi rozwianą na wszystkie możliwe strony grzywkę – ¡No seáis tan parados! (Nie bądźcie tacy wstydliwi!)
         Arystokrata zmierzył kobietę wzrokiem, błagając, a raczej nakazując, by się nie wtrącała, a najlepiej, żeby w ogóle nie zaczynała bezsensownego tematu, jednak nie udało mu się zapobiec katastrofie naturalnej pod postacią łasego na wszystkie przedstawicielki płci pięknej Pottera, który na widok Juany uśmiechnął się od ucha do ucha, jakby właśnie wygrał na loterii, kłaniając się w pas i całując wolną rękę Hiszpanki, klejąc się do niej, niczym glonojad do szyby.
- No hola, hola – odezwał się głosem zadowolonego z upolowanej zdobyczy lwa, mrucząc przy tym odrobinę i wpatrując się w niemałych rozmiarów biust Juanity. Kobieta była zaskoczona i odrobinę zniesmaczona, jednakże jej reakcja była niczym w porównaniu z wywracającym oczami Malfoyem i krzywiącym się Ronem. Panna Granger obserwowała natomiast zaistniałą sytuację z boku, kompletnie niezainteresowana jej rozwojem, dopalając w spokoju nieco wymiętego papierosa, który jakoś niespecjalnie jej smakował.
         - Co taka piękność robi tu sama w tak cudowny wieczór? Malfoy – zwrócił się do arystokraty, nie spuszczając wzroku z kobiety, która zdążyła już wyrwać mu rękę i dyskretnie wytrzeć ją o materiał czarnej sukienki – przedstawisz nas sobie?
         - Ani mi się śni – wycedził blondyn, z uporem maniaka otrzepując rękawy śnieżnobiałej koszuli. Harry uśmiechnął się do niego dobrodusznie, kompletnie nic nie robiąc sobie z bezpardonowej odmowy, której prawdę mówiąc mógł się spodziewać.
         - Gnida – wymruczał do Dracona, który uniósł lewą brew nieco ku górze, wychwytując ciche prychnięcie Granger gaszącej niedopałek w popielniczce. – Harry. Harry Potter. Całuję rączki.
         Schylił się, by kolejny raz złożyć na dłoni Hiszpanki kilka pocałunków, jednak ta szybko się odsunęła, podchodząc bliżej Malfoya i kładąc mu rękę na ramieniu.
         - Gracias, pero no (Dziękuję, ale nie) – odparła, obdarzając mężczyznę wymuszonym uśmiechem, którego Potter wydawał się nie dostrzegać. – ¿Tus amigos? Deberías decirme, quería conocerlos. (Twoi przyjaciele? Powinieneś mi powiedzieć, chciałam ich poznać.)
         - Sólo conocidos (Tylko znajomi) – odpowiedział arystokrata, na co Juana zacisnęła mocniej palce na jego ramieniu, uśmiechając się pogodnie i przyglądając się siedzącym przy stoliku Ronowi oraz Hermionie. Dziewczynę od razu rozpoznała i pomachała jej ręką, w której trzymała gitarę, na co ta uśmiechnęła się do niej nerwowo, nie bardzo wiedząc, jak powinna się zachować.
         - No te creo (Nie wierzę ci) – zaszczebiotała, rozmasowując po chwili bark chłopaka. – ¿Queréis algo? Una copa de vino, ¿por ejemplo? (Chcecie coś? Kieliszek wina, na przykład?)
         - Un té es suficiente (Herbata wystarczy) – odrzekł, wychwytując wzrok staruszki, która wcześniej rozwodziła się nad specyficzną wyjątkowością niezręcznego położenia, w jakim znalazł się razem z Potterem. Notabene, przyglądał im się z wyrazem, po którym można było wnioskować, iż kompletnie nic nie rozumie z rozmowy, co było Draconowi i Juanicie bardzo na rękę.
         - ¿Estás seguro? (Jesteś pewny?) – zapytała, stawiając gitarę na podłodze i poprawiając zsuwający się rękaw czarnej sukienki. – Me parece que tengas ojos para un trozo de pastel. (Wydaje mi się, że masz ochotę na kawałek ciasta.)
         - ¿Te dice eso mi cara? (Mówi ci to moja twarz?) – Uśmiechnął się do niej delikatnie, na co Juana mrugnęła porozumiewawczo okiem, podnosząc instrument i przekładając przyczepiony do niego gruby pas przez ramię.
         - Sí, es linda como una tarta de queso. (Tak, jest ładna niczym sernik.) – I odeszła, zabierając ze sobą po drodze trzech chłopaków, którzy przypatrywali im się z zaciekawieniem, a nawet i wrogością skierowaną ku Malfoyowi. Ten zaś ponownie otrzepał kamizelkę z kurzu i zasiadł przy stoliku, przy którym panowała dość niezręczna atmosfera; Hermiona nie spuszczała z niego wzroku, bawiąc się kosmykiem kasztanowych włosów, który wydostał się z nieporadnego splotu, wyglądała przy tym, jak mała dziewczynka, która zjadła przed chwilą ostatniego cukierka i z nikim się nie podzieliła, a na dodatek była z tego faktu szalenie zadowolona; Ron był raczej zaintrygowany sytuacją i chciał wypytać arystokratę, skąd tak dobrze operuje hiszpańskim, zaś Potter… Ten stał jak kołek, wodząc wzrokiem za kręcącą się po podwyższeniu z fortepianem Juanitą, która nawet przez sekundę na niego nie spojrzała, a wręcz z premedytacją go ignorowała.
         - Te, Romeo – zawołał do Harry’ego Weasley, wyprostowując się na krześle i rozciągając zastałe mięśnie. – Wracamy na ziemię.
         - Jezusicku – wyjęczał, opadając na wcześniejsze miejsce i zahaczając przez przypadek o kolano panny Granger, które od niespodziewanego uderzenia momentalnie ją zabolało. Syknęła i spojrzała na przyjaciela z wrogością, jednak ten zdążył już odpłynąć do krainy kobiecego piękna, której nigdy nie było mu za wiele. – Takiej dupeczki jeszcze nigdy nie widziałem! Szepniesz jej kilka miłych słów o mnie, Malfoy? Wiesz, łatwiejszy start.
         Mrugnął do blondyna porozumiewawczo okiem, na co ten uśmiechnął się cynicznie, splatając ręce na stoliku i przechylając delikatnie głowę w prawą stronę.
         - Prędzej odgryzę sobie język, niż pozwolę ci się do niej zbliżyć – odpowiedział z miną niewiniątka, na widok której Harry’emu zrzedła mina i zaczął drapać się z konsternacją po gęstej brodzie.
         - Dobra, nie to nie – rzucił w końcu, jednak w dalszym ciągu nie spuszczał z Juanity oka, szczególnie, że rozsiadła się wygodnie na wyższym krześle barowym, podwijając długą sukienkę aż za jedno kolano, a na nim oparła gitarę. – Ale gdzieś tam w tym bełkocie wyjaśniłeś jej, że nie jesteśmy, no wiesz, parą?
         Tym razem to Ron zaśmiał się pod nosem, a zaraz po nim Hermiona, patrzący na wybitnie usatysfakcjonowanego arystokratę, który jedynie uśmiechał się do Pottera, a był przy tym czystszy niż łza. Nie spodziewali się, że przyjaciel tak późno spostrzeże się, że blondyn nic do niego nie mówi, jednak gdy już wypłynął z krainy rozkoszą cielesną płynącej i spojrzał na cnotliwą twarz Malfoya, od razu zrozumiał, że coś tu jednak nie gra, a nawet podejrzanie śmierdzi, tym bardziej, że bezgrzeszna mimika mężczyzny siedzącego naprzeciwko nie była codziennym zjawiskiem. Wykrzywił usta w głupkowatym uśmiechu, gdy dostrzegł duszących się ze śmiechu przyjaciół, i pochylił się nieco ku Draconowi.
         - Wyjaśniłeś jej to, co nie? – zapytał raz jeszcze, na co tym razem arystokrata pokręcił przecząco głową, a był przy tym tak niemiłosiernie zadowolony z siebie, że brakuje słów, by go opisać. Harry natomiast nieco zbladł i przeczesując nerwowo czarne kosmyki niemal położył się na blacie przed mężczyzną. – Żartujesz sobie, prawda?
         - A czy wyglądam? – odparł blondyn, słysząc odkasłującego Weasleya. Z początku nie miał takiego zamiaru, ale pod wpływem słów Pottera skierowanych pod adresem Juany jakoś tak zapragnął delikatnie utrzeć mu nosa, a że nadarzyła się ku temu świetna okazja, czemu by nie spróbować? Poza tym wyjątkowo dobrze się bawił, robiąc z głupkowatego aurora pośmiewisko przed przyjaciółmi i jeszcze bardziej pogłębiając jego szczególne braki w inteligencji.
         - Jak to nie wytłumaczyłeś jej, że nie jesteśmy gejami?! – warknął najciszej jak się dało, po omacku szukając paczki papierosów leżącej gdzieś na stoliku; był tak poruszony, że nie zauważył, że Draco już dawno świsnął mu ją sprzed nosa i wyśmienicie się relaksował przy łamaniu oraz darciu używek na strzępy, tak by zrobić Potterowi jeszcze bardziej na złość. Towarzyszył mu przy tym rozbawiony Weasley, wyciągając z kartonika i podając mu kolejne skręty miernej jakości.
         - I tak by nie uwierzyła – odpowiedział bez zająknięcia, a Harry omal nie wyszedł z siebie; był tak zszokowany, że kompletnie nie wiedział, co powinien zrobić.
         - I, i, i co – dukał, gestykulując co rusz żwawo rękami - będziesz teraz udawał, że jesteś ze mną w homo związku? Kurwa, że jak?!
         - A kto mówi o udawaniu? – odparł niewinnie, uśmiechając się równie cnotliwie, a Ron z Hermioną zanieśli się głośnym śmiechem, tak że pannie Granger pociekły z oczu łzy.
         - Malfoy! – Gorączkował się Potter, skacząc wzrokiem od przyjaciół na arystokratę, którzy doskonale się bawili jego kosztem. Oliwy do ognia dolały poszarpane papierosy, których kupka leżała przed usatysfakcjonowanym Malfoyem zbierającym ich resztki do pogniecionego pudełeczka, które następnie przyłożył do ognia ze świeczki, a paczuszka zaczęła powoli się spalać w odmętach popielniczki. – Jaja se, kurwa, robisz?!
         - Cóż, nie układa się nam – powiedział, gdy topiąca się folia z kartonika oblepiła tekturowe ścianki – od zawsze mieliśmy problem z komunikacją.
         - Jak ja ci dam problem, to zębów z ziemi nie pozbierasz. A ty co rżysz, jak końska dupa do bata?! – warknął do Rona pokładającego się na stole ze śmiechu. Rudy parsknął jeszcze głośniej, a gdy spojrzał na Malfoya ten jedynie wzruszył ramionami, nawet w Hermionie nie mógł szukać pocieszenia, gdyż zajęta była towarzyszeniem Weasleyowi w cichym wyciu z rozbawienia. Podniósł się gwałtownie z krzesła, zrywając z oparcia marynarkę, następnie starając się ją na siebie włożyć, choć machał rękami na oślep, a żadna z nich nie chciała trafić do odpowiedniego rękawa. – Na śmieszki mu się, kuźwa, zebrało, cholera. Idę po fajki, ktoś coś chce?
         Zmiął w końcu materiał pod pachą, wsadzając dłonie do kieszeni eleganckich spodni i rzucając każdemu z osobna wrogie, a zarazem pogardliwe spojrzenie. Draco pokręcił przecząco głową, zaś pozostała dwójka… Usilnie próbowała zachować resztki godności i nie wyśmiać doszczętnie przyjaciela, któremu wystarczyło, jak na jeden dzień, upokorzenia.
         - A pieprzcie się wszyscy – wymamrotał pod nosem i machnął ręką, by po chwili zniknąć za drzwiami od lokalu i skierować się ku najbliższemu kioskowi.
         Atmosfera zmieniła się momentalnie po wyjściu Harry’ego, rozbawienie rozmyło się w powietrzu, zupełnie, jak bańka mydlana, w którą wpompowano zbyt wiele powietrza, choć jej resztki osadzały się jeszcze na meblach i ubraniach; dookoła też było znacznie ciszej, intensywność rozmów zmalała, jedynie od czasu do czasu można było usłyszeć mocniejsze szarpnięcie strun od gitary siedzącej na krzesełku Juany, zapewne przygotowującej się z członkami rodziny do krótkiego występu. Największy mętlik miał w głowie oczywiście Draco, który nie bardzo wiedział, jak powinien się zachować; sytuacja sprzed chwili była nowa zarówno dla niego, jak i siedzącej przy nim dwójki, którzy nie byli przyzwyczajeni do dowcipów z jego strony, on zresztą również i ciągle zastanawiał się, co go do takiego żartowania podkusiło; wewnętrzne pragnienie utarcia Potterowi nosa to jedno, bowiem uważał, że ma pełne prawo do choćby najmniejszej zemsty za nazwanie go „psem ogrodnika”, gdyż bynajmniej nie bronił Granger przed Woodem, chcąc czerpać z owej pomocy jakieś profity, bardziej dlatego, że mężczyzna był zwyczajnie natarczywy i nieznośny, i jemu samemu nie przypadło to do gustu, nie wspominając już o zrozpaczonej aurorce, która też chciała się go jak najszybciej pozbyć, jednak nie potrafiła tego zrobić raz, a skutecznie. Dopiero teraz uświadomił sobie, że choć jego kuratorka wydaje się twarda i nieprzebierająca w środkach, to tak naprawdę w środku wciąż jest delikatną, kruchą kobietą, która nie chce zranić, ani też być skrzywdzoną, mimo że jej wygląd mówi zgoła co innego; może kląć, ubierać się niechlujnie i odpalać jednego papierosa od drugiego, ale wewnątrz nie jest już taka odporna i wbrew pozorom przejmuje się opinią publiczną. To zaskakujące, że stojąc obok siebie tak bardzo się różnią, a jednak mają więcej wspólnego, niż im samym mogłoby się wydawać.
         - Wróćmy może do konkretów – zaproponowała panna Granger, wsadzając kosmyk kasztanowych włosów za ucho, który smyrgał ją nieznośnie po twarzy, jednak wystarczyło zaledwie kilka sekund, by wyleciał z miejsca i znów ją drażnił. Odchrząknęła nieznacznie, usadawiając się wygodniej na krześle i wsadzając jedną nogę pod pośladek, mimo że dobrze wiedziała, iż od tej pozycji zaraz zesztywnieje jej cała łydka. – Masz coś jeszcze, czy z sekcji niewiele dało się wywnioskować?
         Ron pokręcił przecząco głową, krzyżując ręce na klatce piersiowej i wzdychając ku sufitowi.
         - Mogę w ciemno obstawić, że wszystkie trzy morderstwa łączy ta sama osoba – zakomunikował, postukując lekko nogą o podłogę. – Za dobrze zaplanowane, zbyt dobrze wykonane, do tego powtarza się w kółko ten sam schemat. Tylko że nie ma żadnego materiału genetycznego, który mógłby nam pomóc.
         Kobieta przytaknęła, a po chwili przeniosła wzrok na siedzącego na uboczu Malfoya, który bardziej pochłonięty był przyglądaniem się swojej znajomej, niż słuchaniem, co mają mu oboje do powiedzenia. Zerknęła  kątem oka na starszą kobietę, która z uwielbieniem stroiła gitarę akustyczną, patrząc na nią, jakby była w niej zakochana, od czasu do czasu przejeżdżając smukłymi palcami po strunach; wcześniej jakoś nie zwróciła na to uwagi, ale teraz dostrzegła jej wyjątkowość, nad którą wszyscy się rozwodzili; długie, niemal czarne włosy, pociągłe rysy twarzy, choć przyozdobione wieloma kolczykami, smukła sylwetka i melodyjny głos, wyszłaby na zazdrosną jędzę, gdyby powiedziała, że nie bije od niej prawdziwe piękno i właśnie przez tę wiedzę poczuła się niesamowicie drobna, przyduszona przez brzydotę, do której się doprowadziła, a także znieważona, gdyż patrzenie na zebranych na sali gości, szczególnie męską część, przypatrujących się każdemu ruchowi Hiszpanki, podziwiających jej powabność i komplementujących na każdym kroku siłą rzeczy wprawiało ją w kompleksy, dodatkowo obserwujący ją z niebywałym skupieniem Malfoy pogłębiał stan niedowartościowania, który był już tak wielki, że cudem była w stanie siedzieć wciąż na krześle i nie skryć się pod stołem, by nikogo nie urazić brakiem naturalnego piękna. Przypomniała sobie wczorajszy wieczór, jak w akcie totalnej desperacji dała się zaciągnąć Woodowi do łóżka, a potem żaliła się z owego przeżycia arystokracie właśnie w tej kafeterii, za barkiem na podłodze, popijając z rozpaczy wino i pokładając się na nim pod wpływem depresji po feralnej nocy z kolegą z pracy; była głupia, że dała się tak ponieść i wygadanie się kompletnie nic nie dało, blondyn w końcu nie jest najlepszym materiałem na pocieszyciela, a jednak czuła się odrobinę lepiej po tym, jak trochę z nim posiedziała, mimo że w głowie wciąż przewijał jej się film, jak w trakcie seksu majaczyła o stosunku z Malfoyem. To doświadczenie nawet nie było nie na miejscu, ono po prostu nie powinno nigdy się pojawić; rozmawiając z nim gdzieś tam miała na uwadze niespełnione pragnienie, ale dopiero teraz było ono na tyle widoczne, że zaczęła się go wstydzić, bo jak – ona, niesamowity okaz braku powabu i kultury – miałby mierzyć się choćby z kimś takim, jak siedząca na scenie Juanita? Nawet gdyby chciała, on nigdy nie spojrzałby na nią w ten sam sposób, nie miałby tego lekkiego uśmiechu na twarzy, nie wyglądałby tak ciepło, jak teraz, obserwując zagraniczną towarzyszkę, bo dla niego nie jest kobietą; jest po prostu Granger, kuratorką, a to nawet nie stawia jej na pozycji znajomej. Ciężko było się do tego przyznać, ale ta świadomość była dotkliwa; nie powinna przejmować się tym, co arystokrata o niej myśli, a jednak gdzieś tam głęboko w środku chciała, by spojrzał na nią inaczej, niż na zwykłego człowieka, żeby zrozumiał, że może jej zaufać, że naprawdę nie jest jej obojętny jego los i chce mu pomóc. Teraz nie tylko wstydziła się nocnych pragnień skrystalizowanych w majakach seksualnych, ale te dotarło do niej, że podświadomie chciałaby zbliżyć się do mężczyzny, czy fizycznie, czy psychicznie, po prostu czuła nieodpartą potrzebę bycia dla niego kimś więcej, niż zwykłą strażniczką pilnującą go na każdym kroku, czego zresztą i tak nie robiła, ale zamierzała się z tą niekompetencją w końcu rozprawić. Być może właśnie z tego powodu rozkazała mu meldować się przed każdym egzaminem; nie przez wzgląd na bezpieczeństwo, ale z czystej chęci poznania go, nawet jeśli miałaby zamienić z nim tylko dwa słowa; chciała być bliżej, chciała go zrozumieć, ale też pragnęła go nauczyć, że w tym odizolowanym świecie, do którego nie chce nikogo wpuścić, tak naprawdę od dawna nie jest sam i ma na kogo liczy, nie tylko na Rona czy Harry’ego, ale przede wszystkim na nią, bo ona mu ufa, w odróżnieniu do niego wierzy i nie chce, żeby się poddał. To głupie, że największe nadzieje pokłada się w osobach, które same skazały się na porażkę, zawsze tak uważała, a jednak ślepo podążała ową ścieżką i wcale nie czuła się w tego powodu gorsza czy mniej inteligentna; wręcz przeciwnie, czuła, że właśnie ta niepodparta niczym wiara jest najsilniejsza i uporczywie się jej trzymała.
         Zajmująca miejsce na scenie Juana powiedziała coś po hiszpańsku do zebranych na sali gości, a potem zaczęła śpiewać głosem tak przejmującym, a zarazem tak lekkim i rozczulającym, że momentalnie zrobiło jej się ciepło na sercu; w przedmowie wyłapała imię i nazwisko zmarłego Ministra, którego pogrzeb odbył się zaledwie kilka godzin temu; jeśli zatem wierzyć pogłoskom, że kobieta była jego siostrą, a w śpiewanej piosence dawała wyraz towarzyszącej jej rozpaczy, to jeszcze nigdy nie spotkała się z równie silną więzią między rodzeństwem, gdyż patrzenie na uczucia targające Hiszpanką w trakcie utworu było po prostu magiczne, przejmujące, a głos miała tak prześliczny i hipnotyzujący, że bez trudu można było wczuć się w jej ból straty, ale i wszystkie szczęśliwe chwile, których doświadczyła razem z Kingiem.
         - Veo cómo caen de mi piel trozitos descamados – śpiewała raz ciszej, raz głośniej, jednak ciągle z takimi emocjami, że nie w sposób było być na nie obojętnym. – Por la ausencia de tu humedad, mi cuerpo deshidratado. Cae, la piel rota, dejando al descubierto la otra. Con más brillo que la que cae, porque algo la está alimentando.
         Siedzący przy fortepianie chłopak przygrywał do wzruszającej piosenki, a kobieta od czasu do czasu leciutko szarpała za struny trzymanej gitary; tworzyli zgrany duet i świetnie się rozumieli, akcentując te fragmenty, które chcieli, by zabrzmiały mocniej, wyraźniej, by słuchacze mogli jeszcze lepiej wczuć się w utwór. Hermiona niewiele, prawdę mówiąc nic z niego nie rozumiała, ale patrzenie na uśmiechy rodziny, radość, ale i gdzieniegdzie smutek wykwitające na twarzy Juanity mówiły jej  wszystko, co powinna wiedzieć. Dlatego tym bardziej tonęła w urzekającym głosie Hiszpanki, która z delikatnego przejeżdżania palcami po instrumencie przeszła do pełnego grania, a towarzyszący jej mężczyzna jakby usunął się odrobinę w cień, nie chcąc przysłonić wspaniałości jej występu i oddając jej honory.
         - Hoy necesitaría la invasión de mi espacio personal, pero no, hoy no lo habrá. – Nie śpiewała głośno, a jednak słychać ją było tak wyraźnie, że nawet najmniejsze drganie w lekko zachrypniętym głosie było słyszalne na drugim końcu sali, na którym praktycznie siedzieli. – No habrá abrazo, no habrá tu abrazo, hoy no lo habrá.
         Przeciągała przepięknie dźwięki cudownie  komponując je z melodią wydobywającą się z gitary; momentami przechodziły ją ciarki, gdy koraliki na nadgarstku uderzały o instrument, a ona mocniej akcentowała słowa, a widać w nich jak na dłoni było drzemiące w niej uczucia, którym chciała dać upust, by w końcu z niej wyszły i by każdy znajdujący się na sali zrozumiał, z czym przyszło jej się zmierzyć i jak teraz będzie sobie ze wszystkim radzić.
         - El dolor por momentos se hace casi insoportable, pero lo que no te mata, te hace implacable. Cada uno en su universo siente su dolor como algo inmenso.
         Pierwszy raz od rozpoczęcia piosenki spojrzała na odwróconego do Hiszpanki Dracona i jakoś nie zdziwił jej nikły uśmiech malujący się na wargach, a także delikatne błyski w szarych oczach wpatrujących się z uwielbieniem w przyjaciółkę. Nie zszokował, ale zawiódł; na nikogo tak nie patrzył, jak na nią, co znaczy, że naprawdę łączy ich jakaś wyjątkowa więź. I nawet jeśli są tylko przyjaciółmi, to zazdrości im tej z pozoru błahej relacji; ukłucie zawiści szybko opanowało umysł i ciało, tak że teraz nie umiała już zachwycać się pięknem piosenki i melodii; chciała, żeby jak najszybciej się skończyła, a ciepły uśmiech opuścił promieniującą z radości twarz blondyna i nigdy się na niej nie pojawił. Ktoś powie, że to okrutne, ale nie potrafiła patrzeć na niego, gdy wiecznie apatyczną mimikę zmieniał ktoś inny, nawet jeśli był dla niego bardzo ważną osobą.
         Juana grała wciąż w tym samym tempie, ale głos stał się mocniejszy, niektóre uderzenia o struny również przybrały na sile, a uczucie żalu przebiło się na pierwszy plan słów utworu, który niedługo miał dobiec do końca.
         - Mi piel en silencio grita, sácame de aquí. Mi piel en silencio grita, oxígeno para respirar. Respirar de esta falta de ti, respirar de esta ausencia de mi, respirar para sentir mejor, respirar para aliviar el dolor, respirar para sentir que estoy viva – krzyknęła niemal, a z oczu siedzącej najbliżej podwyższenia kobiety popłynęły łzy, mimo że cały czas pogodnie się uśmiechała – y puedo respirar sin ti. Respirar, respirar, respirar…
         Ostatnie słowo powtórzyła kilka razy, nie spuszczając wzroku ze wspomnianej wcześniej kobiety, za którą teraz stanął postawny mężczyzna, opierając jej ręce na ramionach; uśmiechała się do nich przez łzy pojawiające się w oczach, a gdy skończyła, para praktycznie rzuciła się na nią mocno obejmując, zaś sala wybuchła oklaskami i okrzykami brnąc ku scenie i również gratulując Juanie wspaniałego występu. Jedynymi, którzy nie dali się ponieść przejmującą melodią byli Draco i Hermiona siedzący wciąż na tych samych miejscach; Ron klaskał zawzięcie i dołączył się do grupy młodych Hiszpanów gwiżdżących i krzyczących na całą salę, mimo że nie miał bladego pojęcia, co do niego mówią bądź czego od niego chcą. Panna Granger była najmniej entuzjastyczna z nich wszystkich, bowiem dopiero teraz zauważyła, jak mocno zaciska palce na materiale spodni, podświadomie pragnąc, by przedstawienie dobiegło wreszcie do końca i ulżyło jej, gdy gitara zamilkła, a wraz z nią obejmowana przez praktycznie całą rodzinę kobieta, którą jeszcze niedawno się zachwycała. Od razu spojrzała na Malfoya, który gratulował Juanie występu z daleka i obruszyła się jeszcze bardziej, gdy ten delikatny uśmiech nieznacznie się poszerzył.
         - Urzekające. – Zimny i zdecydowanie nieprzyjemny głos rozbrzmiał tuż za nią, a gdy się obróciła, ujrzała wykrzywioną w grymasie winszowania twarz Percy’ego trzymającego w ręce ciemnozieloną teczkę z wygrawerowanym złotym napisem, jednak nie zdążyła go przeczytać, gdyż rudzielec schował ją pod pachą, zajmując się ściąganiem drogich, skórzanych rękawiczek. – Juanita Escobar to owa otoczona tłumem pani, jak mniemam?
         Ani Hermiona, ani tym bardziej Draco nie spieszyli się z odpowiedzią; byli zaskoczeni, choć po arystokracie raczej nie można było tego stwierdzić, co wyliniały wypłosz robi w lokalu Hiszpanki i tym bardziej, czego może od niej chcieć. Nawet jeśli miał do niej jakąś sprawę, czy nie powinien raczej hucznie świętować stypy wraz z innymi sztywniakami zaproszonymi na pogrzeb Ministra, zamiast nachodzić ją wieczorami? Percy jednak miał to do siebie, że pojawiał się w najmniej oczekiwanych momentach, zazwyczaj wtedy, gdy dookoła panoszyły się radość i coś na kształt ulgi, żeby spektakularnie zrównać je z ziemią i przydeptać idealnie wypastowanym butem, a przy okazji napluć, by nie powróciły zbyt szybko. Tak też i teraz, po odłożeniu zdjętych rękawiczek na stolik tuż przed panną Granger, z przylepionym do pomarszczonej twarzy sztucznym uśmiechem współczucia przedostał się przez rozradowany tłum, wyciągając z niego ocierającą łzy Juanę.
         - Co za potworny gnojek – rzuciła kasztanowłosa kobieta, wyciągając ścierpniętą nogę spod pupy i próbując ją odrobinę rozprostować, jednak każde zgięcie wywoływało dziwne uczucie, jakby stopę pozbawiono wszystkich kości, a dopiero po chwili zaczął się po niej roznosić nieprzyjemny ból, a raczej irytujące dreszcze połączone z nieznośnymi skurczami, aż syknęła kilka razy pod wpływem promieniujących mrowień.
         - Kto mi powie, co tu robi Percy? – zagadnął nieprzyjemnie Ron, zajmując miejsce obok przyjaciółki i nie spuszczając brata z oczu; nie dało się nie zauważyć, że pokazuje coś Hiszpance w przyniesionej teczce i cały czas coś jej tłumaczy, ale kobieta bynajmniej nie jest zadowolona z jego przybycia i przerywa mu co jakiś czas z wzburzonym wyrazem twarzy.
         - Zdaje się, że to, co zawsze – odparła Hermiona, rozmasowując pod stołem łydkę, którą chwycił bolesny skurcz – czyli uprzykrza Bogu ducha winnym ludziom życie. Nie wiesz, czego może od niej chcieć? Malfoy?
         Spojrzała na arystokratę, krzywiąc się przy tym nieznacznie, gdyż ból nie chciał opuścić nogi, a nawet miała wrażenie, że mimo nacisku palców i szybkiego masażu staje się coraz bardziej dokuczliwy, można wręcz powiedzieć, że w ogóle nie czuła, jakby dotykała się po kończynie; była twarda i dziwacznie wygięta, a przecież położyła stopę na krawędzi krzesła, na którym siedzi blondyn; niemożliwe, by zwykły skurcz wykręcił ją do tego stopnia, to było po prostu niemożliwe.
         - Niestety nie – odpowiedział po dłuższej chwili, jednak patrzył na nią z lekkim rozbawieniem, a może i politowaniem, przez co nie bardzo rozumiała, o co mogło mu chodzić. – I choć wiem, że robisz to nieświadomie, to mogłabyś przestać wsadzać mi rękę i nogę tak głęboko w nogawkę, że możesz policzyć drobne w kieszeni?
         Zamarła pod wpływem słów i spojrzenia arystokraty, a poruszająca się po, jak do tej pory sądziła własnej, nodze dłoń momentalnie znieruchomiała, a kiedy zerknęła pod stolik dostrzegła, że trzyma Malfoya za udo, zaś postawiona, jak się jej wydawało, na krawędzi krzesła stopa w rzeczywistości została usytuowana między rozszerzonymi kolanami blondyna, praktycznie ocierając się o materiał eleganckich spodni. Wyprostowała się jak struna, zabierając kończyny z ciała mężczyzny i odwracając wzrok ku Ronowi, który przyglądał jej się z typową dla siebie miną, którą chciał jej przekazać, jak bardzo powinna się za siebie w tym momencie wstydzić. A było jej tak głupio, że zapomniała się nawet zaczerwienić z zażenowania, choć nie była to reakcja, na którą mogła mieć jakikolwiek wpływ.
         - Nie chcę tego słuchać! – Obrócili się w stronę krzyczącej Juanity, która wyrwała Percy’emu przyniesiona teczkę z ręki i rzuciła nią w fortepian, a ta odbiła się od klawiatury, która wydała z siebie kilka dramatycznych dźwięków. – Nie będę tego dłużej znosić! Wynoś się stąd!
         Szarpnęła rudego za ramię i pchnęła ku wyjściu, jednak mężczyzna po kilku krokach ponownie przed nią stanął, wygładzając klapy od beżowego płaszcza przystrojonego dziwaczną woalką. Miał ten sam lisi uśmiech, z którym paradował na ustach w Ministerstwie, zaś w Juanie aż wrzało z wściekłości, o czym świadczyła nie tylko szybko unosząca się klatka piersiowa, ale i zaciśnięte na różdżce palce, praktycznie białe od siły, jaką w to włożyła.
         - Przykro mi to słyszeć, jednakże w Wielkiej Brytanii obowiązują prawa, które nakazują… - Ni dane mu było dokończyć, gdyż Hiszpanka strzeliła mu zaklęciem między nogi, aż odskoczył do tyłu, a gdy ruszyła ku niemu, łapiąc go za poły płaszcza, Percy praktycznie pobladł ze strachu tak mocno, że przypominał ducha.
         - Fue mi hermano (Był moim bratem) – wycedziła, popychając rudego ku drzwiom. – Si piensas que puedes hacer lo que quieres sólo porque él no quería preocuparme… (Jeśli myślisz, że możesz robic to, co chcesz, tylko dlatego, że on nie chciał mnie martwić…)
         - Juana – zwróciła się do niej starsza kobieta wspierająca się na lasce – no te atormentes, es una mierda, no merece tus palabras. (nie męcz się, to gówno, nie zasługuje na twoje słowa.)
         Przytaknęła staruszce i puściła Weasleya, chowając różdżkę w rękawie sukienki. Cała rodzina przyglądała jej się, rzucając Percy’emu złowrogie spojrzenia, a ten jedynie uśmiechał się błazeńsko, poprawiając bez ustanku materiał prochowca.
         - Considerando que no queréis escucharme, me veo obligado a tomar una decisión drástica para vosotros. (Biorąc pod uwagę, że nie chcecie mnie słuchać, czuję się zobligowany do podjęcia drastycznej dla was decyzji.) – Podszedł do okna, przy którym wylądowała przyniesiona wcześniej teczka i wsadził ją sobie pod pachę, stając ponownie prze wzburzoną Juanitą, której nie zaskoczyło, że mężczyzna mówi do niej w jej ojczystym języku. Gardziła nim przez to jeszcze bardziej, a siedząca niedaleko niej babcia prawdopodobnie w tym momencie żałowała, że wcześniej ją powstrzymała. - Por supuesto, a poco que estés tan terca. (Oczywiście, dopóki jesteś taka uparta.)
         - Qué hijo de puta (Co za sukinsyn) – odezwała się staruszka, podnosząc się niezdarnie z krzesełka i zmierzając ku rudemu, który uniósł wysoko brew i spoglądał na kobiecinę z wyraźną pogardą. – Déjanos en paz y vete a tomar el culo hasta que tengo paciencia para ti, capullo. (Zostaw nas w spokoju i spieprzaj, póki mam do ciebie cierpliwość, dupku.)
         - Malfoy – odezwał się cicho Ronald, odwracając wzrok arystokraty od zbiegowiska – mógłbyś posłużyć za tłumacza? Hiszpańska telenowela bez napisów nie jest już taka fajna.
         - Niestety, ale nie jestem tak bierny z hiszpańskiego, jak ci się wydaje – odparł blondyn, a Hermiona prychnęła w odpowiedzi, zakładając pod stolikiem nogę na nogę i postukując jedną z nich o łydkę mężczyzny.
         - No któż by pomyślał – odrzekła kąśliwie, świadomie unikając poirytowanego wzroku Dracona.
         - Chciałabyś coś jeszcze dodać? – spytał, zdejmując spinkę przy mankiecie i odkładając ją przed kobietą, by następnie zawinąć prawy rękaw i podsunąć prawie do łokcia. – Czy zwykła uszczypliwość ci wystarczy, jak na razie?
         - Jestem po prostu konkretna – fuknęła, machając szybciej nogą, która ocierała się o spodnie arystokraty. Robiła to w pełni świadomie i choć wiedziała, że prędzej czy później zirytuje tym Malfoya do tego stopnia, że znów na nią warknie, to nic sobie z tej wiedzy nie robiła i uparcie dotykała go po łydce, a czasem i kolanie.
         - To fascynujące, że przy Woodzie twoja rzeczowość schowała się do dziury. – Zmrużyła gniewnie oczy i zmarszczyła usta, wydymając je odrobinę do przodu, czym wywołała u Dracona nieznaczny, a jednak zauważalny uśmieszek satysfakcji.
         - Sama bym sobie poradziła. – Mężczyzna nie prychnął, nawet nie poruszył brwią, a mimo to poczuła się wyśmiana i dobrze wiedziała, że blondyn też zdaje sobie z tego sprawę i wykorzysta ten stan przeciw niej. Była przygotowana na drwinę, praktycznie nie mogła się doczekać jakiejś zjadliwej uwagi padającej z jego ust, jednak on niespodziewanie odwrócił się do niej bokiem, zagadując przypatrującego się zbiegowisku Rona, przez co czuła się nie tylko upokorzona, ale i zlekceważona.
         - Skąd Percy zna tak dobrze hiszpański? – Rudy zerknął kątem oka na arystokratę, a po chwili powrócił do przyglądania się bratu, który zdążył rozłożyć się przy pierwszym, lepszym wolnym stoliku, a kobieta, z którą przed chwilą rozmawiał, wprost dusiła się z wściekłości ulatującej z drgającego ciała; zaciskała rękę tak mocno na gryfie od gitary, że omal go nie złamała, a Percy uśmiechał się do niej złośliwie, przeglądając zawartość przyniesionej teczki.
         - Jest z Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, pewnie ma jeszcze kilka zdolność poliglotycznych w zanadrzu – odrzekł, przygryzając wewnętrzną stronę warg. – To prawda, że to siostra Kingsleya?
         Draco zastygł w bezruchu, słysząc pytanie rozmówcy; dopiero po nim latające bezwiednie po głowie fakty zaczęły się scalać, a przynajmniej przybierać logiczną formę, gdyż wcześniej nie rozumiał powodu wizyty urzędnika u Juanity, teraz jednak motywy miał praktycznie na wyciągnięcie ręki, przez co niespodziewana wizyta nie podobała mu się jeszcze bardziej.
         - Więc przyszedł z testamentem – wtrąciła się Hermiona, obserwując wzburzoną Hiszpankę wskakującą z powrotem na podwyższenie i zbierającą długie, gęste włosy w dziwaczną plątaninę, z której wydostało się kilka kosmyków, opadając bezwiednie po bokach smukłej twarzy. Wściekłość w niej szalała, drgał każdy mięsień na twarzy, gruby i wysoki obcas buta uderzał mocno i rytmicznie w podłogę, a masa bransoletek i przywieszek zahaczała o drewniane pudło od gitary; to nie była kobieta, to był niszczycielski żywioł, który zamierzał zmieść zadowolonego z siebie Percy’ego z powierzchni ziemi; nie mogła się tego doczekać.
         - W ogóle niepodobni – stwierdził Weasley, wychylając odrobinę głowę, by móc lepiej widzieć brata; siedział dumny jak paw ze splecionymi nogami, kołysząc jedną z nich i postukując palcami o ciemnozieloną okładkę dokumentów ułożonych na udzie. Wtedy gitara wydała pierwsze dźwięki, a wraz z nimi po sali popłynął zachrypnięty głos Juany, gdzieniegdzie przeplatający się z uderzeniami grzechotek trzymanych przez młodego chłopaka stojącego nieopodal fortepianu, przed którym siedziała.
         - Apareciste una noche fría con una olor a tabaco sucio y a ginebra, el miedo ya me recorría mientras cruzaba los deditos tras la puerta – zawodziła, choc może nie było to najlepsze określenie, nieustannie przeszywając wyniosłego rudzielca wzrokiem. – Tu carita de niño guapo se la ha ido comiendo el tiempo por tu venas, y tu seguridad machista se refleja cada día en mis lagrimitas.
         - To dalej hiszpański? – zapytał Ron, drapiąc się po brodzie.
         - Brzmi jakoś… brudno? – dodała Hermiona, podchwytując zaniepokojony wzrok Malfoya; często widziała go smutnego lub po prostu obojętnego, ale jeszcze nigdy nie dostrzegła w nim zmartwienia, a które momentalnie przeszło również na nią. Przeszły ją dreszcze po kręgosłupie, gdy Hiszpanka zaczęła bełkotać z jeszcze większym żalem, by zaraz niespodziewanie uderzyć czystym jak łza głosem, mocno szarpiąc za struny.
         - Voy a volverme como el fuego, voy a quemar tu puño de acero y del morao de mis mejillas saldrá el valor pa cobrarme las heridas.
         - Andaluzyjczycy ucinają „s” – odpowiedział Draco, choć brzmiał, jakby tłumaczył coś sobie, a nie siedzącym przy stoliku czarodziejom.
         - Malo, malo, malo eres, no hace daño a quien se quiere, no. Tonto, tonto, tonto eres, no te pienses mejor que las mujeres. – Nie dało się nie zauważyć, że dotychczas wybitnie zadowolony z siebie Percy nagle zmarkotniał, a raczej obruszył się, patrząc na śpiewającą Hiszpankę z typową dla siebie zniewagą, jakby chciał splunąć jej w twarz, zresztą Juana wcale nie wyglądała lepiej, jednakże ona nie patyczkowałaby się tak, jak rudy i zapewne charknęłaby na niego tak obficie, że przez miesiąc nie pozbyłby się śliny z oczu, jeśli nie dłużej.
         - Co znaczy tonto? – spytał Ronald, przenosząc wzrok na Malfoya, który przez sekundę patrzył na niego, jakby nie rozumiał treści pytania lub chciał poprosić o powtórzenie. Hermiona była pełna obaw odnośnie do nagłych skoków nastroju blondyna i niespodziewanych błądzeń myślami gdzieś w przestworzach; nie podobało jej się to, ponieważ nie była to tego przyzwyczajona, zresztą arystokrata nigdy nie był przy niej rozkojarzony, a dzisiejszego wieczoru wybitnie często wydawał się nieobecny.
         - Głupi – odparł w końcu, spoglądając w międzyczasie na zegarek; było dość późno, wskazówki praktycznie już dobijały do jedenastej, a jego nagle naszły drażniące i niepokojące myśli, jakoby o czymś zapomniał, o czymś na tyle błahym, a jednak istotnym, jednakże nie mógł sobie przypomnieć, co to mogło być.
         - To już wiadomo, czemu Percy wygląda, jakby ktoś go osmarkał – oświadczył Weasley, uśmiechając się dobrodusznie, ale i z satysfakcją na widok burzowej miny brata; nawet jeśli Juana nie śpiewała bezpośrednio o nim, czego zresztą sam powiedzieć nie mógł, ponieważ nic a nic nie rozumiał ze słów piosenki, to niewybredne określenie uwłaczające inteligencji z pewnością uraziło rodzeństwo nieprzyzwyczajone do jakiejkolwiek krytyki.
         - Mi carita de niña linda se ha ido envejeciendo en el silencio. Cada vez que me dices puta se hace tu cerebro más pequeño.
         - Czy puta znaczy to, co myślę, że znaczy? – Draco odwrócił się w stronę panny Granger wyczekującej potwierdzenia. Przytaknął jej więc głową, powracając do rozmyślania nad sprawą, która wyleciała mu z głowy i nie chciała dać spokoju. Wskazówki cały czas przesuwały się do przodu, a on nie mógł przeć się wrażeniu, że czas mija za szybko. Coś mu umknęło, coś po prostu wyparowało, ale zostawiło za sobą nikły ślad, przez który nie potrafił wpaść, co tak bardzo zadręcza mu myśli.


         Kiosk znajdował się diabelnie daleko od domu Malfoya i wydawało mu się, że przeszedł pół Londynu, nim natknął się na niewielką budkę, w której jeszcze paliło się światełko, i gdzie dostanie paczkę choćby najtańszych papierosów. Był kwiecień, na gacie Merlina, a na dworze było tak przeraźliwie zimno i wietrznie, że miał wrażenie, iż kartki z kalendarza ulotniły się w trymiga i znów była mokra, szara jesień, a buty będą mu przemakać za każdym razem, gdy opuści ciepłe mieszkanko, którego w sumie sam nie posiadał, gdyż okupował jedynie kawałek podłogi u Hermiony. Może to niewłaściwy moment, ale zaczął się poważnie zastanawiać nad wyprowadzką, a przynajmniej takie plany chodziły mu po głowie, gdy jeszcze spotykał się z Parkinson; był wściekły na siebie i swoją głupotę, że leczył się z niej starymi metodami, próbując wyrwać pierwszą, lepszą kobietę w brzegu, mimo że znajomej arystokraty niczego nie brakuje i jest naprawdę piękna; nie miał żadnej radości z tego, że usiłował ją poderwać, a normalnie cieszyłby się jak wariat z tej okazji, tymczasem zrobił z siebie desperata i kompletnego kretyna, choć wielu powiedziałoby, że przecież i tak nim jest, więc co mu za różnica. Szkopuł tkwił w tym, że miał już dość tego, iż wszyscy wyrobili sobie o nim zdanie erotomana, nie przecząc, że przecież nim jest, jednak przy Pansy ta natura znacznie osłabła, może nawet i przekształciła się w coś zupełnie innego, a wcale mu to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie; było mu nie tyle wygodnie u jej boku, co zapewniała mu wszystko, czego do tej pory nie potrafił zdobyć, wypełniała praktycznie wszystkie luki, których nie załatała żadna jej poprzedniczka. Może to zwykłe urojenie, w końcu nie od dziś twierdził, że miłość jest wymysłem obłąkanych, ale kiedy tylko przypomniał sobie jej twarz, piękny uśmiech i wiele przegadanych o wszystkim i o niczym nocy, w których okazywała mu tak dużo zrozumienia, a on jej, że chyba nigdy w życiu tyle go nie otrzymał, serce robiło się ciężkie i gorące od towarzyszących mu wtedy uczuć. To zupełnie tak, jak z balonem, który zaczyna napełniać się ciepłym powietrzem i pomalutku unosić wzwyż; ona była jego gazem, ona powodowała, że odrywał się od ziemi, pnąc się ku górze tylko dzięki jej wsparciu, ale różnica polegała w tym, że jak sterowiec zawsze miał przy sobie swoją niewidoczną siłę, tak jego nie miało już co naładować, bo jego powietrze odleciało, pozostawiając po sobie materiałowy flak, który nawet z bliska nie przypominał już wspaniałego zeppelina. Serce próbowało bić w piersi jednostajnym rytmem, ale już nie potrafiło, już nie miało ku temu zaparcia i powodu, dla którego miałoby wrócić do bycia dawną, zdrową pompą, a przecież to zaledwie kilkanaście godzin, od kiedy się rozstali. Pierwszy raz to on został wykorzystany, pierwszy raz to jego ktoś mamił słodkimi słówkami, obiecując świetlaną, wspólną przyszłość, a teraz go zostawił z niespełnionym uczuciem, którego jeszcze kilka miesięcy temu nie mógł zrozumieć i tłumaczył je sobie na wszelkie możliwe sposoby.
         Zapalił papierosa i zaciągnął się nim głęboko, a język praktycznie przykleił mu się do podniebienia; zaczął kaszleć, a w ustach zebrała się paskudna wydzielina, gęsta i z grudkami, których miękką konsystencję wyraźnie czuł pod zębami; wypluł flegmę na chodnik, ocierając wargi wierzchem dłoni i wtedy dostrzegł nazwę skrętów wypisaną drobnym druczkiem na białym filtrze. Z reguły nie robiło jej różnicy, jaki tytoń pali, ale po kilku spotkaniach nauczył się, że najbardziej smakuje jej ten miętowy i przerzucił się właśnie na niego, mimo że był o wiele droższy, niż standardowy, który brał do tej pory; z przyzwyczajenia kupił właśnie tę paczkę, ale jej zawartość nie miała już takiego smaku, do którego się przyzwyczaił, teraz była mocno perfumowana, śmierdziała taniością i wybrakowaniem, a nawet niedobrze mu się robiło, gdy próbował zaciągnąć się mocniej, wywołując duszący kaszel i nagłe podrażnienie gardła. Tylko głupiec paliłby coś, co mu nie smakuje, a zatem jednak postradał resztki rozumu, męcząc się z paskudną używką, która nie chciała się normalnie spalać; nie dotarł nawet do połowy, a już miał dość, więc czemu dalej się nią katuje? Nie rozumiał stanu, w którym przyszło mu się znaleźć; niby niewiele się zmieniło, a tak naprawdę nic już nie było takie, jakie zawsze mu się wydawało; może stwierdzenie, że świat nie ma sensu było za daleko posunięte, ale mimo wszystko czuł, że od dziś czegoś będzie mu bardzo brakować i tę swoistego rodzaju lukę będzie odczuwał już zawsze. Drażnił go fakt, że posłużył Parkinson za zabawkę, ale jeszcze bardziej irytował się własnymi reakcjami, które mówiły o nim zupełnie co innego, niż to, co chciał wszystkim udowodnić, a właściwie tylko Ronowi, z którym wydawało mu się, że w końcu zaczął się dogadywać, jednak bardzo się w tej sprawie przeliczył; przyjaciel dawniej wspierałby go, jak tylko by mógł, teraz jest do niego tak wrogo nastawiony, że prawdopodobnie nigdy nie wrócą do starej relacji, która ich łączyła; to było dotkliwe podwójnie, ale rozumiał go, bo w końcu sam wszystkiemu zawinił i nie mógł szukać kozłów ofiarnych, na które zwaliłby choć część brzemienia; wygadanie się przed rudym miało przynieść ulgę, ten jednak postanowił nie ułatwiać mu zadania i na każdym kroku ubliżał nie tylko jemu, ale i Pansy, mimo że nie wiedział, że to właśnie z nią się spotykał, wtedy tym bardziej nie miałby dla niego litości; gdyby zatem rzeczywiście sytuacja z Parkinson była dla niego tak bez znaczenia, to czy irytowałby się równie mocno, jak za każdym razem, gdy Ron powie o niej coś obraźliwego? Oczywiście, że nie, jemu samemu choćby najlżejsza obelga nie chciała przejść przez gardło, bo nie potrafił jej złorzeczyć, choć żywił do niej wielką urazę; zawsze będzie stawał w jej obronie, nigdy nie da powiedzieć o niej złego słowa, bo gdzieś tam w tej pustej dotychczas łepetynie dudniły mocne uderzenia serca, których nie dało się nazwać głupimi i pomylić z pociągiem seksualnym.
         Latarnia, przy której się zatrzymał, błyskała co rusz światłami, jakby miała jakieś zwarcie lub dostarczano jej za mało energii, wydając przy tym drażniące syczenie i strzykanie, jakby z klosza zaraz miały polecieć iskry, a on sam roztrzaskać się na wątpliwej jakości chodniku; wiatr stawał się coraz mocniejszy, choć w porównaniu z nawałnicą towarzyszącą ceremonii pogrzebu Shacklebolta był jedynie lekkim wicherkiem; okoliczne ściany kamienic były mokre od siekającego po nich deszczu, a na ogrodzeniach można było dopatrzeć się układających się w przedziwne łańcuchy kropli. Pociągnął nosem i odchrząknął, nim włożył jarzącego się papierosa między wargi, a nagle zobaczył drobną postać kierującą się jedną z bocznych uliczek, która wyraźnie zmierzała ku niemu. Zmarszczył brwi i schował jedną rękę do kieszeni, w której spokojnie spoczywała różdżka, choć oceniając nieznajomego po sylwetce nie będzie mu do niczego potrzebna; jegomość bowiem był cherlawej postury, z daleka można go było nawet pomylić z kobietą, a kiedy się zbliżył i odsłonił twarz, którą przysłaniał daszek od sportowej czapki, Harry kompletnie się rozluźnił, gdyż był to zwykły dzieciak, prawdopodobnie wracający z jakiejś imprezy.
         - Przepraszam – zagadnął, poprawiając dżinsową kurtkę, która przekrzywiała się od plecaka założonego na jedno ramię. Zerknął na chłopaka kątem oka, zaciągając się i wydmuchując kłęby dymu w przestrzeń. – Czy wie pan może, gdzie jest najbliższa stacja metra?
         W zimnym i nikłym świetle lampy dostrzegł jednodniowy zarost zdobiący słabo zarysowaną szczękę, przypominający świeżo wyrośnięty meszek pod nosem u nieobcującego z maszynkami do golenia nastolatka.
         - Nie i spływaj – odpowiedział, strzepując popiół do pobliskiej kałuży. – Mama cię nie uczyła, że nie szlaja się po nocach?
         Chłopak uśmiechnął się nerwowo, poprawiając daszek od czapki z charakterystycznym logo znanej marki sportowej i podciągając spadające z bioder nieco ubrudzone spodnie; miał tak chude nogi, że Harry zastanawiał się, jakim cudem nie złamały mu się lub nie wygięły w drugą stronę pod wpływem taszczonego na plecach ciężaru, gdyż tobołek, co zauważył dopiero po chwili, najmniejszych rozmiarów nie był.
         - Pan Harry Potter? – Omal nie zakrztusił się dymem, gdy chłystek wymówił jego imię i nazwisko, a zrobił to z tak podnieconym wyrazem twarzy, że momentalnie zrobiło mu się niedobrze i jeszcze mocniej pragnął się go pozbyć.
         - Zależy, kto pyta – odparł markotnie, pokasłując kilka razy. Chłopak upuścił plecak na chodnik i zaczął go przekopywać, aż w końcu wyciągnął z niego niewielki notatnik i coś na kształt długopisu, machając nimi Harry’emu przed nosem, tak że prawie nie wpadł do rozpościerającej się tuż obok niego kałuży, do której strzepywał nadmiar popiołu.
         - Jestem ogromnym fanem! – wykrzykiwał, potrząsając wymiętym skoroszytem, z którego prawie wyleciało kilka kartek. – Mam wszystkie wydania Proroka o panu i pańskich misjach! Ta ze smokami była… no masakra, totalnie!
         - Nie ekscytuj się tak, bo popuścisz w gacie z wrażenia – wymamrotał, zmuszając się do grymasu mającego przypominać uśmiech.
         - Jest pan wielki, serio, od dziecka marzyłem, żeby pana poznać! – Ręce trzymające zeszycik trzęsły się, co Harry’emu mocno działało na nerwy, jednak postanowił dopalić w spokoju obrzydliwego papierosa i udawać, że wcale nie obchodzi go nagła napaść na prywatność, w dodatku po nocy i jeszcze pod zepsutą latarnią. – Jest pan moim autorytetem!
         - Ej, ej – powiedział podminowany Potter, w ostatnim momencie rezygnując z używki i wrzucając ją do wody. – W wieku dwunastu czy piętnastu lat, ile ty tam masz, szczylu, dziecko nie szuka wzorców dla formującej się osobowości, tylko zapalniczki, tak dla jasności.
         - Jest pan jeszcze fajniejszy, niż opisują to gazety! – Potrząsnął czapeczką, z której wysunęła się długa kitka w kolorze bardzo jasnego blondu. – Podpisze mi się pan? Proszę, koledzy mi nie uwierzą, że spotkałem sławnego Harry’ego Pottera, który walczył z…
         - Przestań drzeć w końcu japę, jak stare prześcieradło – warknął na chłopaka, który odrobinę posmutniał. – Dawaj to i spływaj.
         Wyrwał mu z ręki notatnik oraz długopis, by następnie otworzyć go na chybił, trafił i złożyć na czystej kartce podpis, jednak mazak jakby się zaciął, kompletnie nie chcąc oddać ani grama tuszu, przez co zaklął siarczyście pod nosem, usiłując rozpisać go, jednak i tak to nic nie dało.
         - Zaraz dam inny, proszę poczekać – zaoferował się nastolatek, zajmując się szukaniem przedmiotu w plecaku. Harry’emu było wszystko jedno i uparcie mazał rysikiem po stronie, nie zwracając uwagi na poczynania namolnego fana. Gdy cierpliwość w końcu mu się skończyła, ujrzał przed oczami drugi, o wiele normalniej wyglądający długopis, a gdy podniósł na chłopaka wzrok, dostrzegł radosny uśmiech, w którym wykrzywiły się cienkie wargi. Przyjął go bez podziękowania i złożył na nieco zmaltretowanej kartce zamaszysty podpis.
         - Masz i odczep się w końcu – warknął, oddając skoroszyt, a nastolatek niespodziewanie pociągnął go za poły marynarki i wpił mu się w usta, na co czarnowłosy zareagował mocnym odepchnięciem i wypluciem zgromadzonej w ustach śliny. W ostatnim momencie uświadomił sobie, że połknął coś małego, co stanęło mu w gardle i uparcie nie chciało przez nie przejść. Zaczął się krztusić i miał problemy z zaczerpnięciem oddechu, jednak dopiero utkwiona pod kością obojczyka strzykawka wstrząsnęła nim na tyle, że spojrzał na szeroko uśmiechniętego chłopaka, który przyglądał mu się błyszczącymi oczami, śmiejąc się cicho pod nosem, a może nucąc jakąś piosenkę.
         - Ty sukinkocie – wydukał przez zaciśnięte zęby, wspierając się na słupie od latarni, gdyż nogi robiły mu się dziwnie wiotkie.
         - Oszczędzaj siły, bo przegapisz najlepsze – odparł, jednak nie mówił już tym samym zachwyconym głosikiem, co wcześniej. Teraz był to szorstki ton, w ogóle nie podobny do dziecięcych brzmień, które do niedawna atakowały mu uszy. Gość spojrzał na zegarek na lewym nadgarstku i uniósł wysoko brwi, wydymając przy tym mocno usta i cmokając kilka razy przy poprawianiu daszka od czapki. – Niecałe dwie minuty, niezły wynik, Potter. Trzeba było ci dać mniejszą dawkę.
         - Pierdolona… - Usiłował sięgnąć sprawcy, jednak stał stanowczo za daleko, a nogi niespodziewanie zgięły się pod nim i wylądował na chodniku, by następnie przewrócić się w lodowatą kałużę i uderzyć głową o drobny żwir znajdujący się na jej dnie. Czuł nieprzyjemne mrowienie, a gardło jakby zaciskało się coraz mocniej, aż zaczął mieć poważne problemy z oddychaniem. Oprawca w tym czasie kucnął nad nim i poruszył kilka razy strzykawką w ranie, dociskając ją mocniej i kręcąc we wszystkie strony, a na ustach miał cały czas diabelski uśmieszek, który powoli rozmazywał się Harry’emu przed oczami.
         - Ej, tylko mi tutaj nie odlatuj. – Próbował kaszlnąć, jednak krtań była tak zablokowana, że jedyne, co udało mu się osiągnąć, to większe duszności. – Draco będzie zawiedziony, jeśli zobaczy cię bez odpowiedniego ubranka.
         - Mal… - Silił się, jak tylko mógł, ale praktycznie nic już nie widział, a złowieszczy głos kata dochodził do niego, jak przez grubą taflę lodu.
         - Choć nic ci to nie da, bo kocha tylko mnie. – Mężczyzna ściągnął czapkę z głowy i pozwolił popłynąć kaskadzie białych włosów po plecach. Usiadł na nieprzytomnym Potterze i powolutku zaczął rozpinać mu pasek od spodni, z podnieconymi oczami obserwując twardą wypukłość na rozporku, którą trącił kilka razy palcem, by jeszcze bardziej się powiększyła. Zaśmiał się, a raczej zarechotał na ten widok, niespiesznie rozcinając białą koszulę wyciągniętymi z plecaka nożyczkami. – Już zawsze będziesz tańczyć. Tańczyć w swoich czerwonych butach. Tańczyć, aż staniesz się blada i zimna. Tańczyć, aż zostanie z ciebie tylko skóra i kości.


         Czarny żakiecik w prążki nie był najlepszym odzieniem w wilgotną i zimną noc, jednak zakładając go rano nie miała pojęcia, że przyjdzie jej siedzieć na dworze tak długo; po pogrzebie miała wrócić od razu do domu, wyleczyć wszelkie wyrzuty sumienia porządną dawką niskiej jakości wina oraz siedzącymi w zamrażalniku specjalnie na tego typu okazje lodami o smaku czekoladowym, a później pójść spać i nie wychodzić spod kołdry najlepiej… nigdy. Plany jednak uległy zmianie, a teraz sterczała na lodowatym wietrze, dopalając w spokoju papierosa, czego nie mogła zrobić w lokalu przy Malfoyu; znaczy, teoretycznie mogła, bo w końcu ile to razy wyrzucała Ronowi, że nie jest jej matką i nie ma prawa zabronić jej palić? Przy arystokracie była natomiast jakoś mniej uparta i bardziej się pilnowała; co było tego powodem? A któż właściwie mógł odpowiedzieć jej na to pytanie?
         Drzwi zaskrzypiały i uchyliły się nieznacznie, a ze środka wyszedł wspominany przed chwilą mężczyzna z niedbale zarzuconym na ramiona płaszczem, jednak i tak wyglądał, jak ściągnięty z okładki jakiegoś popularnego magazynu, który rozchodził się z milionowych nakładach, tak jak ciepłe bułki dopiero wyciągnięte z pieca i wyłożone na ladę w piekarni. Zaciągnęła się ostatni raz i wyrzuciła niedopałek, który wylądował przy nieco obłupanym krawężniku po drugiej stronie ulicy, gasnąc na kratce studzienki kanalizacyjnej, by w końcu wlecieć między pręty i zniknąć pod ziemią; dym zmieszał się z parą i gęstą chmurą wypuszczoną spomiędzy warg zaczął unosić się do góry, powolutku rozpływając w powietrzu przesiąkniętym wszechobecną wilgocią. Draco stanął obok niej, opierając się o ścianę budynku i wkładając ręce do kieszeni spodni; oprócz oczywistego dyskomfortu czuła przy nim coś jeszcze, jednak nim zdążyła owo uczucie określić, mężczyzna niespodziewanie zaczął zadawać jej pytania, do czego w ogóle nie była przyzwyczajona, były nie tyle niewygodne, co krępujące, więc tym bardziej nie miała ochoty odpowiadać na nie.
         - Zawsze jesteś taka miła dla ludzi, z którymi nie masz ochoty więcej się widzieć? – Trąciła czubkiem trampka leżącego przy stopie kamyczka, pchając go odrobinę do przodu i obejmując się odruchowo ramionami.
         - Pijesz do Olivera? – spytała, choć doskonale znała odpowiedź.
         - Po pogrzebie podeszłaś do mnie, żeby mieć pewność, że nikomu o tym nie powiem? – Przełknęła nadmiar zebranej w gardle śliny, pochylając jeszcze niżej głowę i wzbijając wzrok w przesuwającą się po żwirku nogę; piasek rzęził pod wpływem tarcia, dając osobliwą formę odwrócenia uwagi od niedogodnych pytań. – Czy za bardzo wzięłaś sobie do serca postanowienie pilnowania mnie?
         Pokręciła przecząco głową, ale nie odpowiedziała. Ręka świerzbiła ją, by wyciągnąć z kieszeni paczkę papierosów, jednak jednocześnie coś ją blokowało i potrafiła jedynie bujać się na piętach, mimo że zesztywniałe odrobinę nogi uginały się w takt nieprzyjemnych dreszczy i drgań rozchodzących się po ciele. Usłyszała głośne westchnięcie opierającego się obok niej o ścianę blondyna, na którego zerknęła kątem oka, jednak równie szybko spuściła wzrok, przygryzając wewnętrzną stronę wargi.
         - Nie lubisz jej – stwierdził, na co prychnęła cicho pod nosem, kładąc zgiętą w kolanie nogę na murze.
         - Kogo?
         - Juanity – odrzekł, unosząc nieco głowę i wypuszczając kłęby pary z ust; mimo kwietnia pogoda wciąż nie dopisywała, a noce były równie zimne i nieprzyjemne, zupełnie jak w styczniu.
         Przez chwilę zastanawiała się, jakiej odpowiedzi powinna udzielić Draconowi. Bo czy rzeczywiście nie pałała do Hiszpanki sympatią? Trudno powiedzieć; z początku wydawała się miła, bardzo ciepła i opiekuńcza, z pewnością taka jest, ale po niedawnych występach, ujrzeniu bliskości, jaka łączy ją z arystokratą, nabrała wrażenia, że nieważne, jak bardzo będzie się starać, nigdy nie polubi jej na tyle, by w pełni ją zaakceptować. Kobieca zazdrość jest bowiem okropna, nawet jeśli dotyczy osoby, z którą niewiele ma się wspólnego.
         - Jak mam ją lubić, jeśli nawet jej nie rozumiem? – odparła po dłuższej chwili, podnosząc na Malfoya wzrok i dostrzegając coś na kształt uśmiechu wypływającego na nieco suche wargi. Obrócił się nieco ku niej, przekładając nogi w kolanach, tak że czubek jednego buta opierał się o ziemię.
         - Juana mówi po angielsku, zresztą dobrze o tym wiesz. – Odwróciła wzrok, wbijając go w ciemną uliczkę, którą pamiętała z wczorajszego spaceru, kiedy to nocą nawiała z mieszkania Wooda. Jak już wcześniej wspominała, sytuacja była krępująca, a teraz dodatkowo przywoływała niechciane wspomnienia, których za wszelką cenę próbowała się pozbyć. Na nic jednak były wszelkie wysiłki, bo wystarczyło ciut dłużej patrzyć na arystokratę, by wyrzuty sumienia, wstyd oraz obawy znów zalały głowę, nie dając jej nawet odrobiny wytchnienia.
         - Ona nauczyła cię hiszpańskiego? – spytała, chcąc zmienić temat na nieco mniej kłopotliwy. Draco wpierw uśmiechnął się pod nosem, opuszczając lekko głowę i oblizując spierzchnięte wargi, a na ten widok zrobiło jej się dziwnie ciepło, lecz nogi wciąż drżały przy każdym, najmniejszym ruchu.
         - Składanie zdań na poziomie dwulatka nie znaczy, że mówię po hiszpańsku – odparł, wracając do niewzruszonej postawy i odgarniając kilka kosmyków jasnych włosów zwianych przez mocniejszy podmuch wiatru. Hermiona wyczuła delikatny zapach pieprzu i jakiejś korzennej przyprawy, jednak był on tak subtelny, że chwilę potem kompletnie zanikł. – Nauczyła mnie zaledwie kilku zwrotów, na reszcie bazuję na przypuszczeniach.
         Nie odpowiedziała i nie przytaknęła głową; była jeszcze bardziej rozdrażniona faktem, że znalazła kolejny powód, by niechętnie zadawać się z Hiszpanką; ona ma bardzo dużo wspólnego z Malfoyem, świetnie się dogadują, nie wspominając, że ze sobą mieszkają. Czy miała w ogóle jakąś szansę dowiedzieć się czegoś o nim, a czego nie poznałaby przed nią Juana? Prawdopodobnie nie i choć wiedziała, że nie miała o co by zazdrosna, bo przecież arystokrata jest dla niej tylko byłym więźniem, to jednak gdzieś tam w środku czuła dotkliwe ukłucia żalu, że nie potrafi się z nim porozumieć, a bardzo by chciała. Owo niezrozumiałe uczucie towarzyszyło jej od jakiegoś czasu, pragnienie bycia blisko kogoś, kto nawet nie spojrzy na ciebie, jak na potencjalnego przyjaciela, tak jakby Draco miał w sobie fantastyczną cząstkę, którą przyciągał do siebie wszystkich dookoła; bez względu na to, czy go lubisz, czy też nie, po prostu chcesz zostać przez niego zauważonym, mieć dla niego jakąś wartość, nawet jeśli tylko materialną; pogłębiało się za każdym razem, gdy go widziała, a od wczoraj osiągnęło horrendalną wielkość, tak że kompletnie zatraciła zdolność normalnego reagowania na niego, coraz częściej zapominała języka w gębie, a jeśli już się odezwała, to pluła jadem na każdego, kto znalazł się w polu rażenia. Zachowywała się nielogicznie i doskonale zdawała sobie z tego sprawę; jednego dnia widziała w nim mordercę, drugiego majaczyła o nieziemskim stosunku, gdzie był jej kochankiem, a trzeciego kierowała się pobudkami typowymi dla zazdrosnej żony, jakby byli świeżo upieczonym małżeństwem; Malfoy od zawsze coś w sobie miał, coś, co pociągało, choć dokładnie się wiedziało, że mocno można się nim poparzyć; ona też wpadła w tę dziwną nagonkę towarzyską, bo niby z jednej strony nie chciała mieć z nim nic wspólnego, przynajmniej poważnie, ale z drugiej coś ją ku niemu pchało, ta otoczka obojętności, którą wokół siebie rozpostarł sprawiała, że chciała się jej pozbyć, odkryć, co próbuje pod nią schować i poznać go tak dogłębnie, na ile tylko wystarczy jej sił. Nie starał się być w centrum uwagi, wręcz uciekał od niego jak najdalej, i to czyniło go tak widocznym, że całymi dniami siedział jej w głowie i zawracał myśli, jednak, czy mogła spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć, że jest już tym zmęczona?
         Siedem lat wspólnej nauki powinno ją czegoś o nim nauczyć i wydawać by się mogło, że rzeczywiście coś tam mogła powiedzieć na jego temat, choć byłyby to prawdopodobnie same ogólniki. Niestety bazowanie na obrazie z przeszłości w obecnych czasach mijało się z celem, bowiem Malfoy niewiele, żeby nie powiedzieć nic, zachował z dawnego siebie; pozostała chorobliwa wyższość i pogarda dla drugiego człowieka, ale były to zaledwie krople w oceanie cech, którymi się charakteryzował. Innymi słowy, nie było mowy o jakiejkolwiek znajomości jego przyzwyczajeń, odruchów czy upodobań. To tak jak z daniem przygotowywanym przez niezastąpioną w kuchni babcię; stare receptury zawsze są najlepsze, i gdy nagle serwują tę samą potrawę, na tym samym talerzu, z wyglądu identyczną, jak ta przyrządzana przez ukochaną kucharkę, ale smak nie jest ani trochę zbliżony do tego, który zapamiętał język za dziecka, czar i wyjątkowość pryskają, bo to nie jest już ten sam posiłek; za bardzo przekombinowany, może za dużo lub za mało składników, może coś czymś zastąpiono, żeby włożyć w niego cząstkę siebie, jakby nie spojrzeć, nigdy nie będzie smakował równie wyśmienicie, co ten gotowany przez ubraną w fartuch babcię stojącą przy garkach w niewielkiej kuchni, w której roztaczają się cudowne zapachy pobudzające brzuch do pragnienia zaspokojenia ssącego żołądek głodu. Dla niej Draco jest właśnie takim talerzem, który pamięta, wydawać by się mogło, że pierwszy kęs będzie miał ten sam smak, który utkwił w pamięci przed kilkoma laty – cierpki, nieprzyjemny, pozostawiający na języku nalot, którego nie będzie można się długo pozbyć – a jednak okazał się być inny, niby trochę podobny, ale cały czas czegoś mu brakuje. Normalnie zrezygnowałaby i odstawiła naczynie, więcej go nie ruszając, tymczasem danie, które miała przed sobą, choć mocno niedopracowane, właśnie zachęcało do jedzenia, tylko potrzebowało szczypty soli bądź pieprzu, a najlepiej jednego i drugiego. Czuła jednocześnie, że będzie to za mało i przyjdzie jej spędzić nad rondelkiem bardzo dużo czasu, nim odkryje wszystkie przyprawy, których zabrakło w potrawie, ale metodą prób i błędów w końcu dojdzie do perfekcji i wyciągnie z niej to, co najlepsze. Malfoya trzeba się bowiem nauczyć, zacząć od bazy, a dopiero potem rozpoznawać kolejne smaki, próbować bez ustanku, nawet jeśli będzie się to wiązało z poparzeniami; popełniła błąd zabierając się za niego od wierzchniej warstwy, oceniając po pozorach i wydając werdykt po wyglądzie; z czasem skusiła się na kęs, potem kolejny i zaczęła odkrywać, z jak wielu składników się składa, ingrediencje uzależniły ją, mimo że nie znała ich nazw, ani proporcji, znalazła się na etapie, gdzie za wszelką cenę chce dokończyć posiłek. Jednak, czy zdąży to zrobi, nim ktoś świśnie jej talerz sprzed nosa?
         Przeszły ją dreszcze, a w ciemnej uliczne zamiauczał głośno kot, przyprawiając o szybsze bicie serca; niemal poderwała się spod ściany, gdy usłyszała uderzanie metalu i spadającą na ziemię pokrywę od śmietnika, a później bezpańskie zwierzęta zaczęły się gryźć i przewalać w kącie, zapewne walcząc o lepszy kawałek resztek z kolacji spoczywającej na dnie kosza; zaklęła cicho pod nosem, wypuszczając głośno powietrze z płuc i opadając na mur, a nogi drżały coraz mocniej.
         - Chryste, zawału kiedyś dostanę – wymamrotała, przypominając sobie o stojącym obok niej mężczyźnie, którego beznamiętny wzrok podchwyciła, gdy obróciła lekko głowę. Odgarnęła plączące się po twarzy kosmyki, wsadzając je za uszy i odchrząkując nieznacznie, by powrócić do bezmyślnego przypatrywania się zniszczonym trampkom.
         - Ładnie gra – rzuciła ni z tego, ni z owego – i śpiewa. Juana w sensie.
         Malfoy uśmiechnął się pod nosem, a raczej wykrzywił odrobinę wargi, czego zafascynowana nadmiarem zebranego pod podeszwą butów błota Hermiona nie była w stanie dostrzec, a może zwyczajnie nie chciała. Zaśmiała się cicho i nerwowo pod nosem, a raczej wydała z siebie prychnięcie mające przypominać śmiech, obejmując się ciaśniej rękami.
         - Ja jakoś nigdy nie miałam talentu muzycznego – dodała, postukując piętą o ziemię; zastanawiała się, co ją wzięło na takie uzewnętrznianie się przed arystokratą, który pewnie i tak ma głęboko w poważaniu zajęcia, na które uczęszczała za dziecka. – Choć kilka lat przy fortepianie powinno mnie czegoś nauczyć.
         - To jeden z przyjemniejszych instrumentów – odparł Draco, przyglądając się pannie Granger z zaciekawieniem, choć ciężko było się go dopatrzyć na bladej twarzy. Kobieta odwróciła gwałtownie głowę, podnosząc na niego wzrok pod wpływem usłyszanych słów; jakoś tak lepiej jej się zrobiło, że wreszcie się do niej odezwał.
         - Nie, jeśli spędzasz przy nim trzy dni w ciągu tygodnia. - Chciała rozluźnić atmosferę, ale szybko doszła do wniosku, że nie był to najlepszy pomysł. Malfoy jednak nie wyglądał na znudzonego, nawet jakby trochę się ożywił, więc może i dobrze się stało.
         - Nie lubisz grać? – spytał, przekrzywiając odrobinę głowę.
         - Raczej nie umiem, niż nie lubię – odpowiedziała, spoglądając kolejny raz w ciemną uliczkę, gdzie nie świeciła się żadna latarnia, co było dziwne, gdyż reszta lamp na wybrukowanej ścieżce działała zupełnie normalnie. – Nauczycielka zawsze mi powtarzała, że mam za ciężką rękę i zmiażdżę kiedyś klawisze.
         Zaśmiała się, wyciągając ręce nieco do przodu i przypatrując się palcom, które od dobrych kilku lat nie dotknęły klawiatury fortepianu. Zawsze wydawało jej się, że jako dziewczynka będzie umiała okiełznać piękny i majestatyczny instrument przepełniony elegancją; w końcu co pasuje bardziej do małej księżniczki, którą od dziecka powtarzano jej, że jest? Rzeczywistość nie sprostała marzeniom, nawet nie była im odrobinę bliska, szybko wyciągnęła ją z obłoków, ściągając na twardą ziemię słowami, że zachowuje się w trakcie gry jak słoń w składzie porcelany; trudno było przełknąć gorzkie łzy porażki, ćwiczyła bardzo długo, jednak w końcu dała sobie spokój, dochodząc do wniosku, że muzyka po prostu nie jest dla wszystkich, nie każdemu dane jest móc uczestniczyć w niej bezpośrednio, pozostało jej jedynie słuchać i przyglądać się zdolniejszym od siebie. Po kilku latach próbowała zagrać ponownie, ucząc też tego jednego wieczoru Rona, ale choć jemu dźwięki wydawały się piękne, dla niej brzmiały jeszcze gorzej, niż jak co drugi dzień zasiadała z nauczycielką do fortepianu. Wtedy ostatecznie zrezygnowała i więcej nie dotknęła białych oraz czarnych klawiszy, bojąc się, że urazi kogoś brakiem zdolności muzycznych.
         Przeszły ją dreszcze i podskoczyła, gdy Malfoy ujął delikatnie jej lewą dłoń, a następnie otoczył ramieniem i chwycił prawą, przylegając klatką piersiową do ramienia i sporej części pleców. Jeśli usłyszał i wyczuł, jak mocno i szybko bije jej serce, to i tak było za późno, żeby cokolwiek z tym zrobić.
         - Fortepianu musisz się nauczyć – powiedział, pochylając się odrobinę przy jej policzku – wyczuć klawisze, rozpoznać fakturę. To wdzięczny, ale kapryśny instrument, do którego musisz się dopasować, nie on do ciebie.
         Wyprostował nieco palce u dłoni kobiety, zginając je nieznacznie w nadgarstkach i przyciągając łokcie bliżej ciała.
         - Lekko, bez siły, masz czuć jego wibracje pod opuszkami, nawet jeśli nie grasz – mówił, głaskając uniesione dłonie i delikatnie nimi sterując, uginając subtelnie palce i rozszerzając je co chwilę. – Po klawiaturze płyniesz, rozpoznajesz ją, nie wkładasz w to mocy ani logiki. Fortepian można łatwo zranić, zrazić do siebie, ale kiedy cię zaakceptuje, będzie wydawał tylko najpiękniejsze dźwięki.
         Puścił ją i odsunął się, opierając się z powrotem o ścianę; ona stała osłupiała, uchylając i zamykając co chwilę usta, wpatrując się w niego urzeczona, niczym w najpiękniejszy obrazek, którego nikt przed nią nie mógł obejrzeć; ręce słabo opadły przy ciele, ale palce uginały się co rusz, jakby próbowały sobie przypomnieć sposób, w jaki przed chwilą nimi dowodzono, leciutko dotykały materiału koszuli, której brzegi powiewały na wietrze, oraz szorstkiej tkaniny, z której wykonano spodnie; pierwszy raz tak wyraźnie czuła drżenie ciała pod opuszkami, nigdy bowiem się na tym nie skupiała, wychwytywała nawet nieznaczny ruch mięśni czy przylegających do skóry ubrań. A on po prostu stał, obserwując ją spod przymkniętych powiek, a długie rzęsy pobłyskujące w świetle pobliskiej latarni nadawały im niebiańskiego uroku.
         - Malfoy – zwróciła się ku niemu cicho, a oczy mężczyzny otworzyły się szerzej, źrenice przysłoniły niemal całe tęczówki, przeszywając ją na wskroś; przełknęła głośniej ślinę, robiąc ku niemu niepewny krok. – Naucz mnie grać.
         Przeszły go dreszcze, silniejsze od wyrzutów, którymi się zadręczał, gdy wbrew rozsądkowi pochwycił kobietę w ramiona, mamiąc ją frazesami o piękności gry na fortepianie, którego nawet nie lubił i sam miał problemy z wykonaniem najprostszego utworu, myląc klawisze czy przyciskając nieodpowiedni pedał; nie powinien jej obejmować, było to niebezpieczne i nielogiczne, wciąż miał problem z cudzym dotykiem, gdyż ciało reagowało natychmiastowym bólem oraz agresją, wracając do drastycznych zapędów Weasleya siedzącego jak gdyby nigdy nic w lokalu, popijającego wino i panoszącego się z jeszcze bardziej rozdętym ego; dlaczego zatem tak po prostu przylgnął do niej, udając, że nie słyszy jej szybkiego oddechu i nie czuje delikatnych perfum przywodzących na myśl pola bawełny?
         Granger jest kobietą naiwną, zbyt łatwo ulega pobudkom umysły czy serca, daje sobą manipulować mniej lub bardziej świadomie, jednak na końcu zawsze budzi się w niej rozsądek przykryty płaszczykiem bezmyślnej troski, którą potrafi otoczyć nawet bezpańskiego psa stojącego przy drodze. To wrażenie nie minęło, nawet pod wpływem wczorajszych, nocnych wydarzeń, ale zmieniło kształt, w jaki dotychczas je postrzegał; prostoduszność nie była już wadą, tak rozległą, że aż raziła go w oczy i uprzykrzała dzień za dniem, stała się zaletą, dzięki której zaczął dostrzegać błędy, których ogrom trudno było zliczyć, potknięcia, jakim się poddawał, ślepo wmawiając sobie i światu, że kieruje się właściwą ścieżką. Aż strach pomyśleć, jaki wpływ ma na niego kobieta, której działania ograniczają się tak naprawdę tylko do zamartwiania się o to, co się z nim dzieje; nie jest przy tym zbyt bezpośrednia, może z dwa razy powiedziała mu otwarcie, że nie jest jej obojętny, jednakże sposób jej bycia, zachowywania się, rozmawiania z nim czy po prostu patrzenia, te z pozoru błahe gesty przyczyniły się do największych zmian, które ciągle w nim zachodzą. Dotyk Granger wywołuje niechciane uczucia, kojarzy mu się bowiem ze spokojem, za którym goni, a którego sam nie może osiągnąć, i do czego w końcu musi się przyznać; nie jest samowystarczalny, ale fakt, że to właśnie ona ma na wyciągnięcie ręki upragnioną ciszę, której pragnie, jest bardzo ciężki do przetrawienia. Uwłaczające, iż nim się obejrzy, pada do jej stóp, skomląc choć o chwilę ulgi, tak jak w przypadku niedawnego objęcia; zrobił to odruchowo, można nawet stwierdzić, że bezmyślnie, ponieważ przeczuwał, wiedział wręcz, że na końcu doświadczy błogiego spokoju, i nie pomylił się, gdy dotknął jej lekko drżącego ciała, ujmując silne, acz delikatne dłonie i wdychając przyjemny zapach wydobywający się z rozgrzanej szyi, której ciepło czuł aż zbyt wyraźnie na własnej. Wtedy zrozumiał, że to nie napaść Weasleya wywołuje w nim poczucie strachu i gniewu, gdyby tak było, równie ostrożnie zachowywałby się przy Ronie czy Potterze, albo nawet Juanie; to dotyk Granger nim wstrząsa, jest tak silny, że aż nie może go utrzymać, przygniata uczuciem, którego pożąda, a którego nie może mieć; boi się go chwycić, wstydzi się poprosić, męcząc się bezsilnością i złoszcząc się na nią, gdyż związała mu ręce, a sam nie potrafi ich uwolnić.
         Ciszę przerywaną podmuchami porywistego wiatru hulającego między wąskimi dróżkami przecinającymi stare kamieniczki przedarło głośne i agresywne szczekanie psa dobiegające w końca ciemnej ulicy; lampa mrugała od czasu do czasu światłem, mimo że jeszcze chwilę temu panowały przy niej egipskie ciemności. Odkaszlnął cicho, odgarniając kosmyki platynowych włosów z czoła i odchodząc od ściany, tak że prawie stykał się z Hermioną klatką piersiową, patrząc na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
         - Wracajmy – powiedział, odwracając się ku drzwiom i łapiąc za klamkę, jednak kasztanowłosa kobieta wciąż tkwiła w tym samym miejscu, spoglądając na niego ni to z prośbą, ni niezrozumieniem; miała zaczerwienione policzki i błyszczące oczy, jednak to nie one przykuły jego uwagę, a dwie postacie majaczące pod przerywanym światłem wydobywającym się co rusz z latarni. Momentalnie przypomniał sobie, co nie dawało mu długo spokoju, nim nie wyszedł z kafeterii do Granger.
         - Nie zaciekawiło cię – odezwał się cicho, bardziej, jakby mówił do siebie – gdzie do tej pory wałęsa się Potter?
         Minął ją ze ściągniętymi lekko brwiami i zacieśnionymi ustami, wpatrując się w oświetlany raz na jakiś czas punkt, gdzie przesuwały się dwa ciała, jedno na ziemi, drugie próbujące je przeciągnąć gdzieś dalej.
         - Poszedł po papierosy – odparła, obracając się ku zesztywniałemu Malfoyowi i przenosząc wzrok w miejsce, w które wpatrywał się z uporem maniaka. Przełknęła nadmiar zgromadzonej w przełyku śliny, a gardło momentalnie zabolało, jakby właśnie przeszła przez nie niemałych rozmiarów piłeczka. Nabrała złego przeczucia odnośnie do osób widocznych w miałkich przebłyskach światła rzucanych przez uliczną latarnię.
         - Idź po Weasleya – rozkazał, zakładając płaszcz, wcześniej zwisający luźno na ramionach – i Juanę.
         - Po c… - Nie dokończyła, gdyż arystokrata warknął na nią ostro, spoglądając równie agresywnie.
- Nie pytaj, tylko to zrób. - Przytaknęła mu, wbiegając do ciepłego lokalu i zostawiając go z ujadającym na całą okolicę psem zamkniętym gdzieś na balkonie lub w ogródku po drugiej stronie ulicy.
Draco rozejrzał się po kamieniczkach, a później próbował dokładniej przyjrzeć osobom, które dostrzegł w ciemnym zaułku; jedna z nich ewidentnie była nieprzytomna, taszczona po chodniku z bezwiednie poruszającymi się nogami i rękami, druga była o wiele drobniejsza, z daleka można było pokusić się o twierdzenia, iż jest to kobieta. Ale Malfoy nie był głupi i nie dał się nabrać na długie włosy otulające twarz tajemniczej persony, tak jasne, że niemal białe, bijące światłem od pobłyskującej lampy. Złapał mocno trzonek różdżki, która wystrzeliła prosto w dłoń z rękawa białej koszuli, powoli i jak najciszej przesuwając się w stronę postaci, coraz wyraźniej słysząc stękania jednej z nich, mocującej się ze zwiotczałym ciałem.
- Jeszcze kawałek – rzężał do siebie mężczyzna, dysząc ciężko i zapierając się z całych sił, by ruszyć nieprzytomnego w tył; szarpał i ciągnął za ręce, wypuszczając co rusz głośno powietrze z płuc. – No dalej, rusz się, Potter.
Przystanął na dźwięk nazwiska aurora, a zimny pot zaczął spływać po kręgosłupie, mocząc koszulę i możliwe, że kamizelkę, zaś różdżka o mały włos nie wypadła mu z ręki. Choć wciąż był daleko, a przynajmniej na tyle, by w miarę bezpiecznie obserwować napastnika, to czuł mocny niepokój, ale i strach zbierający się w ciele, lekko dygoczącym przy każdym kolejnym kroku. Nie musiał zgadywać, nie musiał też dokładnie widzieć, bo znał oprawcę Pottera, spotkał się z nim bezpośrednio w operze, ale nie sądził, że okaże się aż tak niebezpieczny; długie włosy plątały się wokół chłopięcej twarzy, a ciężkie buty brodziły w kałuży, przez którą próbował przeciągnąć ciało czarodzieja. Draco nie mógł się ruszyć, choć wydawało mu się, że ciągle przesuwa się do przodu; stał w cieniu jednej z kamienic, zacieśniając i rozluźniając uścisk na różdżce, oddychając przy tym szybko i nierówno. Wtem po okolicy rozniósł się huk, zaś na horyzoncie pojawił się pobladły Ron, biegnąc ku przerażonemu Malfoyowi, który potknął się o własne nogi, lądując na pobliskiej ścianie.
- Harry! – krzyczał, nie zważając na próbujące zatrzymać go Hermionę i Juanitę, które dzielnie dotrzymywały mu kroku. – Harry!
Blondyn jak w transie patrzył raz na rozpędzonego rudego, raz na leżącego na chodniku Pottera, w ostatnim momencie uświadamiając sobie, że korzystający z nagłego zamieszania Federico zbiegł z miejsca, pozostawiając nieprzytomnego czarodzieja w wodzie. Weasley minął go, od razu padając na ziemię przy przyjacielu, a chwilę potem dogoniły go kobiety, przy czym Hermiona pociągnęła za sobą osłupiałego Malfoya, potrząsając nim brutalnie za poły płaszcza.
- Widziałeś go?! – krzyczała do niego, tarmosząc nim na prawo i lewo. – Kto to był?! Malfoy, do jasnej cholery, kto to był?!
- Zamknijcie się! – wrzasnęła niespodziewanie Juanita, klęcząca przy Harrym i Ronie. Panna Granger puściła arystokratę i podeszła do przyjaciół oraz Hiszpanki, jednak ciężko było jej spoglądać, jak gdyby nic się nie stało, na bladego czarnowłosego mężczyznę z rozciętą koszulą i opuszczonymi do połowy łydek spodniami, a także związanymi za pomocą paska rękami. To nie było jednak wszystko, co przydarzyło się Potterowi.
Marynarka i koszula były przesiąknięte na wskroś w miejscu, gdzie ramię łączy się z barkiem, praktycznie cała tkanina była już bordowa od wyciekającej z rany krwi; materiały pocięto, a właściwie poszarpano, ich strzępy wylądowały w brudnej kałuży, w której spoczywał nieprzytomny Harry. Ze spodni wyciągnięto pasek, mocno obwiązano nim nadgarstki, praktycznie sine od siły ucisku; ciuch opuszczono prawie do kolan, szare bokserki przesiąkła woda, pod nimi zaś sterczał sztywny członek, lekko przechylający się ku twarzy właściciela; w poprzek uda rozciągało się głębokie cięcie, poszarpane, z fragmentami odstającej po bokach rozerwanej skóry, nieustannie wydalające krew spływającą do pobliskiej studzienki kanalizacyjnej. Nad piersią zaś, tuż przy obojczyku, sterczała średnich rozmiarów strzykawka, opróżniona i oblepiona gęstą krwią, od której kleiło się okaleczone ciało przyjaciela.
Nie bardzo wiedziała, co się wokół niej działo; widziała umorusane czerwonym płynem dłonie Juanity, płaczącego i usiłującego jej pomóc Rona, rozrywająca nogę na pół rana co chwilę stawała jej przed oczami; w tym wszystkim czuła jedynie pustkę w głowie, otumaniające dzwonienie w uszach, oraz przytrzymujące ją ramiona, gdy próbowała wyrwać się ku zmasakrowanemu Harry’emu. Jak znalazła się w domu, tego już niestety nie pamiętała.


Londyn, 12 maja 2008
Usłyszała ciche pukanie do drzwi, które po chwili otworzyły się, a w progu stanął Draco trzymający kilka teczek, by po chwili złożyć je przed nią na biurku z tym samym obojętnym wyrazem twarzy, co zawsze przed nią pokazywał. Obrzuciła dokumenty wzrokiem, powracając do sporządzania sprawozdania dla Percy’ego; Malfoy nie wyglądał, jakby miał zamiar wyjść, bezwstydnie przyglądając się poruszającemu się powoli długopisowi, skrobiącemu wyjątkowo niedbałe kulfony na kawałku pomiętego pergaminu.
- Możesz już iść – odezwała się do niego po chwili. – Nikt cię tu nie trzyma.
- Ile chcesz to jeszcze ciągnąć? – zapytał, siadając na krawędzi biurka, które praktycznie tonęło od nadmiaru papierów, kubków po kawie, puszek po napojach energetyzujących i walających się między nimi niedopałków; popielniczka była już wypełniona po brzegi, a kolejne warstwy papierosów układały się w niekończącą konstrukcję, raz po raz wydalającą z siebie śmierdzącą nikotyną, pożółkłą używkę.
O co dokładnie pytał ją arystokrata, nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić. Harry leżał w świętym Mungu na oddziale zamkniętym, cudem udało się przywrócić go do życia, choć wciąż się nie obudził, jednak słabe tętno dowodziło, że trzeba mieć nadzieję, a przynajmniej tak mówili medycy oraz Juanita, której najbardziej należało być wdzięcznym, gdyż to ona czuwała nad życiem przyjaciela nim przetransportowano go do szpitala. Serce mężczyzny nie funkcjonowało, potrzeba było wielu czarów, wylanego z czoła potu i cierpliwości oraz niebywałych zdolności, by ruszyć je choć na kilka sekund; dźwięki wstrząsów od zaklęć elektrycznych do tej pory dzwoniły jej w uszach, a mgliste, jednak bardzo rzeczywiste wspomnienie podnoszącego się i opadającego ciała potrafiło obudzić ją z krzykiem w nocy, tak że nie była już w stanie więcej zasnąć, bojąc się kolejnego wieczoru, choć nowy dzień jeszcze nie zdążył się zacząć. Od tego dnia wszystko waliło się, niczym domek z kart, a niekończącej się lawiny nic nie było w stanie powstrzymać; Ron praktycznie przestał pojawiać się w pracy, ale nie miała do niego pretensji i też nie mogła, bowiem przesiadywał przy łóżku nieprzytomnego przyjaciela cały czas, czuwał przy nim, opiekując się nim, mimo że sam ledwo trzymał się na nogach wycieńczony przez brak snu, ciągłe nerwy i puste diagnozy, w których na próżno było szukać promyka nadziei, choć nikogo ona nie opuściła, a to tylko przez Juanę, która wspierała rudego jak tylko mogła, odwiedzając go od czasu do czasu i we współpracy z uzdrowicielami badając Harry’ego. Niestety i Hiszpankę dosięgły przeciwności losu, z którymi ciężko było cokolwiek zrobić; Hermiona zupełnie przypadkiem dowiedziała się od przyjaciela, że Ministerstwo zarekwirowało lokal kobiety, a także cały jej majątek, dodatkowo grożąc deportacją z racji braku posiadania obywatelstwa; na świecie żyła wyłącznie jedna osoba, która zdolna była do takiego okrucieństwa wobec drugiego człowieka, obecnie panosząca się po prywatnych kwaterach głowy świata czarodziejów, pijąca drogiego szampana i pławiąca się w nieskończonym egoizmie wylewającym się drzwiami i oknami. Co było w testamencie Kingsleya nikt nie wiedział, a próby dowiedzenia się czegoś od Juany również były nic nie warte, nawet Malfoy nic nie wskórał, a jak tylko próbował ponownie poruszyć temat obrywał wymyślnymi wyzwiskami, niekiedy również zaklęciami. Wszystko jednak wskazywało na to, że ostatnia wola nieżyjącego Ministra miała coś wspólnego z jego siostrą, gdyż zbyt podejrzane było tak nagłe zajęcie posiadłości, nie wspominając już o groźbie ekspatriacji, o czym Juana nie chciała słyszeć i nie chciała również myśleć. Będąc już przy arystokracie, wydawać by się mogło, że nie zaszły w nim żadne zmiany, jednak uważny obserwator szybko stwierdziłby, że to nieprawda; choć nie wyglądał na zbyt zżytego z Potterem, kilka razy odwiedził go w Mungu, niewykluczone również, że zaciągnęła go tam Juanita lub Ron, ale Hermiona jakoś w to nie wierzyła; patrzenie na stojącego przed szybą Dracona, który tylko przygląda się nieprzytomnemu czarodziejowi, dawało jej sporo do myślenia, mimo że przyłapała go na tym prostym geście zaledwie raz, gdy wracała z bufetu z kawą, myśląc, że w niedzielny poranek nikt jeszcze nie pofatyguje się do przyjaciela; przeżywał jego brak na swój własny sposób, nie obnosząc się ze smutkiem i nie dopytując, czy są jakieś poprawy, tak jakby w ogóle nie interesował się, czy Harry wydobrzeje; pozory jednak potrafią bardzo zmylić, gdyż jako jedyny, dzięki temu, że nie ulegał emocjom, był w stanie wspierać rozpaczającego Rona, który jeszcze kilka miesięcy temu deklarował, że Potter mógłby dla niego nie istnieć. Również dla niej wystarczyło mu osobliwej pomocy, wyręczając ją w wielu protokołach, czy po prostu siedząc przy niej, gdy błądziła w pustkach umysłu, nie potrafiąc na niczym się skupić; odmówił jej, gdy spytała, czy odprowadzi ją do domu, odmówił jej również wspólnej kawy, jednak nigdy na to nie liczyła, a pytała chyba wyłącznie z zamroczenia, gdyż normalnie żadna z powyższych propozycji nie przeszłaby jej przez gardło; odpowiadał jednak na wszystkie pytania, dzięki czemu udało jej się zgromadzić ciut więcej informacji o grasującym mordercy, który dopadł również Harry’ego w sobotni wieczór kwietnia. Czy to znaczyło, że powinna się cieszyć? Może i tak, ale nie potrafiła, zresztą kto umiałby w obliczu tragedii, które zalewały każdego z nich z osobna? Czuła się jednak lepiej, gdy widziała Malfoya na korytarzu, jakoś tak robiło jej się lżej, gdy wchodził do niej do gabinetu, witając tym samym apatycznym wyrazem twarzy, do którego ją przyzwyczaił; nie chciała pocieszających i oklepanych frazesów, nie chciała, żeby ją przytulił, nawet nie potrzebowała rozmowy, wystarczał po prostu fakt, że przy niej jest i może na to nie wygląda, ale wspiera ją najbardziej ze wszystkich. Problemem było jedynie to, że nikt nie pomagał Draconowi, nie wiedząc nawet, z jak wieloma rozterkami musi się mierzyć w samotności.
Niestety, choć w zaistniałych okolicznościach ciężko było mówić o jakiejkolwiek radości, istniała jedna osoba, której miniony czas przyniósł wiele powodów do bezgranicznego szczęścia i dumy. Mniej więcej pod koniec kwietnia przedstawiciele Wizengamotu wraz z szefami wszystkich departamentów zebrali się na pierwszym od śmierci Kingsleya posiedzeniu, na którym debatowali praktycznie cały dzień, jak powinni postąpić z wciąż pustym miejscem po głowie świata czarodziejów; Hermiona praktycznie przez całe zebranie siedziała nieprzytomna, od czasu do czasu wyłapując propozycje zgromadzonych urzędników, wpuszczając je jednym uchem, a drugim wypuszczając; było jej obojętne, kto zostanie nowym Ministrem, choć przez kolejne dni czuła w kościach, że święci się coś niedobrego. Przeczucie nie zawiodło jej, gdy na początku maja Wizengamot zebrał się ponownie, jednak już tylko po to, by obwieścić wszem i wobec, że najważniejsze stanowisko nie tylko w Ministerstwie, ale i w całej społeczności magicznej, obejmie nie kto inny, jak Percy, czekający na ową nominację od lat, nawet nie starając się ukryć, że bardzo sobie na to zasłużył, przynajmniej we własnym mniemaniu. Ludzie szykowali się na zwolnienia, dziwaczne reformy mające ulepszyć życie nowemu Ministrowi, obniżenie płac czy nawet wojnę, bo w końcu po rudym padalcu można spodziewać się wszystkiego; do niczego takiego jednak nie doszło, a Weasley póki co tańczył oberki na głównym korytarzu za każdym razem, gdy przybywał do pracy, a później pływał w najdroższym szampanie w zaciszu własnego gabinetu, ewentualnie od czasu do czasu rzucał jakąś kąśliwą uwagą w kierunku pracowników, którzy nie spodobali mu się od tak, choćby z samego wyrazu twarzy. Hermionie niedobrze się robiło, gdy patrzyła na jego uśmiechniętą od ucha do ucha szczurzą facjatę, a tak się składało, że teraz, gdziekolwiek nie poszła, otaczała ją dosłownie wszędzie; każdą ścianę, każdy sztandar, niedługo pewnie nawet papier toaletowy, przyozdabiały portrety Percy’ego, szczerzącego się do mijających go przechodniów z dumnie i niemal do bólu wypiętą piersią, na której nie dało się przeoczyć wypolerowanej, srebrnej przypinki będącej herbem Ministerstwa, a którą produkowano dla każdego nowego Ministra z kruszców i metali, jakich tylko sobie zażyczył. Broszka Shacklebolta była skromna, przeważał na niej fiolet i gdzieniegdzie dało się natknąć na pomarańcz, prawdopodobnie będący wstawkami z bursztynu lub podobnego kamienia, natomiast u rudej małpy na próżno było szukać choćby skrawka ascezy – biżuteria wysadzana rubinami, diamentami, szmaragdami i Bóg jeden wie, czym jeszcze, oślepiała blaskiem, gdy tylko mocniej zaświeciło na nią słońce, a którego w maju jakoś wyjątkowo nie brakowało w Londynie. Chcąc, nie chcąc, i jakkolwiek na sytuację nie spojrzeć, Percy w końcu zatopił zęby w tym, na czym najbardziej mu w życiu zależało, otrzymał wreszcie upragnione stanowisko, władzę, której pożądał; teraz pozostawało jedynie czekać, gdyż panujący w Ministerstwie względny spokój, nie tylko według Hermiony, był oczywistą ciszą przed burzą i tylko skrajny głupiec nie obawiałby się wydarzeń, które po niej nastąpią.
Odrzuciła długopis na biurko, który wylądował między brudnymi kubkami, na których brzegach osadziły się zaschnięte resztki pianki po popularnej kawie rozpuszczalnej, jednak tak paskudnej, że przy dłuższym piciu sztywniał od niej język, a przez kolejnych kilka godzin nie wyczuwał żadnego innego smaku, jak tego gorzkiego, czasem cierpkiego płynu wyłącznie o zapachu prawdziwej „małej czarnej”.
- Nie mam już siły – wymamrotała zza przyciśniętej do ust ręki – mam już tego wszystkiego dość. Jeszcze ty…
Otoczyła pomieszczenie ręką, ostatecznie rezygnując z dokończenia zdania, zresztą sama nie wiedziała, co chciała powiedzieć; zatopiła się głębiej w podniszczonym krześle, choć właściwie tylko się na nim bardziej osunęła, podpierając głowę na ręce opartej na twardym podłokietniku.
- Czemu ciągle przy mnie siedzisz? – spytała z wyrzutem, zaciskając mocniej wargi i podnosząc na Malfoya wzrok.
- Ponieważ użalasz się całymi dniami, zamiast wziąć się w końcu do roboty – odparł lekko, podsuwając rękaw błękitnej koszuli aż do łokcia i pochylając się nieco ku niej. – Chcesz wiedzieć, kto zaatakował Pottera, tak, czy nie?
- Nawet jeśli, to bez Harry’ego nic nie zrobię – odwarknęła, mrużąc gniewnie oczy – bo nic nie mamy, żadnych dowodów, kompletnie nic nie wiemy.
W pierwszej sekundzie Draco chciał zaprzeczyć, ale po chwili uświadomił sobie, że Granger ma rację. Co im dają informacje, że morderca ma na imię Federico i wiedzą jak wygląda? To jak szukanie igły w stogu siana, zresztą nic nie wskazuje na to, jakoby był on połączony ze śmiercią Lucjusza czy Goyle’a, poza sposobem dokonania egzekucji. Teraz doszedł im dodatkowy problem w postaci nieprzytomnego Pottera, którego nie wiadomo z jakiego powodu zabójca wziął na celownik. Z takimi danymi nie uda im się zajść zbyt daleko, a nawet badania Weasleya na niewiele im się przydadzą.
Westchnął cicho, sięgając do granatowego krawata ciasno zawiązanego pod kołnierzykiem i chowającego się pod kamizelką w kolorze ciemnej, butelkowej zieleni.
- Nie daję już rady. – Usłyszał zrozpaczony głos Hermiony dobiegający zza przytkniętych do twarzy lekko dygoczących rąk.
Granger przez ostatnie tygodnie wyglądała jeszcze gorzej, niż jak widział ją dotychczas; sińce pod oczami były jeszcze większe, zmizerniała na ciele, mimo ciągłego przesiadywania na sali treningowej, gdzie bez opamiętania waliła w worek bokserski; kilka razy zauważył, że ma opuchnięte powieki, po czym wnioskował, że spędziła noc na wylewaniu łez. Paliła, ale nie tak dużo, jak zawsze, nie odżywiała się właściwie, praktycznie w ogóle się nie żywiła, poza paskudną kofeiną zgromadzoną w kawie i napojach energetycznych; wyglądała na słabą, wycieńczoną i zrezygnowaną, a on nie wiedział, jak powinien nią potrząsnąć, by wreszcie ruszyła do przodu. Tłumaczył sobie, że chce po prostu dowiedzieć się, w jakim celu Federico zaatakował oraz okaleczył Pottera, ale po głębszej analizie doszedł do wniosku, że jest to zaledwie kropla w morzu kierujących nim pobudek; patrzenie bowiem na męczącą się Hermionę było bardzo trudne i choć nie chciał się do tego przyznać, to współczuł jej, mimo że nienawidził owego uczucia tak bardzo, że samemu było mu ciężko w to uwierzyć. Bez Pottera w Ministerstwie było za cicho, zdecydowanie za nudno, i mimo że tylko potrafił wystawiać mu cierpliwość na próbę, ostatecznie doprowadzając do załamania nerwowego, to jego brak był bardzo wyczuwalny; parokrotnie zastanawiał się, że jeśli na niego niedyspozycja czarodzieja ma taki wpływ, to jak bardzo odbiła się ona na Weasleyu czy Granger? Nie musiał zbyt długo myśleć, wystarczyło na nich spojrzeć, by nieświadomie dołączyć do przybitej dwójki, bo choć Potter bez wątpienia jest wsiowym erotomanem z narządem gąbczastym zamiast mózgu, to skłamałby, gdyby powiedział, że nie brakuje mu jego prostactwa, półinteligencji i seksistowskich żartów.
Podniósł się z biurka, poprawiając materiał czarnych spodni, a Hermiona spojrzała na niego zmęczonym wzrokiem, by po chwili również wstać, opleść się rękami i odkasłując kilka razy odprowadzić go do drzwi. Nie pierwszy raz Draco spostrzegł, że trzęsie się co chwilę, a skóra jest zdecydowanie za blada i za szara.
- A jak radzi sobie Juana? – spytała, by odwrócić uwagę; oparła się o ścianę, naciągając rękawy brązowej bluzy i przecierając kilka razy oczy.
- Jak typowa Hiszpanka – odparł, łapiąc za klamkę i lekko uchylając drzwi – jest wściekła, ale i przygnębiona.
Był to dość oględny opis stanu, w jakim znajdowała się Juanita. Nigdy nie powiedziała mu, z czym w wieczór po pogrzebie Kinga przyszedł do niej Percy, jednak kilka dni później, gdy wrócił z Ministerstwa, ukochana kafeteria, a zarazem dom kobiety została zapieczętowana zaklęciami urzędników, tak że nie mogła przyjmować w niej żadnych klientów; wtedy tonęła po prostu od furii, która nią zawładnęła, rozbrajając czarami połowę sprzętów, które trzymała w mieszkaniu, by przez następny poranek, popołudnie i wieczór sklejać je na nowo. Wtedy również, mimo kilku próśb, a nawet błagania, nie ugięła się i powiedziała, że ma nie wpychać nosa w nieswoje sprawy i dać jej w końcu święty spokój; nie protestował, ale gdy pod koniec kwietnia zupełnie przez przypadek odebrał list, w którym Weasley rozpisał się za pomocą kilku odpowiednich artykułów i paragrafów o tym, że Juana przebywa na terenie Wielkiej Brytanii nielegalnie i powinna jak najszybciej powrócić do ojczyzny, nie potrafił udawać, że nic się nie stało; zawrzało w nim po tych wiadomościach, pierwszy raz w życiu tak bardzo naciskał na kobietę, żeby w końcu powiedziała mu, co Percy do niej ma i czemu tak bardzo chce się jej pozbyć, ale ona była nieugięta i po długiej awanturze zabroniła mu wracać do tego tematu, bo inaczej rzeczywiście wyniesie się z powrotem do Hiszpanii; chlapnął wtedy bezmyślnie, że przecież i tak, prędzej, czy później, tam wróci bez względu na to, czy będzie chciała, czy też zaprze się nogami i rękami, a oni będą musieli usunąć ją siłą. Było to najgłupsze posunięcie, ale zupełnie nad nim nie pomyślał, w skutek czego Juana zaczęła go unikać, a wieczorami zaszywała się przy fortepianie, kompletnie na niego nie reagując.
Wspomnienie uczuć, jakich przyszło mu doświadczyć na myśl o braku Hiszpanki, wywołało w nim szybsze bicie serca. Od samego początku ryża gadzina chce zniszczyć resztki życia, które jeszcze mu zostało; katowanie po wypuszczeniu na wolność, niedoszły gwałt i upokorzenia, teraz chce odebrać mu jedyną ostoję, w której może się schować. Zacisnął palce na klamce tak mocno, że aż pobielały mu knykcie, a czego kompletnie nie zauważył, tępo wpatrując się w stojącą naprzeciw niego Granger.
- Może mogłabym do niej wpaść? – Otrząsnął się z zamyślenia, ledwo rejestrując prośbę, którą skierowała do niego kuratorka. Uśmiechnął się dobrodusznie, unosząc nieco wyżej podbródek i otwierając szerzej drzwi.
- Zapomnij o towarzyskich herbatkach, Granger – rzucił, po czym zniknął w korytarzyku, zostawiając ją z przykrym poczuciem odrzucenia, choć tak naprawdę nie miała żadnego znaczącego spotkania na myśli; po prostu chciała pogadać z Juaną, należycie podziękować jej za ratunek Harry’ego, a przy okazji może udałoby jej się coś z niej wyciągnąć odnośnie jej obecnej sytuacji.
Westchnęła przeciągle, kaszląc ponownie kilka razy, a następnie przywołała leżącą pod biurkiem torbę, w której trzymała dresy do przebrania; niewiele myśląc zarzuciła ją na ramię i wypadła na korytarz, skąd pognała do podziemi, by trochę się odprężyć i odetchnąć w trakcie treningu, mimo że ciało wcale nie czuło się na siłach, by przez kolejne trzy czy cztery godziny skakać na skakance, wyciskać sztangę, nie wspominając już o wyprowadzaniu szybkich ciosów.


- Chyba zwariowałaś! – Podniesiony głos Juany rozniósł się po pustej sali, gdzie zmarkotniała Pansy rzucała zaklęciami na prawo i lewo, by doprowadzić lokal jako tako do porządku; miotły co chwilę zderzał się o siebie, starając się wyczyścić nawet najmniejszą przestrzeń między stolikami, podobnie miotełki do kurzu ściągające zalegające gdzieniegdzie pajęczyny.
- Wtedy zostawi cię w spokoju – odpowiedziała, pociągając żałośnie nosem i strzepując popiół z papierosa do stojącej na blacie baru popielniczki.
- No świetne rozwiązanie, naprawdę – odparła, podpierając głowę na ręce. Prychnęła po chwili rozdrażniona, a garść bransoletek ozdabiająca nadgarstek zadzwoniła pod wpływem wymachiwania dłońmi w powietrzu, jakby chciała odgonić denerwujące muchy. – Co ja mam dwadzieścia lat? Ja już trochę żyję, sabes? (wiesz?) I nie po drodze szukać mi męża jak na gwałt. Zresztą to tylko połowa problemu.
Pansy wzruszyła od niechcenia ramionami, przestępując z nogi na nogę i opierając się o kontuar z butelkami, które już dawno temu miała wymienić na nowe. Jakoś nie mogła się od dłuższego czasu odnaleźć, ciągle o czymś zapominała, była drażliwa bardziej, niż zwykle, a do tego zaniedbała trochę Humedad przez ostatnie tygodnie.
- To nic nie można zrobić? – spytała, choć wcale ciekawa nie była.
- Można, można – wymruczała Juanita, krzyżując nogi w kolanach i postukując długim obcasem cienkich kozaków sięgających sporo za kolana o poprzeczkę między nóżkami krzesełka barowego, na którym siedziała. – Ale nie sprzedam brata nawet za własną kawiarnię.
- To co zrobisz?
Hiszpanka westchnęła głośno, sięgając po wysoką szklankę wypełnioną zielonym płynem, z daleka, a nawet i bliska, przypominającym płyn do mycia naczyń. Nie wiedziała, co powinna zrobić, nawet nie bardzo miała na cokolwiek ochotę; z jednej strony był bowiem rozkaz brata, który nakazał jej opiekować się Draconem, z drugiej wizja deportacji, tylko dlatego, że nie chciała wydać nowemu Ministrowi dokumentów, które King zapieczętował u niej w mieszkaniu; Percy mógł zabrać je siłą, ale i tak nic by nie wskórał, gdyż nałożono na nie potężne uroki, jednak co skrywały, sama niestety nie wiedziała; miała ich pilnować i nie dopuścić, by ktokolwiek je odczytał, toteż ukryła je między pudłami wszelakiej maści w gabinecie brata, do którego sama weszła tylko raz, kiedy szukała informacji o Pansy; podejrzewała, że owe zapiski, których ryża gadzina potrzebuje, skrywają coś ważnego, na tyle, że nie da jej spokoju, dopóki ich nie otrzyma; zamknął jej lokal, zamroził skrytki bankowe, nawet posunął się do groźby deportacji z powodu nieposiadania obywatelstwa angielskiego, a wszystko po to, żeby ją złamać, uderzyć w czuły punkt, który skłoni ją do oddania mu dokumentów. Szkopuł był jeden – jej jedyną słabą stroną był Kingsley; jak posłużyć się kimś, kto kilka tygodni temu opuścił świat?
- Czekać – odpowiedziała po dłuższej chwili, upijając kwaskowaty napój smakujący pomarańczami doprawionymi sporą dawką mięty – dopóki jeszcze mogę. Kto wie, jaki nikczemny występek knuje w tej chwili, teraz, gdy my tu rozmawiamy.
Pansy jakby udała, że nie słyszała ostatniego zdania Juanity; przeszły ją dreszcze po zesztywniałym kręgosłupie, a nadmiar popiołu zleciał na świeżo umytą podłogę, lądując tuż przy szarych kapciach; Percy’ego mogła podejrzewać o wszystko, ale nie o tak brudne zagrania, czego starsza kobieta również się nie spodziewała; choć problem nie dotyczył jej bezpośrednio, odczuwała strach na myśl, że Hiszpance może się coś stać, ale nie tylko jej.
- Byłaś u młodego Pottera? – Podniosła pusty wzrok na rozmówczynię i rozchyliła odrobinę spierzchnięte wargi.
- On nie chce mnie widzieć – odparła Pansy, wyrzucając wygasłego papierosa do kosza na śmieci. Prawda była taka, że bała się przyjść do czarodzieja, nawet jeśli jest nieprzytomny. Czemu? Ponieważ odczuwa ogromne wyrzuty sumienia, że tak boleśnie go potraktowała; zrobiła to nieumyślnie, sądząc, że Harry tylko się nią bawi i zaraz mu się znudzi; nie widziała, jak bardzo się dla niej angażował, po prostu wolała nie liczyć na kolejną szansę od losu, jeśli poprzednia okazała się wielką pułapką; raz pozwoliła się zranić, dała wolną rękę narzeczonemu, który wykorzystał ją na wszelkie możliwe sposoby, a potem odstawił, niczym zużytą ścierkę do podłogi, pozostawiając ją ze złamanym sercem, brakiem godności, pieniędzy i wielką nienawiścią do samej siebie; bała się powtórzenia tego horroru, dlatego nie wyobrażała sobie ze spotkań z Potterem nie wiadomo jakich cudów mających zapewnić jej szczęśliwe życie; sądziła, że jemu też nie zależy, nie przejmie się ubraniami po byłym mężczyźnie, jeszcze będzie się z tego śmiał, tymczasem on niespodziewanie wściekł się, a jej zajęło kilka dni, by zrozumieć, że wszystkiemu sama zawiniła. Teraz jednak było już za późno; pojawienie się w szpitalu nic jej nie da, nawet nie może z nim porozmawiać; czy po tym wszystkim, co mu zrobiła, czy po tym, jak rozłupała mu serce ma prawo do dalszej miłości? Bo kocha go, zrozumiała to niedawno, jednak tym razem jest pewna, że nie zostanie zraniona, nie boi się zaufać, bo wie, że Harry też ją kocha.
- Nawet jak się obudzi, nie będę mu więcej zatruwać życia – powiedziała, ściągając z wysięgnika czyste i suche kieliszki oraz szklanki, wkładając je do odpowiednich szafek.
- Wiesz, co ci powiem? – Spojrzała na lekko uśmiechniętą Juanitę, bawiącą się czarną słomką wetkniętą w plasterek pomarańczy pływający w wysokiej szklance z resztkami drinka. – Jesteś głupia. Potter tak samo.
Pansy rzuciła ściereczką, którą jeszcze przed chwilą wycierała ręce, tak mocno, że aż plasnęła o podłogę, wydając wyjątkowo nieprzyjemny dźwięk. Oparła się o kontuar, pochylając ku Hiszpance i wbijając w nią wściekły wzrok.
- Może mam wpaść i czekać na niego, jak troskliwa żonka? – warknęła, zaciskając mocniej palce na blacie. – Wyśpiewać mu, że chcę wziąć z nim ślub, mieć dom, dzieci, stworzyć rodzinę, zestarzeć się wspólnie? Spieprzyłam szansę na to wszystko, rozumiesz? Łażenie do niego i trzymanie go za rękę przy łóżku nic mi nie da.
- Tobie może i nie – odpowiedziała smutno Juana, ale po chwili uśmiechnęła się do kobiety promiennie, kładąc jej na policzku dłoń i delikatnie nią pocierając; w oczach Pansy pojawiły się łzy, powolutku wypływające na zaczerwienione policzki. – Ale dla niego będzie to miało duże znaczenie.
- Tak uważasz? – spytała, pociągając nosem i wylewając kolejne łzy, które Juanita co rusz ocierała ze szczytów kości jarzmowych.
- Oczywiście – odparła, całując ją delikatnie w czoło.
Dla każdego z tych dzieciaków jest matką, każdego z nich wspiera, pomaga, karci, kiedy trzeba, żadnego nie faworyzuje, po prostu się nimi opiekuje. Nigdy nie miała dzieci, nigdy prawdopodobnie mieć ich nie będzie, ale doglądanie każdego z nich razem, a także i z osobna – Dracona, Harry’ego, Pansy, Hermiony czy Ronalda – sprawia jej mnóstwo szczęścia. I boli ją, że tak dużo muszą cierpieć, że ich drogi życia ktoś usłał cierniowymi kolcami, choć próbował przykryć je płatkami czerwonych róż. Dopiero teraz zaczęła się bać, jak wszyscy poradzą sobie, gdy zabraknie przy nich matki.


Stopnie dłużyły mu się w nieskończoność; nie wiedział, przez ile pięter już przebiegł; potrzebował zaczerpnąć powietrza, ochłonąć, uspokoić rozszalałe myśli, w których panowała głównie złość i ogromna bezsilność; wszystkiemu, co do tej pory spotkało go w życiu winny był Percy Weasley, puszący się dumnie paw z wyliniałymi piórami. Pierwszy raz obawiał się tarmoszących nim emocji, które były tak silne, że nie potrafił ich zdusić tak jak zawsze; napływały do niego z każdej możliwej strony, podnosiły adrenalinę, miał ochotę pozbyć się ich, dać im jak najszybciej dogodne ujście; jeszcze nigdy nie był równie sfrustrowany, a przecież doświadczył już o wiele gorszych rzeczy. Myśli przeskakiwały od Juanity do Granger, wracały do Pottera, kręciły się wokół Rona, nie umiał sobie z nimi poradzić, bo wszystkie bolały równie mocno i uświadamiały go, że jest wobec nich bezradny, bo jest za słaby i nigdy nie wydostanie się z mrocznej klatki bezradności, w której do tej pory tak bardzo lubił przebywać.
Przebiegł kolejne stopnie, aż zatrzymał się niespodziewanie przed winą, oddychając z dużą trudnością i uświadamiając sobie, że zacisnął ręce tak mocno, że prawie przebił sobie skórę. Co powinien zrobić? Jak ma sobie ze wszystkim poradzić? Nie wiedział, a co gorsza, nikt nie potrafił mu też pomóc, choć wielokrotnie zarzekał się, że brzydzi się aktem dobrodziejstwa i współczucia; czy to nie zbyt ironiczne, że osoba, która gardzi miłosierdziem drugiego człowieka dobija w końcu do momentu, kiedy najbardziej go potrzebuje?
         Drzwi od windy niespodziewanie otworzyły się, a Draco dostrzegł przed sobą najbardziej znienawidzoną osobę, jaką mógł poznać w życiu. Te same ulizane rude włosy, prążkowany garnitur i charakterystyczna skórzana teczka, której Percy nie odstępował na krok; stał oparty o ścianę, obserwując arystokratę z typowym grubiańskim uśmieszkiem i lekko przymrużonymi powiekami; Malfoy od razu poczuł, jak niedawny obiad podchodzi mu do gardła, a przez głowę zaczęły przewijać się odpychające obrazy z napaści w łazience, jednak nie tylko; wściekłość uderzyła w niego ze zdwojoną siłą, gdy przypomniał sobie rozżaloną Juanitę, której stojący tuż przed nim oprawca odebrał wszystko, mimo że życie zraniło ją wystarczająco, gdy śmierć upomniała się o duszę Kinga, bezkarnie przeprowadzając ją na drugą stronę i zostawiając zrozpaczoną kobietę zupełnie samą. Czy nie mógł oszczędzić ją tego jednego dnia? Czy nie mógł jej darować? Wtedy uświadomił sobie, że to byłoby zbyt piękne, a Percy przecież nie ma serca; nie miał go, gdy katował go w zaciszu własnego gabinetu, nie okazał mu litości, gdy usiłował zgwałcić go w łazience, nawet powieka mu nie drgnęła, gdy znęcał się nad cierpiącą Hiszpanką i całą jej rodziną. Czy wobec tego miał prawo darować mu wszystkie winy?
Draco wszedł mimo wszystko do windy i od razu wcisnął przycisk z napisem „parter”, a drzwi zamknęły się za nim dosłownie sekundę później. Weasley przywitał go z typową dla siebie ironią w głosie, na dźwięk której krew zaczęła wrzeć w żyłach, praktycznie rozsadzając je na strzępy; zacisnął mocniej szczękę i pięści, gdy jadowity charkot podłego, rudego padalca wdarł mu się do uszu.
         - No, no, nie sądziłem, że męskie dziwki są tak skrupulatne względem pracy. – Zaśmiał się po tym, a raczej zarechotał złośliwie, co spowodowało, że w Draconie zaczęło już gotować się z furii. Zęby praktycznie bolały go od siły zacisku, gdy obserwował rozmazaną, szczurzą twarz Percy’ego w ścianach windy. Mężczyzna zbliżył się do niego, tak że na szyi czuł jego odrażający oddech. – Aż tak bardzo lubisz obciągać, Malfoy?
         W momencie, gdy Weasley dotknął jego ramienia, pokłady niekończącego się szału eksplodowały, zalewając ciało, duszę, umysł, aż nie potrafił nad nimi zapanować. Dobył różdżki jeszcze zanim zdążył się dobrze zastanowić i wystrzelił w mężczyznę zaklęciem, w które przelał praktycznie całą zgromadzoną w sobie agresję. Bo teraz nie odpuści mu i nie pozwoli, żeby wszystko, co do tej pory mu zrobił, uszło mu zupełnie na sucho.
         - Expelliarmus! – Siła zaklęcia wymówionego przez blondyna odepchnęła rudzielca prosto na ścianę, tworząc w metalu lekkie wgniecenie; Draco nie krzyknął, nawet nie podniósł głosu, jednak towarzyszące mu pokłady nienawiści były wystarczające, by czar nabrał nieograniczonej mocy; Weasley osunął się na podłogę, skąd próbował wyciągnąć różdżkę, jednak arystokrata był zdecydowanie szybszy i odebrał mężczyźnie magiczny przedmiot, kiedy ten tylko wysunął się z kieszeni w marynarce. Percy wcisnął się w kąt i patrzył na niego przerażonymi oczami, kurczowo łapiąc przy tym powietrze; wątłe ciało drżało, a na czole pojawiły się drobne kropelki potu, gdy Malfoy zbliżył się do niego i uniósł kościsty podbródek czubkiem różdżki, z której sączyły się długie, srebrne nici, oplatające szyję i nadgarstki rudzielca. Nie planował atakować mężczyzny w Ministerstwie, nawet nigdy nie miał takiego zamiaru, ale skoro ta obrzydliwa gadzina sama wlazła mu na celownik, to aż żal było nie skorzystać z okazji. Przekrzywił lekko głowę w prawą stronę i uśmiechnął się zimno, widząc bladą jak papier twarz Weasleya, który srebrnymi sznurami został przywiązany do drewnianych barierek w windzie.
– Radzę ci uważać na to, co mówisz Weasley – powiedział niegłośno, nie spuszczając z rudzielca zionącego nienawiścią wzroku.
         - Ty nędzny, parszywy gadzie. – Percy szamotał się przez chwilę, ale zaklęcie rzucone przez blondyna natychmiast zareagowało i przykuło go mocniej do poręczy, a sznur na szyi podciągnął go w górę, wrzynając się boleśnie w skórę. – Zasrany gnojku! Zabij…
         - To stalowe linki, więc lepiej się nie ruszaj. – Twarz rudego zrobiła się biała jak kreda, na co Malfoy uśmiechnął się podle i końcem różdżki obrócił głowę przeciwnika w prawą stronę. Tak jak mówił, linka była napięta do tego stopnia, że bez trudu przecięła lekko naskórek, a po chwili na kołnierzu od koszuli Percy’ego pojawiły się krople krwi. Mężczyzna zachłysnął się powietrzem, ale Draco nie zwrócił na to uwagi; zablokował windę, tak że stanęła w miejscu, a sam kucnął naprzeciw Weasleya, podpierając podbródek dłonią i przyglądając mu się lodowatym spojrzeniem.
– Na twoim miejscu cieszyłbym się, że postępuję z tobą tak łagodnie, wiesz? Za to, co mi zrobiłeś, powinienem nie mieć nad tobą żadnej litości, a jednak mam. Interesujące, prawda? – Odczuwał dziwną satysfakcję ze znęcania się nad niedawnym oprawcą, którego teraz miał dosłownie na talerzu; mógł z nim zrobić wszystko, poharatać na śmierć, gdyby tylko dokończył zaklęcie tak długo szkolone przez ojca, kiedy był w służbie Voldemorta; aż do dziś uważał, że nigdy mu się nie przyda, a teraz rozkoszował się widokiem przykutego do barierek rudzielca; stare metody mają jednak coś w sobie, a podszyte bezgraniczną nienawiścią smakują jeszcze lepiej.
         - Czego chcesz? – wycharczał przez ściśnięte gardło Percy, na co Draco uśmiechnął się sardonicznie i tak jak poprzednio, końcem różdżki obrócił twarz rudzielca naprzeciw siebie, a linki nacięły skórę szyi po drugiej stronie.
         - Daję ci szansę, Weasley. Odpuść sobie, nim będzie za późno – odpowiedział cicho, ale rudy prychnął jedynie pogardliwie i spróbował splunąć na blondyna. Ten jednak przewidział reakcję mężczyzny i wytworzył przed twarzą tarczę, na której osadziła się plwocina, a następnie pchnął pole siłowe na Weasleya; własna ślina Percy’ego spływała po bladym, spoconym nosie i policzku, a część wydzieliny przysłoniła nawet jedno oko.  – Jeśli jeszcze raz dotkniesz mnie w tak obrzydliwy sposób, jeśli zbliżysz się do mnie, a co gorsza, jeśli mnie zaatakujesz, będziesz żałował dnia, w którym odważyłeś się położyć na mnie swoje parszywe łapy.
         - Grozisz mi? – zapytał zuchwale, jednak przerażone oczy i drżące ciało świadczyły, iż mężczyzna boi się rywala. Dla Dracona wyraz twarzy Ministra był jak najlepszy prezent pod słońcem, jednak nie dał po sobie poznać, że przepełnione strachem oblicze rudzielca wywarło na nim jakieś emocje, prócz tych, które już przed nim odsłonił. To co widział, póki co w zupełności mu wystarczyło.
         - Nie odpuszczę ci – odezwał się lodowatym, a zarazem pełnym nienawiści głosem. – Nie dam ci zapomnieć o tym, co się wydarzyło. Choćbym miał cię przeciągnąć przez wszystkie kręgi piekielne, za to upokorzenie nie odpuszczę ci.
         Percy już nie dygotał, a trząsł się jak osika, zaś z rozchylonych ust wypuszczających świsty powietrza wydobywały się bąbelki śliny, równie szybko znikające z pola widzenia Malfoya. Nie śnił nawet, że rudy będzie błagał o litość, zresztą nie oczekiwał też jej po nim, jednak głuche skomlenie o łaskę wprawiało serce w rozkoszne podrygi szczęścia, którym nie potrafił się oprzeć i chciał smakować ich więcej.
         - Błagam, Malfoy, błagam – jęczał cichutko Minister wciśnięty w kąt z poranioną szyją; arystokrata uśmiechnął się dobrodusznie, wbijając mu różdżkę mocno w gardło i naciskając na nie, a stalowe linki piłowały mocniej skórę, aż Weasley zaczął piszczeć z bólu, od którego Draconowi chciało się wymiotować.
         - Ty kupo ścierwa – wymamrotał, przenosząc czubek różdżki pod podbródek i mocno unosząc go w górę; nawet łzy lecące gęstym siurkiem po twarzy mężczyzny nie robiły na nim wrażenia; chciał go upokorzyć bardziej, niż on jego, nie mieć litości, nie okazać nawet cienia współczucia; pragnął go wykończyć i skrócić męki nie tylko swoje, ale i wszystkich, których dotknęła władza spaczonego na umyśle Ministra. – Zbliż się do mnie jeszcze raz, dotknij mnie jeszcze raz, a co gorsza, zrób coś Granger albo Juanie, a zdążysz przyjrzeć się własnemu truchłu zanim zabiję cię na miejscu.
         Podniósł się z podłogi, ściągając z mężczyzny zaklęcie i schylając się po leżącą pod ścianą różdżkę Weasleya, której przez moment przyglądał się z zaciekawieniem, aż w końcu złamał ją, a dwa odłamki rzucił na łapiącego powietrze rudego, klęczącego przed leżącą na ziemi teczką, na którą zleciało kilka kropel krwi sączącej się z rozciętej szyi.
         - Wyrównaliśmy rachunki – rzucił Malfoy, obracając między palcami magiczny przedmiot i przyglądając się z satysfakcją czołgającemu się po podłodze Percy’emu.
         - W istocie – wymamrotał rudy, ocierając usta i szyję wyciągniętą z wewnętrznej kieszeni marynarki chusteczką. Zaśmiał się po chwili, siadając na piętach i spoglądając na arystokratę z radością, której blondyn się w ogóle nie spodziewał. – Ale to jeszcze nie koniec.
         Draco zacisnął mocno szczękę; dopiero teraz żałował, że nie dokończył zaklęcia i nie ukatrupił gada na miejscu; obłąkany wzrok niedawnego oprawcy wywołał w nim nagły odruch wymiotny, tak że zapragnął wydostać się z ciasnej machiny i tak jak kiedyś opróżnić żołądek w odmętach stęchniętej łazienki. Za pragnieniem wymiocin kryło się jednak coś mocniejszego – żal do samego siebie, że okazał się za słaby i wbrew zarzekaniu okazał Weasleyowi litość; wdusił guzik wznawiający ruch windy, a ta zatrzymała się kilka sekund później z charakterystycznym dźwiękiem dzwoneczka; nie czekając długo, wyszedł na korytarz, skąd dobiegło do niego przerażające rechotanie rudzielca. A zatem wygrał, czy kolejny raz dał mu się pokonać?
         Bez opamiętania łaził po Ministerstwie; krew dudniła mu w uszach, a ciężki oddech przytłaczał poruszające się szybko żebra i skryte pod nimi płuca; jakim trafem znalazł się w sali treningowej, nie wiedział, ale tutaj dopiero poczuł ulgę, złość zaczęła pomału ulatywać, mimo że serce biło jeszcze szybciej po ujrzeniu siedzącej przy worku bokserskim Granger.
         - Co ci? – spytała, podnosząc się niezdarnie z ringu i zrzucając rękawice; dłonie miała obwiązane bandażami, a jedna nogawka luźnych spodni trzymała się tuż pod kolanem, piersi, tak jak za pierwszym razem, ciasno oplatał sportowy biustonosz ze skrzyżowanymi na plecach grubymi ramiączkami. Podeszła do wciąż ciężko oddychającego Malfoya, który trzymał się kurczowo klamki, jakby zastanawiał się, czy zostać, czy jednak stąd też powinien uciekać, a rozum zdecydowanie podpowiadał mu to drugie, mimo że ciało rwało się ku pierwszemu.
         Skóra kobiety była zadziwiająco blada, nie promieniała zdrową opalenizną, do której go przyzwyczaiła, zaczerwieniła się pod materiałem stanika ocierającego się nieznacznie o najwyższe partie żeber, barki, a także na policzkach i skroniach od spływającego po twarzy potu wycieranego przez leżący na podłodze mały, bawełniany ręcznik; klatka piersiowa unosiła się szybko w rytm wypuszczanego z ust powietrza, mięśnie na brzuchu drżały i napinały się przy każdym wydechu, na odsłoniętej, nagiej łydce można było dopatrzeć się sporego zarumienienia rozlewającego się wzdłuż charakterystycznego wgłębienia, gdy kasztanowłosa aurorka napięła nogę. Draco chciał cofnąć się jeden krok, ale napotkał na drodze zamknięte drzwi, zaś spocona Granger była coraz bliżej, a i on poczuł pierwsze mrowienia na karku i pojawiające się na nim drobne, zimne kropelki.
         - W porządku? – spytała, rozcierając zesztywniały kark. – Nie wyglądasz…
         - Nic mi nie jest – odpowiedział, a raczej wycharczał przez wysuszone gardło. Hermiona przyglądała mu się bez przekonania, rozwiązując pomału zabandażowane ręce i rozluźniając palce. Nie podobało jej się nagłe wtargnięcie arystokraty na siłownię, praktycznie nigdy tego nie robił, ale bardziej była zafrapowana jego ogólnym zachowaniem, jakby był czymś wyjątkowo rozdrażniony, choć bardziej pasowało jej w tym momencie określenie „zlękniony”.
         - Na pewno?
         - Na pewno – huknął na nią, a echo rozniosło się po zimnej sali, obijając się od obdrapanych ścian; cofnęła się zaskoczona i lekko wystraszona, gdyż mężczyzna patrzył na nią złowrogo, źrenice miał rozszerzone, błyszczały w świetle brudnych lamp przywieszonych pod sufitem, z którego momentami odlatywał tynk razem z pożółkłą farbą; oddychał szybko i nierówno, krawat zawiązany był tak ciasno, że prawie go dusił, a ręka trzymająca zawzięcie klamkę drgała od siły nacisku, do tego była mocno napięta, aż można było dopatrzyć się pojedynczych, lekko niebieskawych żył na jej powierzchni.
         - Ktoś ci coś zrobił? – dopytywała, choć chwilę później miała ochotę ugryźć się w język, gdyż wcale nie czuła potrzeby dowiedzenia się, co dzieje się z arystokratą; nie czuła? Nie, po prostu bała się dowiedzieć.
         Mężczyzna chwilę bacznie ją obserwował, po czym puścił metalową klamkę, przyglądając się przez sekundę dygoczącej dłoni, by ostatecznie minąć zdezorientowaną kobietę i ruszyć przed siebie; gdzie szedł i w jakim celu, nie wiedział, ale potrzebował znaleźć się od niej jak najdalej. Hermiona jednak nie dała za wygraną i od razu obróciła się za nim, gdy ten zignorował jej pytanie brnąc ku macie rozstawionej na środku pomieszczenia.
         - Malfoy – zawołała za nim, podbiegając do niego, a ten nagle obrócił się ku niej tak gwałtownie, że aż zsunął mu się rękaw z podwiniętej do łokcia koszuli.
         - Odczep się ode mnie! – krzyknął na nią, stając tuż przed nią i przełykając nerwowo ślinę; dłonie trzęsły mu się, mocno zaciśnięte w pięści i zwisające przy biodrach; chciał, by dała mu w końcu spokój. – Niczego od ciebie nie chcę, więc zajmij się własnym, żałosnym życiem!
         Zacisnęła mocniej szczękę pod wpływem dotkliwych słów, które ponownie raniły tak mocno, że ledwie dawała sobie z nimi radę. Bez wątpienia stało się coś, co miało na Malfoya wpływ do tego stopnia, że doprowadziło go do wściekłości i skrajnej bezsilności, jednak nic jej nie powie, bo przecież jej to nie dotyczy, nie ma z nią nic wspólnego, będzie się kolejny raz wtrącać w jego sprawy, mimo że wyraźnie sobie tego nie życzy. Mając tę wiedzę, wyjątkowo bolesną i trudną do zaakceptowania, nie umiała mu odpuścić; może zachowywała się głupio, postępowała wbrew logice, ale choć dobrze wiedziała, że zaraz zrani ją kolejny raz, chciała mimo wszystko zaryzykować i mu pomóc.
         Spuściła wzrok nieco niżej na szybko unoszącą się szeroką klatkę piersiową przyozdobioną ciemnozieloną kamizelką w lekką kratkę z domieszką granatu i czerni; materiał opinał się na ciele przy każdym wdechu i powracał do pierwotnego stanu przy wydechu; krawat podsunął się pod nim, tworząc nieestetyczne wybrzuszenie i odsłaniając guziczki od błękitnej koszuli. Dopiero teraz spostrzegła, że tarcza od zegarka na lewym nadgarstku arystokraty jest ubrudzona krwią mocno uwydatniającą się na białej tarczy, a i skrawek mankietu został nią zachlapany. Nim zdążyła dwa razy dobrze się zastanowić, trzymała rękę blondyna w mocnym ucisku przytkniętą do pleców, zaś stopą szybko rozstawiła mu nogi, pochylając go nieco do przodu; Draco syknął cicho, jednak nie wyrwał się, dzięki czemu mogła lepiej obejrzeć niewielkie rozcięcie rozciągające się tuż przy uwypuklonej kostce skrytej pod czarnym, skórzanym paskiem drogiego czasomierza.
         - Krwawisz – stwierdziła, rozluźniając ucisk i pociągając go leciutko za bark, by mógł się wyprostować, a następnie obróciła go ku sobie; oczy nie zionęły już złością, były wygasłe, a źrenice odsłoniły srebrne tęczówki, tak czyste, że przypominające niemal górski potok spływający niespiesznie po skałach. – Kto cię zaatakował?
         Chciał się wściec, chciał ją skrzyczeć, odepchnąć i wrzasnąć, żeby przestała go w końcu zadręczać; towarzyszący mu smutek i wstyd były jednak silniejsze; rana musiała powstać przypadkiem, możliwe, że otarł się o jedną linkę, gdy podnosił się z podłogi znad skomlącego o litość Weasleya; było to jednak bez znaczenia, bo czy to pierwsza blizna na lewym nadgarstku? Jeśli wytłumaczy się z jednej, będzie musiał wyjaśnić też pozostałe, a tego nie potrafił zdzierżyć.
         Poczuł lodowate palce obejmujące go za rękę i rozpinające pasek od zegarka, który wylądował na nieco zdewastowanej macie treningowej; serce załomotało mu w piersi, gdy Hermiona odpięła również spinkę od mankietu i podsunęła go wysoko, wpuszczając przy tym głośniej powietrze do płuc, a oczy rozszerzyły się nieznacznie na widok rozciągających się na bladej skórze białych pasów o nierównej, lekko poszarpanej fakturze, oraz zasinień mieniących się wciąż gdzieniegdzie fioletem, żółcią i czerwienią; dotykała ich tak delikatnie, że miał wrażenie, jakby otulały go miękkie skrzydełka, nie wyziębione i sztywne palce. Stała bardzo blisko, praktycznie stykali się biodrami, mógł dostrzec mokre kosmyki opadające z niedbałej, wysoko spiętej kitki na kark, przylepiające się do niego od resztek zgromadzonego potu; skóra na barkach, przedramionach, a także tuż nad ciasno spętanymi piersiami była mocno napięta, od panującego na sali chłodu jasne włoski uniosły się ku górze, stając na baczność razem z nieznacznie powiększonymi mieszkami; bledsza, niż zwykle, zarumieniona od wrzynającego się gdzieniegdzie stanika, szczególnie w okolicach pach. Charakterystyczny zapach zmęczonego ciała mieszał się z delikatną, cytrusową wonią wydobywającą się z potarganych włosów; czuł go przy każdym wdechu, zmieniał barwę na słodkawą, gdy wypuszczał wolno powietrze z płuc, osiadając na przełyku, języku, a nawet i na wargach. Do tego miękki dotyk zimnych palców wolno studiujących każdą bruzdę z osobna, naciskających subtelnie i masujących niespiesznie.
         Przed chwilą wiatr hulał i piszczał w zakamarkach salki, przeszywał lodowatymi podmuchami, wywoływał niekontrolowane drgania; teraz każdy oddech sprawiał mu trudność, gdyż powietrze w siłowni jakby zgęstniało, stęchło i rozgrzało się; podrażniało gardło, gdy tylko otworzył nieco usta, wysuszało na wiór i powodowało wzrost temperatury całego ciała, a przynajmniej tak mu się wydawało; nachodziły go fale duszności, gdy tylko spojrzał na skupioną i zmartwiona twarz Hermiony, starającą się zetrzeć zaschniętą krew z rany z nadgarstka, a która ciągle czerwieniła się mocniej i wypływała na wierzch; wzdrygnął się i prawie przewrócił o własne nogi, gdy kobieta pociągnęła go za rękę i przeprowadziła przez salę, zamykając w malutkim, wykafelkowanym kantorku, otwierając na oścież drzwiczki od kabiny prysznicowej, jedynego sprzętu znajdującego się z komórce; złapała go ponownie za nadgarstek i przyciągnęła do siebie, odkręcając drugą ręką kurek od prysznica i spryskując ranę zimną wodą.
         - Trzeba to przemyć – zakomunikowała, jakby miał się jej zapytać, co tak właściwie robi; choć skaleczenie były niewielkie, to zapiekło nieznacznie, gdy chłodne krople dotknęły zranienia. – Boli?
         Zerknął na nią dosłownie przez sekundę, by ponownie spuścić wzrok i utkwić go w posiniaczonej skórze, smaganej lodowatymi strumieniami wydobywającymi się ze starej słuchawki.
         - Szczypie -  odrzekł głucho, zaciskając mocniej rękę. W łazience było jeszcze zimniej niż na siłowni, a też o wiele trudniej przychodziło mu normalnie oddychać; czuł dygotania na ciele, gdy sztywniały mu palce od temperatury ściekającej po nich wody; brodzik dosłownie przez kilka sekund, wyłącznie na początku, przyjął różowawą ciecz, teraz zlatywały do niego czyste chluśnięcia.
         Chciał pochylić się, by przekręcić kurek w drugą stronę, zmieniając prysznic na nieco cieplejszy, lecz Hermiona musiała pomyśleć dokładnie o tym samym; zderzyli się ze sobą między drzwiczkami kabiny, a słuchawka wyleciała kobiecie z ręki, ochlapując ich z góry na dół, zaś po kantorku rozszedł się głośny huk od uderzenia przedmiotu w brodzik; stracił równowagę, gdy zimna woda chlusnęła mu w oczy, wpadając do środka i nieumyślnie ciągnąc za sobą Granger; przytrzymał się jednego z kurków, a drugą ręką złapał kuratorkę w pasie, czując, jak przemaka mu na wskroś koszula razem z kamizelką, a ciało kobiety drży i mocno naciska na jeden bark; kiedy uchylił powieki, dostrzegł dygoczące, spierzchnięte wargi, przylepione do twarzy kosmyki kasztanowych włosów, z których lekko zsunęła się gumka, a także iskrzące oczy mieniące się w zimnym świetle lampy brązem i bursztynem, na klatce piersiowej zaś czuł twardniejące od zimna sutki kobiety, mocno przytknięte do koszuli i rozpłaszczone nieco pod bawełnianym biustonoszem. Osunął się w zebraną w brodziku lodowatą wodę, a Hermiona wylądowała na nim, zakręcając po drodze kurek i siadając mu na zesztywniałych udach w kompletnie przemoczonym dresie; sportowy stanik przywarł mocniej do trzęsącego się przy głębszym oddechu ciała, nie był w stanie poradzić sobie ze sterczącymi, bardzo twardymi, ale jeszcze wrażliwszymi sutkami, wychylającymi się mocno spod napiętego materiału; skóra świeciła się od spływających kropli, gdzieniegdzie osadzających się znacznie dłużej, dopóki nie wsiąkły w materiały ubrań; wszędzie pokryta powiększonymi mieszkami, uniesionymi włoskami i naprężona od przeszywającego zewsząd zimnego powietrza; kształtne obojczyki przebijały się niemal na zewnątrz, po wewnętrznej stronie ramion powstały charakterystyczne wgłębienia, gdy przeniosła dłonie z barków mężczyzny na unoszącą się miarowo klatkę piersiową z przylepioną do niej mokrą koszulą. Nie patrzyła na niego, ale sama była czujnie obserwowana, przez co czuła napastliwy i rozgrzewający wzrok arystokraty na każdym skrawku ciała; z rozchylonych ust wydobywały się nikłe obłoczki pary mieszające się z dwóch oddechów, a po chwili rozpływające się w przesiąkniętym wilgocią powietrzu; było jej potwornie zimno, ale skóra Malfoya o dziwo praktycznie płonęła pod sztywnymi i ciężko ruszającymi się palcami; dotykając obramowań kamizelki czuła miękkość materiału zderzającą się z twardą piersią mężczyzny, na której trzymała drugą dłoń; przeniosła ją bardzo delikatnie, jakby kilka razy zastanawiała się po drodze, czy nie lepiej byłoby zawrócić, na węzeł od granatowego krawata, wkładając za niego dwa palce i rozluźniając tak lekko, jak tylko potrafiła, by nie przysporzyć Draconowi żadnego bólu. Blondyn kompletnie nie reagował na jej poczynania, a nawet wydawał się być znudzony jej niezgrabnymi ruchami; obserwował ją uważnie, a przy tym wyjątkowo ostrożnie, jakby czekał na odpowiedni moment, by ją odepchnąć, lecz nawet gdy kobieta rozpięła mu dwa guziki pod szyją, nie ruszył się choćby o milimetr; patrzył na drgające ciało, wypinające się ku niemu malutkie piersi, czuł ocierające się o klamrę od paska podbrzusze reagujące coraz mocniejszą gęsią skórką. Jakie to dziwne, że właśnie teraz serce zdecydowało bić jak najwolniej, a zarazem najboleśniej, tak że czuł każde uderzenie wyraźniej, dotkliwiej, jakby zaraz miało kompletnie stanąć; ścisnęło go w piersi, gdy drobne palce Hermiony rozpięły kamizelkę, rozchylając ją na boki; wtedy podciągnął się niezdarnie na łokciach, łapiąc kobietę za biodra, a ta aż podskoczyła od niespodziewanego dotyku, siadając nieco wyżej na mokrych spodniach arystokraty, w miejscu, gdzie zrolował się zamek, czując między udami spore wzniesienie, które zaczęło powolutku drgać i wychylać się ku górze. Wtedy dopiero na niego spojrzała, a fale gorąca zalały ciało i umysł, promieniując przyjemnie rozchodzącym się ciepłem wzdłuż kręgosłupa, piersi, kończąc się dopiero na wzgórku łonowym; pragnienie spływało parzącą lawą między nogi, podrażniało wargi sromowe, wprowadzało łechtaczkę w rozkoszne pulsowanie, materiał bawełnianych majtek przy każdym otarciu powodował przeszywające dreszcze, przez które zaciskała mocniej palce na mokrej koszuli Malfoya; jego oczy płonęły, dwa srebrne talary przysłoniły ciemne niczym węgiel źrenice, w których dokładnie mogła przyjrzeć się swemu pobudzonemu odbiciu; były głębokie, wciągające, ale nie puste, nie wypalone, wypełnione po brzegi pasją, pragnieniem, prośbą o więcej, a przy tym spokojne, jak tafla oceanu w gwieździstą, czarną noc; grzechem byłoby się w niej nie zanurzyć, nie zasmakować chłodnej wody, nie dać otulić się nikłym falom, nie rozkoszować blaskiem nagiej skóry w świetle widniejącego na granatowym firmamencie księżyca. Pochyliła się lekko, sięgając do kolejnych guzików koszuli, czując na ustach gorący oddech mężczyzny, który spiekał wysuszone wargi niemal na wiór. Draco wodził palcami po brzegu przemoczonych spodni kobiety, wariując pomału z roztapiającego go gorąca; nie opuszczał rozpalonego wzroku Hermiony, oślepiającego intensywnością pragnienia, które trawiło ciała w ogniu, jaki między sobą wzniecili; były pobudzone, trochę zamglone, przypominały wyrzucony na brzeg kawałek bursztynu mieniący się złotem, miedzią, brązem w promieniach pojawiającego się dopiero na horyzoncie słońca; rozbłysły miliardem iskierek, gdy poczuł wilgotne palce na brzuchu, a on sam złapał ją mocno za boki, podsuwając bliżej kolano i napierając na pupę kobiety, aż złapała go za szyję, gorącym oddechem wdzierając mu się między usta; trwało to może sekundę, ale momentalnie złapał ją jedną dłonią za policzek, zahaczając o linię żuchwy i płatek ucha, przyciągając mocno ku sobie i wpijając w rozchylone wargi, a z piersi Granger wydostał się głośny jęk rozkoszy.
         Skóra na wargach Malfoya była bardzo miękka, mimo wielu minimalnych ran, bruzd czy spierzchnięcia. Może to była tylko jej wyobraźnia, ale miała wrażenie, że przy każdym dotknięciu kopie ją prąd, a do gardła spływa gęsty, lepki miód, praktycznie przyduszający nadmiarem słodyczy i podrażniający przełyk, który nie był w stanie rozpoznać już niczego innego. Giętki język złączył się z jej własnym, wyginając go i obracając w każdą możliwą stronę, jednak nie były to bezmyślne ruchy, a dobrze zaplanowana potyczka, w której mięsień arystokraty chciał zawładnąć jej, zdominować, by poruszał się wyłącznie na jego rozkazy; raz delikatnie smagały się koniuszkami, prześlizgiwały po lepkiej od śliny powierzchni, dotykały spod spodu i wracały, wznawiając wilgotny, gorący balet; innym razem ścierały się niczym na wojnie, uderzały o podniebienia, przesuwały po dziąsłach, zahaczały o zęby, również biorące aktywny udział w erotycznym akcie; przygryzały wargi drugiego kochanka, próbowały ukąsić język, dzwoniły cichutko, nawet jeśli ledwie się o siebie musnęły. Pocałunek był jedynie rozpałką dla buchającego z ciał ognia, który czekał, by zająć duszę, serce, umysł drugiego; namiętny, pozbawiony zahamowań, pełen podniecenia, żarliwy i mokry, kilka kropel śliny wydostało się spomiędzy złączonych kącików ssących się gorliwie warg, czerwonych i opuchniętych od szaleńczej walki. Jednak ty było zdecydowanie za mało. Zdarła z niego koszulę i kamizelkę, z trudem wyswobodził z rękawów ręce, którymi walczył z zawiązanymi spodniami kobiety, ona zaś w okamgnieniu uporała się z paskiem, odrzucając go w kąt i majstrując przy guziku oraz zamku, macając je na oślep, gdyż wciąż chciała smakować ust Dracona; dyszała coraz ciężej, pojękiwała od czasu do czasu między obejmujące ją wargi, drgała za każdym razem, gdy poczuła rozpalone, długie palce na nagiej skórze, wślizgujące się pod materiał dresów; mało, ciągle za mało; oderwała się od niego, unosząc wysoko ręce, a on złapał za brzeg sportowego stanika i sprawnym ruchem przeciągnął go przez głowę oraz ramiona, chwytając jedną dłonią za oba nadgarstki kobiety i wpijając się rozpalonymi ustami w odsłonięty bark, skubiąc napiętą skórę i zostawiając na niej lekko zarumienione ślady; druga dłoń spoczywała w dole pleców Hermiony, wyginając jej pobudzone ciało bardziej do przodu, tak by nie musiał zbyt długo szukać kolejnych punktów na erotycznej mapie. Trzymała go mocno udami, zaciskając się wokół bioder i dając się smagać po podbrzuszu naprężonym, wciąż skrytym pod mokrym materiałem bokserek członkiem; piersi stwardniały jej do bólu, sutki już szczypały od zgromadzonego w nich napięcia, skóra paliła ją wzdłuż i wszerz, potęgując doznania serwowane przez usta i język arystokraty; odchyliła mocno głowę, gdy gorący oddech mężczyzny otoczył pomarszczoną i pulsującą aureolkę wokół powiększonego gruczołu, a następnie schował go między wrzącymi wargami, ssąc i trącając giętkim, rozpalonym mięśniem, nie oszczędzając jej krzyków rozkoszy, gdy przygryzał go raz za razem, by potem znów słodko całować i smagać subtelnym jak piórko oddechem. Złączyła ich palce u uniesionych w górę dłoni, przyciągając je na wysokość twarzy, a wyswobodzoną ręką objęła Malfoya za policzek, muskając wciąż zaczerwienionymi ustami jego, jakby chciała go pocałować, ale nie mogła się do końca zdecydować; Draco naparł na nią po chwili, układając w ciasnym brodziku z podkurczonymi kolanami, a sam zawisł nad nią, opierając ramiona przy unoszących się szybko piersiach; trzymała go za szyję, przeciągała palcami po barkach, sztywnych sutkach na twardej klatce piersiowej, aż zsunęła z niego spodnie, które opadły do kolan, ukazując sporą wypukłość pod mokrymi, czarnymi bokserkami; chciała się ich jak najszybciej pozbyć, jednak arystokrata zatrzymał ją w połowie drogi i rozchylił jej nogi kolanem, unosząc delikatnie pupę, dzięki czemu bez problemu mógł wreszcie zdjąć z niej denerwujące dresy, które pofrunęły poza małą kabinę, lądując w kącie łazienki, a za nimi bawełniane, różowawe majteczki, przysłaniające ciemny pasek kędziorków wzdłuż wejścia do zarumienionej i pulsującej pochwy; trzymał ją za wciąż uniesione biodra, drażniąc skórę wydepilowanego wzgórka językiem, a kiedy zsunął się na szalejącą z gorąca łechtaczkę, jęknęła głośno, chwytając się jednocześnie za sterczące piersi, które również domagały się uwagi; kręciło jej się w głowie od masażu serwowanego przez mężczyznę; był cholernie dobry, nie pomijał żadnego punktu, dotykał nawet skrytej cewki moczowej, wchodził i wychodził z niej wilgotnym mięśniem, zwijając go w górę, przez co czuła napinającą się coraz mocniej pochwę tak bardzo, że prawie eksplodowało jej serce od nadmiaru doznań; czuła napływające fale gorąca, cipka roztapiała się od umiejętności Dracona, który ściskał prawie do bólu pośladki, nie przestając obsypywać jej głębokimi pocałunkami; kiedy zaczęła jęczeć tak głośno, że nie słyszała własnych myśli, nie wiedziała, ale czuła parzące łzy wydostające się spod zamkniętych powiek, ciało drżało jakby od bólu, ale jednocześnie domagało się powtórki, zaś łechtaczka stała się wrażliwa, jak nigdy dotąd, mimowolnie zaciskając się i rozluźniając, starając się przedłużyć pustoszący umysł orgazm. Podniosła się niezdarnie na łokciach i pociągnęła za sobą w górę arystokratę, zrzucając z nóg sportowe obuwie, a Malfoy pozbył się w tym czasie spodni i eleganckich pantofli; buty wylądowały przy zamkniętych drzwiach, a łazienkę zalał szum wody, którą kobieta odkręciła, gdy przywarła do blondyna całym ciałem, wpijając się w uchylone wargi i ocierając się podbrzuszem o pobudzonego, twardego członka; strumienie tym razem nie były lodowate, a wręcz parzyły, tworząc w powietrzu gęstą mgłę i uwrażliwiając nagą skórę na najmniejszy dotyk; pośladki piekły ją, gdyż właśnie w nie wrząca woda uderzała najczęściej, a dodatkowo ściskające je i rozchylające palce Dracona dodawały więcej cierpienia; przygryzła mocniej jego wargę, wydając zduszony jęk, gdy pchnął ją na wciąż zimne kafelki, a po plecach rozeszły się dreszcze unosząc jeszcze wyżej pobudzone piersi, ocierające się o twarde sutki mężczyzny; stoczyła dłonie na wąskie biodra i bez wahania ściągnęła z nich drażniące bokserki, a oczom okazał się naprężony członek, nad którym rozpościerały się tak jasne i subtelne włoski kończące się tuż pod pępkiem na płaskim brzuchu, że praktycznie były niewidoczne. Bez rozkazu czy protestu uklękła przed Malfoyem, lecz kiedy miała wziąć twardego penisa do ust, ten ujął ją delikatnie pod podbródkiem, podnosząc nieco głowę; o czym myślał, co chciał jej powiedzieć, czy w ogóle chciał coś do niej mówić, nic nie wiedziała, ale wabiona siłą stalowego spojrzenia, obolałego od temperatury wody ciała i rozrywającej jej rozkoszy wstała, podnosząc lekko nogę, za którą arystokrata chwycił pod kolanem, pociągając mocniej ku górze; oplotła nią biodro, wspierając ręce na barkach mężczyzny, a gdy poczuła rozchylającą wargi sromowe gładką główkę zatapiającą się pomału w spragnionej pochwie, wygięła kręgosłup w łuk, wspinając się na palcach z przeszywających ją niebiańskich promieni cudownego wypełnienia.
         Zatapiał się w jej wnętrzu powoli, jakby bał się, że coś zaraz uszkodzi; w środku Granger było gorąco, miał wrażenie, że zaraz go poparzy, ale jednocześnie było to tak przytłaczająco podniecające doznanie, że nie potrafił się powstrzymać. Ścianki napinały się, kiedy z niej wychodził, jakby chciały zatrzymać go jak najdłużej, ich faktura przypominała folię bąbelkową, jednak mocniejszą, o wiele bardziej rozgrzaną, a spływająca po ścianach i nagich ciałach woda potęgowała to uczucie, wywołując jednocześnie pierwsze krople potu pojawiające się na czole. Była szalenie jedwabista w środku, tak leciutka i delikatna, że chciał na zawsze zatrzymać to uczucie w pamięci. Trzymał ją za drgające biodra, poruszając się coraz szybciej, a z rozchylonych zmysłowo ust kobiety wydostawały się głośne jęki przedzierające się przez łazienkę i prawdopodobnie przez całą siłownię. Nie chciał, żeby ktokolwiek słyszał ten głos; należał tylko do niego, był tylko dla niego, toteż przykrył jej wargi swoimi, całując niespiesznie i napierając mocniej, gdy kolejna fala krzyku chciała się spomiędzy nich wydostać. Zsunął palce między nogi Hermiony, drażniąc nabrzmiałą do bólu łechtaczkę, a wtedy ta wbiła mu w plecy krótkie paznokcie, zmuszając do szybszych i agresywniejszych pchnięć; wbił się w nią kilka razy po sam czubek, uderzając boleśnie o ścianki, ale po chwili wrócił do rytmicznych ruchów, uwalniając opuchnięte usta ze swoich i oblizując drgającą wargę kasztanowłosej kobiety.
         - Niech cię piekło pochłonie – wysapała, odgarniając splątane i mokre kosmyki z twarzy. Dostrzegła sardoniczny uśmieszek na twarzy arystokraty, który momentalnie złapał ją za drugą nogę i mocniej przycisnął do ściany, a ona oplotła go w biodrach, trzymając się resztkami sił za jego barki.
         - Już dawno w nim jesteśmy – odparł, wchodząc w nią po nasadę, a ona wygięła się mocno, przymykając oczy i odchylając głowę, próbując zapanować nad coraz głośniejszymi jękami usiłującymi wydostać się z gardła. Na nic były jednak wszelkie wysiłki, gdyż sztywny członek Malfoya doprowadzał ją do szaleństwa, a ciało, mimo wielu wyczerpujących treningów, miało problemy z utrzymaniem siły. Trzęsła się, krzyczała, nawet zaczęła płakać, ale były to tylko efekty na rozkosz, w jakiej topił ją Draco, a ona tonęła w niej po czubek głowy, zachłystywała się falami roztapiającej ekstazy, która zalewała ją po sam brzeżek; chciała więcej, pragnęła być tak torturowana przez wieki, bo jeśli kat ma mieć wygląd i zdolności archanioła, to może spłonąć w ogniu piekielnym na zawsze.
         Uda bolały ją od napięcia, kręgosłup zesztywniał, a oczy zalewały krople potu wydostające się z czoła, ale nie miała dość; przywarła do mokrego ciała blondyna, rozkoszując się zapachem nagiej, spoconej skóry, która działała na nią, jak najmocniejszy afrodyzjak; objęła go ciasno za szyję, gdy dotychczas miarowe ruchy zamieniły się w nieziemską karuzelę, pozbawiając ją resztek autokontroli. Jęczała tak głośno, wiła się pod nim, czując zbliżający się kolejny orgazm, że wszystkie hamulce puściły; ciała uderzały o siebie z charakterystycznym dźwiękiem plaśnięć, z pochwy wylewały się jej własne soki, a i czuła wypływające z nabrzmiałego członka gorące kropelki mieszające się z jej wydzieliną; penis Malfoya pulsował w niej żarliwie, uderzał w nią mocno, szybko i rytmicznie, a naciskające na łechtaczkę palce prawie doprowadziły ją do omdlenia. Jak on mógł być tak skupiony, pełen samokontroli, a przy tym tak cholernie pociągający, erotyczny i doskonały we wszystkim, co z nią robił? Choć pochwę miała kompletnie sztywną od płynnych ruchów arystokraty, to wbrew logice odczuwała wszystkie jego pchnięcia wyraźniej; każda żyłka, każdy włosek, najmniejsza nierówność, wszystko to odbijało się w jej roztopionym wnętrzu, które zaczęło zaciskać się spazmatycznie na przyrodzeniu, a palce niemal do krwi raniły blade plecy mężczyzny. Przeszły nią dreszcze, po obrzmiałej cipce rozlała się fala oszałamiających prądów, oczy zaszły mgłą, aż pojawiły się przed nimi czarne, przysłaniające cały obraz plamki, a w tonącej z siły orgazmu pochwie wytrysnął członek Dracona, który w tym samym momencie zatopił zęby w zagłębieniu między szyją a ramieniem, tworząc głębokie ugryzienie, z którego wypłynęły maleńkie krople krwi rozlewające się po mokrej skórze; krzyknęła, ale sama nie wiedziała co, czuła jedynie gorącą spermę zalewającą ją po samo wejście, aż zaczęła wypływać z wnętrza i skapywać do brodzika, który pochłaniał ją razem z wylewającą się wciąż wrzącą wodą, by mogły zniknąć w odmętach odpływu. Nie chciała go puścić, nie chciała wracać do smutnej rzeczywistości, w której przyjdzie jej niedługo znów funkcjonować, ale czy może zatrzymać przy sobie człowieka, dla którego nie ma żadnej wartości?
         Malfoy opuścił delikatnie jej nogi i wysunął się z niej, wciąż z trudem mogąc złapać oddech; Hermiona zachwiała się i omal nie przewróciła na kurki od prysznica, gdyby jej nie złapał, leżałaby przygwożdżona do ścianek kabiny. Miała czerwoną twarz, splątane włosy i zdezorientowane oczy; z trudem rejestrowała wszystko, co się wokół niej dzieje; czuła jedynie spływającą po udach lepką i gęstą spermę, której pierwszy raz w życiu nie miała ochoty od razu się pozbyć, wyszorować ciało aż do krwi, by nie czuć na sobie więcej śladu mężczyzny, z którym przed chwilą się pieprzyła. Tylko że Draco dał jej nieświadomie namiastkę seksu płynącego z miłości, a tego uczucia nawet nie pozwoliłaby sobie nikomu odebrać. Spojrzała na jego zarumienioną twarz i wtuliła się w niego mocno, zaciągając zapachem nagiego ciała, jego zapachem, który mogłaby wdychać już zawsze. Później zapomniała o całym, bożym świecie, gdy tonęli w pościeli łóżka w jej domu, nie mogąc nasycić się sobą prawie do rana, kiedy to pierwsze promienie słońca padły na splątanych w namiętnym uścisku kochanków, szczytujących przy krzykach swoich imion, a jeszcze nigdy nie były one tak przesączone uczuciem, jak owej nocy.


         W małym pokoju na poddaszu roznosił się metaliczny zapach krwi przesiąkający zgromadzone w pomieszczeniu powietrze, ustawione schludnie nieliczne meble, i wdzierając się do nozdrzy chuderlawego mężczyzny kucającego przy przewieszonym przez gruby pręt przymocowany do ściany ciele; różdżką majstrował cały czas przy brzuchu ofiary, mrucząc pod nosem radosną melodię z maseczką chirurgiczną przysłaniającą rozłożone w promiennym uśmiechu wargi.
         - Będziesz tańczyć, aż sama staniesz się jak zjawa, blada i zimna, aż skóra uschnie na tobie, jak na szkielecie, aż nie zostanie z ciebie nic, tylko tańczące – śpiewał cichutko, przy ostatnich słowach machnął mocno różdżką, a z brzucha zwisającego nad podłogą mężczyzny wypłynęły oblepione krwią flaki, lądując na drewnianych, ciemnych panelach – wnętrzności.
         Uśmiechnął się szeroko, obserwując mieszającą się spermę, wyciekającą wciąż ze sflaczałego członka, z jaskrawym, czerwonym płynem z jamy brzusznej, oblepiającej walające się po podłodze jelita. Ze stojącego na biurku niedaleko okna słoika zbiegły mrówki, jedne mniejsze, drugie większe, część z nich była kompletnie czarna, i pognały ku rozlewającej się kałuży, zatapiając w niej małe szczęki.
         - Będziesz tańczyła od drzwi do drzwi po wszystkich wioskach – zaśpiewał głośniej, tanecznym krokiem przypominającym balet podbiegając do okna i otwierając je na oścież, wdychając świeże, majowe powietrze – w każde drzwi zapukasz trzy razy, a ludzie, kiedy cię zobaczą, będą się ciebie lękać.
         Okręcając się wdzięcznie na pięcie z wysoko uniesionymi rękami podszedł do ofiary, unosząc zwisającą luźno głowę jednym palcem przyobleczonym białą, lateksową rękawiczką. Przekrzywił się i pochylił, ściągając maseczkę i pozwalając jasnym włosom spłynąć po lewym ramieniu. Błękitne, szkliste oczy patrzyły na oprawcę bez wyrazu; były już martwe, ale ciągle dało się w nich dostrzec iskierki szczęścia. Mężczyzna teatralnie opuścił kąciki ust, wyginając je, niczym u dramatycznej maski, i unosząc wysoko brwi; zabrał palec spod brody cierpiętnika, a ta zleciała w dół, kołysząc się na prawo i lewo przez dłuższy czas. Rozejrzał się po pokoju, nucąc nieustannie frywolną melodię i podskakując od czasu do czasu, aż dostrzegł pogrzebacz wsadzony w dogasające palenisko w kominku w salonie, dokąd pognał jak na skrzydłach, wyciągając pręt z żaru. Transmutował go w trzy litery i podgrzał zaklęciem jeszcze mocniej, by stempel raził w oczy czerwonością. Z tak przygotowanym narzędziem, drepcząc na paluszkach, powrócił do zwisającego, okaleczonego ciała, i bujając się chwilę na piętach wycelował w lewy pośladek.
         - Tańczcie, czerwone trzewiki – zaśpiewał, przykładając pogrzebacz do prawie białej skóry, wciskając go z największą siłą, jaką posiadał, i wypalając na niej trzy litery – tańcz i ty z nimi!
         Wykrzyknął radośnie, wdychając swąd spalonego białka roznoszący się po pokoiku i przyglądając się znakom, z których ulatywał śmierdzący dym. Machając już lekko wystudzonym prętem na prawo i lewo, wyciągnął z leżących na kanapie spodni ofiary złotą kopertę z wygrawerowanymi na środku bordowymi literami układającymi się w napis „zaproszenie”; ustawił ją na biurku, poprawiając kilka razy, aż klasnął uradowany w dłonie, wyrzucając pogrzebacz za siebie, a który rozbił się o półkę z książkami. Mężczyzna wzruszył ramionami, odgarnął długie, jasne włosy z twarzy i za pomocą wstążki związał je w kucyka.
         - Przekaż Dracusiowi, że będę na niego czekał – zwrócił się do trupa, posyłając mu na odchodne całusa i znikając za otwartym oknem. Mrówki zdążyły już dorwać się do jelit i oblepić je czarną, ruszającą się w świetle kinkietu chmarą.