wtorek, 3 kwietnia 2018

Dramione - dodatek

Kochani,

ja wiem, że czekacie na jakieś wiadomości, chociaż mały znak, że jeszcze żyję, ale cóż, jak już mówiłam, póki co nie będzie żadnych rozdziałów, chociaż wracam do starego opowiadania i będę je kontynuować. Na to musicie jednak jeszcze trochę poczekać.

W każdym razie, kiedyś gdzieś wspominałam, że leżą u mnie na laptopie fragmenty starego opowiadania, które nie zostały wykorzystane lub dopiero pojawią się w drugiej części Dramione. Z racji iż robię ostatnio porządki na dysku, coś z nimi trzeba zrobić, więc postanowiłam, że wybiorę jakiś kawałek i go opublikuję. Przyszłość reszty fragmentów nie jest jeszcze znana. Także dziś postanowiłam zrobić wyjątek i zamieszczam trochę rozrywkową część o tym, jak Harry radzi sobie po odejściu Pansy i Lilly. Dodam, że napisałam ją wspomagając się jedną z bajek Disneya, a dokładniej pojawiającą się w niej piosenką ;)

Życzę wam dobrej rozrywki i widzimy się już za kilka miesięcy. Ewentualnie znów mnie najdzie i coś dla was opublikuję, jako taki dodatek lub przerywnik, jeszcze się okaże :D

Realistka


Mówisz, że chcesz być ojcem...
~~
         Wracanie do pustego mieszkania było trudne. Nie to, że brakowało mu krzyków żony, że miał zrobić w drodze do domu zakupy i zapomniał wziąć mleka, czy płaczu dziecka alarmującego praktycznie cały blok, że pieluszka jest już aż nadto wypełniona przetrawionym obiadkiem. Oczywiście takie rzeczy go uwierały, ale bardziej rozpaczał nad widokiem pustych podłóg i ogołoconych z obrazów ścian, nie wspominając nawet o ulubionym fotelu, w którym lubił usiąść od czasu do czasu i udawać, że nie istnieje dla całego świata. Zabrano mu praktycznie wszystko, nie zostawiono nawet większej ilości kubków, by mógł zrobić sobie kolejną kawę; ostała się tylko jedna, mała filiżanka, w której ledwie mieściło się espresso. Właśnie w takim mieszkaniu żył Harry od kilku dni i w ogóle nie potrafił się z nim zaprzyjaźnić. A już szczególnie nie umiał zaaklimatyzować się z faktem, że codziennie w tych sterylnych czterech ścianach musi przebywać ze znienawidzonym nauczycielem ze szkoły.
         Klasyczny zegarek na brązowym pasku ze skóry wskazywał godzinę szóstą po południu. Jego kat zazwyczaj już na niego czekał, gdy przychodził z pracy, jednak dziś go nie było, co Harry postanowił spożytkować na krótką drzemkę. Łóżka oczywiście nie miał, tylko niezbyt wysokiej jakości materac spoczywający w rogu pomieszczenia, które niegdyś nazywano salonem. Ledwie zdążył do niego dojść i ściągnąć buty, a w przedsionku dało się słyszeć trzask teleportacji i coś, co przypominało obijanie się o ściany. Po chwili w pokoju pojawił się Snape, jednak jego humor dziś wyjątkowo daleko leżał od euforii; prawa powieka drgała w oznace rozdrażnienia, kąciki ust praktycznie stoczyły się na brodę, a szybki oddech wprawiał w ruch małe pomponiki, którymi przyozdobiono rondo gigantycznego... sombrero?
         - Nie jest profesor za stary na quinceañerę? – zagadnął po jakimś czasie Potter, rzucając zegarek z nadgarstka na materac. Z całych sił usiłował nie parsknąć śmiechem, jednak widok starego nietoperza w meksykańskim wydaniu aż prosił się o gromką salwę i wystrzał z armaty. Odwrócił się do nauczyciela plecami, by choć na chwilę dać upust rozbawieniu, ale wtedy Snape cisnął w niego kapeluszem, momentalnie doprowadzając się czarami do klasycznej i wyjątkowo nudnej wersji, która nie była już taka zabawna.
         - Ty się lepiej ciesz, że nie byliśmy na Hawajach – odparł wciąż naburmuszony Severus, podciągając rękawy czarnej koszulki. – Wróciłbym w spódnicy hula, a tego nie chciałbyś widzieć.
         - Mam dość koszmarów, jak na jakiś czas – wymamrotał Harry, jednocześnie nakazując sobie nie myśleć o nauczycielu eliksirów ubranym w kusą, trzcinową spódnicę i stanik z kokosów, jednak było już za późno; właśnie w takich momentach jego wyobraźnia lubiła wykazywać się nadzwyczajną kreatywnością i płatać mu paskudne figle. Nim się spostrzegł, wyimaginowany obraz Snape’a zaczął mu tańczyć przed oczami charakterystyczny hawajski taniec.
         - Koszmar to się dla ciebie dopiero zacznie. – Wyjątkowo zdegustowany Potter spojrzał na mistrza eliksirów, który przy pomocy różdżki przeobraził  niewielki salon w prowizoryczny pokój dziecięcy, a jego zegarek przetransmutował w stworzenie, mające imitować dziecko. Harry skrzywił się, gdy owe coś wylądowało mu w rękach, wlepiając w niego olbrzymie oczy, z których momentalnie zaczęły wylatywać potoki łez. I kto by pomyślał, że z tak drobnego ciałka może wydostać się dźwięk przypominający okrzyki triumfu kilkudziesięciotysięcznej armii rosłych mężczyzn.
         - Przywitaj się z twoją nową, nieco mniej uroczą córką. – Dziewczynka, jeśli tak można było nazwać wytwór spoczywający na rękach młodszego mężczyzny, momentalnie zaczęła płakać jeszcze głośniej. Potter, nim zdążył dobrze pomyśleć, upuścił ją, zakrywając dłońmi uszy, a niewyobrażalny ryk od razu ustał. Spojrzał pod swoje nogi, gdzie leżała rozczłonkowana lalka, której z pogardą przyglądał się stojący tuż obok nauczyciel.
         - Lilly nosi śpioszki z gipsu, że obchodzisz się z nią z taką czułością?
         - Nie byłem przygotowany, że będzie aż tak płakać.
         - A, bo normalnie twoja córka cię informuje, że zaraz będzie beczeć, albo że narobi w pieluchę. – Severus wywrócił przy tym oczami, rzucając na stworka czar, który z powrotem zamienił go w zegarek, który oddał chłopakowi. Harry patrzył na niego niemal ze łzami w oczach, uświadamiając sobie, co Snape chce mu w ten sposób przekazać.
         - Profesorze błagam, proszę mi pomóc – zwrócił się do starszego mężczyzny, który wkładał krótką kurtkę z zamiarem wyjścia z jego mieszkania. Potter nie wiedział, czy wygląda aż tak żałośnie, czy nietoperz może gdzieś tam ma ukryte kawałki serca w piersi, że spojrzał na niego z olbrzymim politowaniem, wzdychając przy tym głęboko i zdejmując z siebie odzież, którą odrzucił na pobliskie krzesło.
         - Potter – zagrzmiał Snape, ponownie podciągając rękawy koszulki aż za łokcie – jak ty to sobie niby wyobrażasz? Przecież ciebie trzeba nauczyć wszystkiego od podstaw.
         - Ale ja naprawdę się postaram – wykrzyknął niemal Harry, z błaganiem obserwując nauczyciela zza okrągłych szkieł. – Dam radę, profesorze. Chcę być dla Lilly prawdziwym ojcem!
- Na przełom w życiu swym oszołom liczyć nie ma co – odparł z kpiną Snape, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Będę ciężko pracował, dam radę!
- Już to mówiłeś – odrzekł, ostentacyjnie wpatrując się w swe paznokcie. Omal oczy nie wypadły mu z orbit, gdy zdesperowany Potter chwycił go za ręce, potrząsając nimi co jakiś czas i praktycznie płacząc, by się nad nim ulitował.
- Błagam, profesorze! – skomlał Harry, któremu kolana zaczęły giąć się powoli ku podłodze. – Jeśli czegoś ze sobą nie zrobię, to Pan i Lilly nigdy do mnie nie wrócą! Ja muszę stać się dla nich najlepszym ojcem i mężem!
Severus przyglądał się niedawnemu uczniowi z góry. Nie sądził, że Potter ukorzy się przed nim zarówno psychicznie, jak i fizycznie, klęcząc przed nim przytulony do kolan i łkając o miłosierdzie. Gdy kilka dni temu zaproponował mu, że pomoże mu zrozumieć trudną sztukę ojcostwa, była to bardziej taka luźna sugestia, niż prawdziwa oferta; co do niedawna samotny mężczyzna bez dzieci mógł mu poradzić? Może i miał jakieś tam doświadczenie w niańczeniu, ale były to jednak już trochę wyrośnięte szczeniaki, którym nie trzeba było zmieniać pieluch i smarować dziąseł w trakcie ząbkowania. Zaczął się zastanawiać, co mu znów strzeliło do tego pustego łba, że w ogóle wyszedł z jakąkolwiek propozycją pomocy Potterowi? Ale skoro powiedział „a”, to i trzeba powiedzieć „b” i wypić piwo, które sobie nawarzył. Miał tylko nadzieję, że chłopak nie zorientuje się, że w rzeczywistości jego porady rodzicielskie może sobie wsadzić w buty.
Snape odchrząknął znacząco, dając Harry’emu do zrozumienia, żeby przestał robić rozpaczliwe sceny i w końcu go puścił, co ten od razu uczynił, wręczając mu przy tym zegarek, by ponownie transmutował go w stworka, który przez jakiś czas będzie zastępował mu córkę.
- A zatem mówisz, że chcesz być ojcem, tak? – zapytał Severus, jednak po tonie jego głosu można było wywnioskować, że wcale nie oczekuje od chłopaka odpowiedzi. Przemienił wręczony mu przedmiot w lalkę, która tym razem wydawała się odrobinę ładniejsza, a przynajmniej miała nieco więcej włosów na głowie. – W takim razie przygotuj się na pot, łzy i krew, które z ciebie wycisnę w trakcie najbliższych tygodni.
Harry przytaknął po chwili głową, przyjmując od nauczyciela nową „córkę”. Widząc na wąskich ustach Snape’a uśmiech pełen satysfakcji od razu zrozumiał, w jak wielkie bagno się władował. Dodatkowo całej sprawy nie ułatwiał przebłysk sadyzmu czający się w kącikach warg mistrza eliksirów. Spojrzał ponownie na wyczarowane dziecko; mimo że nie była to żywa osóbka, to już jej współczuł, jak wiele będzie musiała z nim przejść. Miał tylko nadzieję, że uda jej się jakoś przetrwać trening przygotowany przez starego nietoperza.
~~
Severus stał w kuchni byłego ucznia, opierając się o blat najbliżej kuchenki i obserwując jego poczynania kulinarne. Zadanie było wyjątkowo łatwe i nawet troll z połową mózgu jakoś by sobie z nim poradził. Potter jednak od samego początku nie grzeszył talentem gastronomicznym, o czym wiedział od pierwszych zajęć z eliksirów. Postanowił dać mu jednak szansę, sobie zresztą również, gdyż dzięki temu mógł trenować swą cierpliwość, nakazując mu przygotować dla nowej córki kaszkę na śniadanie.
         - A mogłem mieć taką spokojną i błogą emeryturę – mamrotał Snape, uważnie przyglądając się ruchom chłopaka, który mieszał od czasu do czasu zawartość garnka stojącego na kuchence. – Kupić działkę za Londynem, meandry siać, oleandrów od byle gdzie. Ale nie. Mnie się zachciało zakładać szkółkę przygotowania do życia w rodzinie.
         Harry robił co mógł, by ignorować bełkot byłego profesora. Prawdę mówiąc, zaczął się pomału przyzwyczajać do jego biadolenia, ale czasami cisnęło mu się na usta tyle szczeniackich odpowiedzi, że wręcz dusił się w sobie, by nawet najmniejsza z nich nie doleciała do czułych uszu mistrza eliksirów. Niestety nietoperze mają to do siebie, że lepiej słyszą, niż widzą. Snape dodatkowo jest jakimś zmutowanym gackiem, bo nie dość, że jest gorszy niż ABW, CBA i CBŚ razem wzięci, to jeszcze widzi przez ściany i nic się przed nim nie ukryje. Z westchnięciem zamieszał kolejny raz w garnku, przyglądając się ni to białej, ni to transparentnej papce, którą gotował dla stworzenia spoczywającego mu na klatce piersiowej w specjalnie do tego zmajstrowanym nosidełku.
         - No i co wzdychasz, jakbyś dzięki temu miał szybciej zagotować tego gluta? – Potter obrócił się ku Severusowi ze ściśniętą w dłoni łyżką, z której skapywała biaława breja bulgocząca pomału w rondlu.
         - Bo robię to pierwszy raz i nie wiem, ile ma się jeszcze gotować? – odwarknął, a w tym momencie kaszka trysnęła z garnka, rozbryzgując się na kuchence. Obaj panowie odsunęli się od niej, a Snape od razu za pomocą różdżki wyłączył palnik, jednak papka nie przestawała wybuchać. Dodatkowo w kuchni dało się czuć swąd spalenizny i bynajmniej nie pochodził on z kleiku.
         - Coś się pali? – zapytał Harry, rozglądając się po pomieszczeniu. Dopiero po chwili zorientował się, że to zwisające kawałki materiału z prowizorycznego nosidełka zajęły się ogniem, który zaczął pomału piąć się ku górze.
         - Dziecko! – krzyknął Severus, na co chłopak zrzucił z siebie płaczącą wniebogłosy lalkę razem z palącą się tkaniną, oblewając ją strumieniem wody z różdżki. Snape ostentacyjnie plasnął się ręką w czoło, ciągnąc ją następnie aż do brody. Już pomijał fakt, że jeszcze chwila, a Potter kompletnie zaleje swe mieszkanie i zapewne sąsiadów piętro niżej.
~~
         - Potter! Na stare lata znowu mam jakiś cel, więc jeżeli tchórzysz, to lepiej kanapę ściel! – wydarł się na cały regulator były nauczyciel, w trakcie gdy Harry siłował się z uruchomieniem pralki. Zawsze robiła to Pansy, jego jedynym zadaniem było pamiętać o przyniesieniu brudów do łazienki. Było to co najmniej dziwne, zważywszy na to, że u Dursleyów często robił pranie; sprawa malowała się w znacznie ciemniejszych barwach, jeśli musiał zrobić to po kilku latach, na dodatek na zupełnie innym modelu maszyny. Wszystko dodatkowo komplikował fakt, że musiał wyczyścić śpioszki, a ten oto materiał niestety wymagał określonej temperatury, odpowiedniego wirowania oraz innych pierdół, które stojący przed nim bęben obsługiwał. A on miał do dyspozycji jedynie pokrętło, malutki ekran i kompletnie niezrozumiałą instrukcję obsługi przyklejoną do czegoś, co pozwolił sobie nazwać pulpitem.
         - No przecież próbuję! – odwarknął Harry, a pralka wydała z siebie głośne piknięcie pomieszane z warknięciem.
- Nie cierpię mięczaków – wymamrotał Severus, siadając na zamkniętej toalecie i patrząc, jak jego podopieczny dalej walczy z mugolską maszyną. Co rusz poprawiał okulary, które zsuwały mu się z nosa, kręcąc dość sporą gałką i wsłuchując się w dźwięki wydawane przez przyrząd. Gdy Snape usłyszał po raz kolejny warkot oznaczający odmowę, miał ochotę wrzucić Pottera do otwartego bębna, lecz w porę się powstrzymał, uświadamiając sobie, że przecież sam nie wie, jak należy zmusić pralkę do działania. Westchnął przeciągle, wznosząc oczy ku sufitowi, a gdy tak nad nim kontemplował, do głowy przyszedł mu iście genialny pomysł.
- Potter! – warknął na chłopaka, który przytrzasnął sobie palca drzwiczkami. – Zrobisz to po męsku!
- Że jak? – odparł Harry, rozpakowując bolące miejsce. Zdziwił się niepomiernie, gdy emerytowany nauczyciel przemienił ręczniczek do rąk w starą tarkę, której nie używało się już kilkadziesiąt lat, jeśli nie dłużej.
- Tężyzną mnie zdziel! – krzyknął, wrzucając tarę do miski ze śpioszkami, a zaraz po niej w środku wylądował proszek i płyn do płukania. Chłopak poprawił kolejny raz spadające z nosa okulary, podnosząc wszystkie narzędzia do pracy i przenosząc się z nimi do kuchni, w której i tak panował wystarczający rozgardiasz. Snape podążał za nim niczym dementor, tyle że z sadystycznym uśmiechem rozciągającym się na wąskich wargach.
- Czemu nie mogę po prostu rzucić na to zaklęcia? – Odważył się zapytać Potter, na co Severus trysnął mu wodą z różdżki w twarz, a następnie skierował strumień do miski, która zaczęła wypełniać się cieczą.
- Bo twoja żona nie rzuca zaklęć, jak pralka nie chce prać.
- Ale nie używa też średniowiecznej tary.
- Za to ty będziesz. Trzymaj, nowa Amy Sedaris, mistrzyni prania. – Wepchnął mu do rąk jedną parę śpioszków, które ociekały nadmiarem wody. Harry ugryzł się w język, by nie odpyskować profesorowi, ale gdy dostrzegł, że ten naprawił spaloną wczoraj lalkę, która od razu zaczęła wyć niczym syrena alarmowa, prawie pokruszył sobie zęby z wściekłości, jaka się w nim zgromadziła. Zacisnął ręce z całych sił na materiale, ostentacyjnie zaczynając pocierać nim o metalową, falowaną powierzchnię tary.
- Potter – odezwał się siedzący na pobliskim krześle Snape – dziecko płacze.
- Słyszę, głuchy nie jestem – odwarknął Harry.
- To zrób z tym coś – dodał Severus, zakładając nogę na nogę i przywołując przyniesionego ze sobą Proroka; rozłożył gazetę, zasłaniając sobie obraz nędzy i rozpaczy, jaki utworzył przed nim chłopak. Woda z miski tryskała bowiem na całą kuchnię, która i tak była istnym pobojowiskiem po wczorajszej akcji z gotowaniem.
~~
- Twoje ostatnie zadanie na dziś. – Snape wskazał na wypełniony po brzeg zlew, z którego już zaczęły wysypywać się brudne naczynia. Niektóre z nich, gdyby poczekały jeszcze trochę, mogłyby dostać niespodziewanie nóg i same wynieść się z domu.
- Mam to zrobić sam? – zapytał głupkowato Harry, podnosząc ufajdany talerz po spaghetti, które jedli razem z byłym nauczycielem po południu. Wierzyć mu się nie chciało, że zużyli tyle naczyń, szczególnie, że stary nietoperz na początku zostawił mu do dyspozycji jedynie jeden zestaw do samotnych posiłków i jedną filiżankę.
- A liczysz na pomoc? – odparł Severus, rozkładając się znów na krześle z gazetą. Wyłożył przy tym nogi na stół, które rozeźlony Potter od razu zrzucił na podłogę.
- To nie stodoła – wymamrotał, podchodząc do zlewu i usiłując posegregować w nim talerze, miski, sztućce oraz resztę rzeczy, która nie wiadomo jak się tam znalazła. Jego zastępcza córka została tymczasowo pozbawiona funkcji życiowych, stając się ponownie zegarkiem. Chociaż to nie utrudniało mu pracy.
Snape przyglądał się, jak nieporadny Potter próbuje wydostać spod stosu brudnych naczyń patelnię, ale ta zaklinowała się między szklankami i za skarby ludowe nie chciała dać się wyciągnąć. Postanowił, że ten jeden, jedyny raz się nad nim ulituje. Strzelił niebieskim promieniem z różdżki, a cała zawartość komory uniosła się w górę i automatycznie posegregowała na odpowiednie kupki. Podszedł do zdumionego chłopaka, wręczając mu myjkę i płyn, a następnie podał mu ubrudzony talerz.
         - Zasada numer sześć – odezwał się Severus, obserwując wciąż otępiały wyraz twarzy Harry’ego - ratując damę z opresji, w tym przypadku, gdy pomagasz jej w myciu naczyń, należy postępować delikatnie.
Chłopak pokiwał kilka razy głową, przystępując do wycierania naczynia przy pomocy zwilżonej gąbki z odrobiną płynu. Brud jednak nie chciał puścić, w skutek czego Potter zaczął pocierać powierzchnię z całych sił, lecz i wtedy resztki jedzenia nie ustąpiły.
- Nie! – krzyknął Snape, gdy zobaczył, jak Harry oparł naczynie o brzeg zlewu, szorując jeszcze mocniej i szybciej. Szkło nie wytrzymało i po prostu rozleciało mu się w rękach. Starszy mężczyzna, widząc połamany talerz, wręczył mu stojącą z boku szczotkę z drucianą nasadką.
- Trzymaj. Wbrew pozorom to nie jest narzędzie tortur.
- Jakoś ciężko w to uwierzyć – odparł, obracając w dłoniach wręczony mu przyrząd.
- Jak chcesz, to zaraz się nim stanie – warknął Severus z miną nieznoszącą sprzeciwu. Potter widocznie nie miał ochoty dalej z nim dyskutować, gdyż powrócił do pucowania naczyń, których z minuty na minutę robiło się coraz mniej. Niestety na blacie zaczęły się piętrzyć mokre sztuki i chłopak nie miał już miejsca, by dokładać kolejne. Dopatrzył się przewieszonej przez drzwiczki piekarnika ściereczki, którą zaczął wycierać do sucha umyte talerze, odkładając je następnie do szafek.
- Poleruj, poleruj – komentował Snape, który zaglądał na niego od czasu do czasu znad gazety, uśmiechając się do siebie w szatański sposób.
~~
- Przed tobą prawdopodobnie najważniejsze zadanie, jakie ciąży na ojcu, gdy zostaje sam z dzieckiem – rozpoczął dość żałobnie Severus. – Możesz nie być masterchefem, możesz nie być perfekcyjną panią domu, ale musisz umieć perfekcyjnie zmienić pieluchę, nieważne, czy ledwie zmoczoną, czy z zawartością, której nawet największemu wrogowi nie chciałbyś pokazać. Zrozumiałeś?
- Ale przecież to tylko brudna pielucha – odparł Harry, przyglądając się ze znudzeniem przejętemu Snape’owi. Kroczył po pokoju w tę i nazad, a miał przy tym tak skoncentrowany wyraz twarzy, że aż ciężko było uwierzyć, iż mówi o podstawowych zasadach higieny małych dzieci.
- O nie, mój drogi, mylisz się – odrzekł Severus, uśmiechając się dobrodusznie pod nosem i zatrzymując przed dalej niewzruszonym Potterem. Chwycił go za barki, spoglądając głęboko w oczy, aż chłopak zaczął czuć się wyjątkowo niezręcznie. – To genialnie zaprojektowana i perfekcyjnie skonstruowana broń dalekiego zasięgu. Jeden niewłaściwy ruch i po tobie. To śmierdzio... znaczy, śmiercionośna bomba, której nawet Voldemortowi nie chciałbyś wręczyć.
- Dalej mówimy o zwykłej pielusze? – zapytał zakłopotany i zdegustowany Harry.
- Biedne, niczego nieświadome dziecko – załkał Snape, odsuwając się od podopiecznego i podchodząc do stolika, na którym leżały już przygotowane niezbędne środki do przewijania niemowląt. Podniósł niewielką matę, wielkością przypominającą podkładkę pod talerze, pokazując ją zdezorientowanemu chłopakowi.
- Najważniejsze jest przygotowanie. – Odłożył gumową tackę, która przylgnęła do powierzchni przewijaka. Wyjął z kołyski „córkę” Harry’ego, uderzając w jej pupę dwa razy końcem różdżki; dziewczynka od razu zaczęła płakać, a pampers, który na sobie miała, magicznie podwoił, jeśli nie potroił, swą objętość, zsuwając się lekko w dół. Potter aż zdjął okulary, przecierając oczy z niedowierzaniem.
- Podejdź tu – przywołał go tonem nieznoszącym sprzeciwu, wskazując na płaczące wniebogłosy niemowlę. – W mugolskim świecie, gdy odbezpieczysz granat, masz trzy sekundy na wyrzucenie go z dłoni. Inaczej kabum! Tak samo jest z odbezpieczoną pieluchą.
Harry przytaknął lekko głową, obserwując uważnie, jak Snape kładzie ostrożnie dziewczynkę na macie, starając się jak najmniej wprowadzać jej pampersa w drgania. Odetchnął z ulgą, gdy nic się z niego nie wydostało.
- Zasada numer siedemdziesiąt trzy, wszystko pod ręką – mówiąc wskazywał na ułożone we właściwej pozycji chusteczki nawilżające, podsypkę, pieluchy i inne środki, o których istnieniu chłopak nie miał zielonego pojęcia. – Teraz patrz, jak mistrz pracuje i ucz się. I pamiętaj, nie bez przyczyny mówią, że saper myli się tylko raz.
Potter liczył, że wreszcie będzie miał się z czego pośmiać, jednak jakież było jego zdziwienie, gdy Severus błyskawicznie rozpiął pampersa, wyciągając go spod pupy dziecka, w tym samym momencie zwijając go w małą sakiewkę, którą dobrze zabezpieczył umieszczonymi po bokach lepkimi zapinkami. A wszystko to zrobił przy użyciu jednej ręki! Drugą bowiem podtrzymywał niemowlę pod pośladkami, zbierając nawilżoną chusteczką to, czego nie zabrała pielucha. Jego koordynacja była niewyobrażalna; nogą otwierał umieszczony przy przewijaku kubełek, wrzucając do niego odpadki zupełnie po omacku, a mimo to zawsze trafiał. Pudru, który wysypał na dziewczynkę, nie było ani za dużo, ani za mało, wręcz perfekcyjnie wymierzona ilość. Nim się spostrzegł, profesor trzymał na rękach uśmiechniętego, czystego i zawiniętego w nowego pampersa bobasa, a cały proceder zajął mu może jakieś trzy minuty.
~~
- Zasada numer osiemdziesiąt pięć, koncentruj się – krzyknął Snape, na co Harry przytaknął od razu głową. Gwizdnął w specjalnie wyczarowany gwizdek, dając mu tym samym sygnał do rozpoczęcia przewijania dziecka. Potter ćwiczył już kolejną godzinę, a wciąż popełniał te same błędy. Nie miał równowagi w dłoniach, niemowlę wypadało mu, gdy próbował je podnieść i w tym samym momencie wyciągnąć spod niego pieluchę. Raz nawet wyleciało na podłogę, rozpadając się na części pierwsze. Jedyne, co udało mu się do tej pory opanować, to sypanie na dziewczynkę pudru, choć za pierwszym razem białe było nie tylko dziecko, a wszystko dookoła. Severus liczył, że tym razem uda im się pójść przynajmniej jeden krok na przód.
Po usłyszeniu gwizdka Harry zdarł z podrabianej córki pampersa, unosząc ją za nóżki w górę, by mu się nie wyślizgnęła. Na ślepo zawiązał śmierdzącą bombę, rzucając ją w bok do otwartego kubełka. Reszta poszła mu w miarę gładko, choć trochę siłował się z włożeniem nóżek w odpowiednie otwory pieluchy. Gdy podniósł oporządzone dziecko w górę z głośnym krzykiem szczęścia i zwycięstwa, spojrzał na niezadowolonego, a nawet wściekłego Snape’a, którego lewa nogawka czarnych spodni umorusana była brązową mazią, a przy nogach spoczywały rozwinięty pampers.
- Zasada numer osiemdziesiąt sześć, celuj! – wrzasnął, wskazując na kosz, który znajdował się po kompletnie innej stronie, niż w którą próbował trafić Potter.
~~
Draco szedł niemrawo po zasypanym śniegiem parku z wciśniętymi do kieszeni grafitowego płaszcza rękami. Dulce dreptał tuż obok niego i też nie wyglądał, jakby był zadowolony ze spaceru o tak późnej porze. Dodatkowo zapomniał zabrać ze sobą papierosów, co tylko potęgowało jego paskudny nastrój, który wystarczająco psuła mu w ciągu dnia Pansy, a raczej jej córcia, która ciągle miała do niego jakiś interes. Przynosiła mu zabawki, tarmosiła go za nogawki od spodni, nieustannie domagając się atencji; miał już tego powyżej uszu, a przecież został z nią sam na sam wyłącznie raz, gdy ani Hermiona, ani Pan nie mogły się nią zająć. Ten jeden raz jednak wystarczył mu do końca życia.
Niespodziewanie dostrzegł w oddali biegnącego Pottera, ubranego w ciemne dresy i śmieszną czapkę z pomponem na samym środku. Poczekał chwilę, aż mężczyzna się do niego zbliży, po czym przywitał się z nim najbardziej wrednym uśmieszkiem, jaki posiadał w asortymencie.
- No, no – zaczął złośliwie, zatrzymując Harry’ego w połowie biegu. – Widzę, że kawalerskie życie ci dopisuje.
- Chcesz czegoś konkretnego, czy po prostu chcesz się ponabijać? – odwarknął Potter, próbując zaczerpnąć większy oddech i rozciągając przy tym dodatkowo nogi.
- Niańczę twoją zasmarkaną córkę i znoszę fochy twojej pozostającej w dołku rozpaczy żony. Chyba coś mi się za to należy – odparł Draco, splatając ręce na klatce piersiowej. Harry ściągnął na moment czapkę, przeczesując gęste, czarne włosy, po czym naciągnął ją z powrotem na głowę, a Malfoy dopiero teraz dostrzegł, jak bardzo mężczyzna jest zarośnięty. – Potter, golisz ty się czasami?
- Tak, a co? – odparł, drapiąc się po dość sporej acz nierównej brodzie. Arystokrata spojrzał na niego powątpiewająco, zauważając niemałe worki pod oczami wyłaniającymi się spod okrągłych oprawek.
- To zrób to dokładniej następnym razem.
- Nie mam za bardzo czasu, wiesz? – Draco przestąpił z nogi na nogę, wzdychając przy tym głośno i szykując się na litanię niedogodności, z jakimi mężczyzna musi sobie radzić od kiedy odeszła od niego żona i córka. Jak bardzo był zaskoczony, gdy usłyszał coś zupełnie innego. – Snape mnie trenuje, jak być dobrym ojcem i mężem, a trochę jest wymagający.
- Snape? – zapytał z niedowierzaniem i jakby dla potwierdzenia zdumiony Malfoy. Harry przytaknął mu głową, rozciągając mięsień czworogłowy uda. Nawet Dulce wpatrywał się w niego, jakby mu nie dowierzał.
- Jutro mam egzamin ze zmiany pieluch – dodał Potter, jakby mówił o czymś tak oczywistym, że aż nie chciało mu się o tym opowiadać w szczegółach. A szok na bladej twarzy Draco jedynie się powiększał.
- Ze zmiany pieluch? – powtórzył za Harrym dużo wolniej, jakby próbował sobie dokładnie przyswoić i zrozumieć, o czym dokładnie mówi do niego stojący przed nim mężczyzna.
- Tak – potwierdził brunet, truchtając w miejscu.
- Czekaj, wyjaśnijmy coś sobie, bo nie wiem, czy dobrze rozumiem – odezwał się arystokrata, unosząc przy tym jedną rękę w górę i marszcząc z niezadowoleniem brwi. – To ja zajmuję się twoim brzdącem bez żadnego przygotowania, karmię ją, przewijam i udaję, że chce mi się pięćdziesiąty raz z rzędu oglądać „Przygody królika Stefana”, wysłuchuję płaczu i lamentów twojej żony, która nawiedza mnie i Hermionę dzień w dzień, a ty sobie swobodnie biegasz po zawszonym, zaśnieżonym parku dla relaksu, bo masz jutro, cytuję, egzamin ze zmiany pieluch u Snape’a?
Potter zaprzestał truchtu, chwilę analizując wywód Malfoya, który patrzył się na niego, jakby chciał mu za chwilę przegryźć krtań. Uśmiechnął się do niego po jakimś czasie w najbardziej głupkowaty sposób, na jaki było go stać, drapiąc się przy tym w tył głowy.
- No, tak jakby – odparł, a Draco omal się na niego nie rzucił.
- Potter – warknął arystokrata, a jego głos rozniósł się po najbliższej okolicy – ty idioto do entej potęgi. Ja cię kiedyś zabiję.
Harry od razu zerwał się do biegu, widząc czające się w szarych oczach Malfoya ogniki niebotycznej wściekłości. Obracał się co jakiś czas, sprawdzając, czy mężczyzna za nim nie goni. Na szczęście arystokrata stał w tym samym miejscu, w którym go zostawił, uśmiechając się do niego złowieszczo. Nim się spostrzegł, wbiegł na zamarzniętą taflę pobliskiego jeziorka, przejeżdżając po nim na brzuchu i lądując w gąszczu zmrożonego tataraku.

niedziela, 28 stycznia 2018

Zagadki Ciemnej Miłości - Epilog

Kochani!

Przyszedł ten dzień, gdy Zagadki Ciemnej Miłości dobiegły końca. Nie macie pojęcia, jak bardzo jestem z tej historii dumna, ale oczywiście nie udałaby się ona bez waszego udziału, za który bardzo wam wszystkim dziękuję. Za każdy komentarz, który motywował mnie do pracy, za miłe i złe słowa, które padały i jeszcze pewnie padną pod tym zakończeniem. Dziękuję, że wytrwaliście ze mną i tym opowiadaniem. Dla mnie jest ono wyjątkowe i mam nadzieję, że będziecie do niego wracać.

Co dalej z blogiem? Bo pewnie to was najbardziej interesuje. Szczerze? Nie wiem. Wiem jedynie, że wracam do starej historii, ale jak szybko to nastąpi, tego nie jestem w stanie wam powiedzieć. Z pewnością nie przed czerwcem, gdyż do tego czasu będę zajęta pisaniem pracy licencjackiej. Ale będę dawać znać. Przysięgam, że jeśli kiedykolwiek przejdzie mi przez głowę, żeby was opuścić, to na pewno wcześniej was o tym poinformuję, jednak pamiętajcie, że gdy ja coś zaczynam, to zawsze kończę ;)

Czy na blogi będą pustki, ktoś zapyta. Może tak, może nie. Wszystko zależy od organizacji czasu, którego ostatnio jakoś nie mogę sobie dobrze rozplanować. Pamiętajcie jednak, że jeśli macie do mnie jakieś pytania, chcecie się pożalić, pochwalić, sprawdzić, czy jeszcze żyję, mamy odpowiednią zakładkę na pytania, mamy komentarze pod rozdziałami, mamy także mojego prywatnego maila, jeśli ktoś nie lubi uzewnętrzniać się na forum. Ja tu cały czas jestem, choć nie publikuję ;)

Na koniec dodam, tak na usprawiedliwienie, bo rozdział pojawił się wyjątkowo późno, że kończyłam go jeszcze, gdyż czegoś mi w tym epilogu brakowało. W minionym tygodniu dopisałam treści, które znajdują się na samym końcu (daty: 26, 27 maja). Może niepotrzebne, może kogoś usatysfakcjonują, mnie w  każdym razie brakowało ich.

Jeszcze raz wam wszystkim dziękuję i mam nadzieję, że zobaczymy się w jakiejś niedalekiej przyszłości.
Wasza Realistka








~ Niech się nie przerwie nigdy nieskończona
przędza miłosnych słów, niech płonie wiecznie,
aż księżyc zgaśnie i aż słońce skona.




Londyn, 10 czerwca 2008
         Białe kafle pokrywające ściany, podłogę i sufit niewielkiego pomieszczenia błyszczały ostro w świetle przytwierdzonych do stropu lamp halogenowych. Ich blask praktycznie oślepiał, gdy z ponurego i wąskiego korytarzyka wchodziło się do pokoju, w którym na próżno było szukać okien, a nawet pryczy czy stołu; w środku znajdowały się wyłącznie magiczne płyty, reagujące natychmiastową zmianą tworzywa, z którego zostały wykonane. Przypominały z daleka specjalną piankę wyciszającą, zresztą poniekąd ku temu również służyły, jednak gdyby spróbować w nie uderzyć, od razu stawały się bardzo plastyczne, można by nawet stwierdzić, że wchłaniały siłę, z jaką je atakowano, pozbawiając przeciwnika chęci dalszej napaści. Materiał kafli był wyjątkowo wrażliwy, odpowiadał nawet na niezamierzone stuknięcia, trzaski czy mocniejsze stąpanie, przez co dość ciężko chodziło się po podłodze. Został zaprojektowany, by znajdujący się w celi więzień nie mógł wyrządzić sobie żadnej krzywdy. Draco, siedzący w pomieszczeniu od dłuższego czasu, skłaniał się ku nieco innej teorii.
         Zaledwie kilka centymetrów od ściany leżało skulone ciało odziane w kaftan bezpieczeństwa, równie biały, co płyty, którymi wyłożono pokoik. Spętane ręce ciasno przylegały do wątłego ciała owiniętego przez długie rękawy, które zawiązano na plecach; dla pewności więźniowi założono również łańcuch przytwierdzony do chudych kostek u nóg wygiętych ku spuszczonej głowie. Patrząc na stłamszonego Notta nie mógł oprzeć się wrażeniu, że część środków ostrożności, które na nim zastosowano, są kompletnie zbyteczne, jak i ich użycie jest nielogiczne. Szczególnie łańcuch wydawał się dużą przesadą; mógł więcej zaszkodzić, nic pomóc chłopakowi, jednak żaden ze strażników nie przyjmował tego faktu do wiadomości.
         Długie i jasne włosy zapleciono w niedbały warkocz; wciąż spoczywały w nich resztki ziemi, błota, a nawet krwi; dodatkowo, gdy podeszło się bliżej, dało się wyczuć wydobywający się ze skóry głowy nieprzyjemny zapach nagromadzonego łoju. Oślepiające światło lamp podkreślało niezdrowy koloryt cery, która z dnia na dzień szarzała, a sińce pod oczami stawały się coraz bardziej widoczne, praktycznie były już brunatne, podobnie jak poranione i przesuszone wargi. Gdyby Draco przyszedł do celi kilka dni wcześniej, mógłby zobaczyć włożony w usta Theodore’a specjalny knebel, który i tak zakładano mu każdej nocy, a chłopak, o dziwo, ani razu się temu nie sprzeciwił; posłusznie nosił uprząż, którą jeden ze strażników raz praktycznie wepchnął mu do gardła. Patrząc w zgaszone, błękitne oczy nie w sposób było uwierzyć, że potrafiły zionąć żądzą mordu, a ich właściciel był zdolny pozbawić życia cztery osoby; były jałowe, wyrażały jedynie dotkliwą obojętność, tak samo jak głos wydobywający się od czasu do czasu ze ściśniętego gardła.
         - Nienawidzisz mnie – odezwał się głucho Nott, spoglądając na kolana siedzącego niedaleko Dracona. Nim wszedł do celi, kazano mu ściągnąć buty, wyjąć pasek od spodni, jak również zdjąć zegarek i oddać różdżkę, czemu w ogóle się nie dziwił; opatrzono go jednak zaklęciem, które miało natychmiast zaalarmować strażników, gdyby Theodore chciał mu coś zrobić. Arystokrata wątpił jednak, czy chłopak byłby zdolny choćby na niego splunąć.
         - Nie – odparł cicho, przełykając nagromadzoną w gardle ślinę. – Próbuję zrozumieć.
         - Dlaczego. – Nie pytał; miałkim głosem akcentował samogłoski, wpatrując się bez ustanku w nogi Malfoya.
         Zastanawiał się, czy jest sens kontynuować nielogiczną wymianę zdań. Nott wyglądał potwornie, jednakże to nie to było powodem zamyślenia mężczyzny. Poranione stopy nie robiły na nim żadnego wrażenia, poharatane zębami wargi tym bardziej, nawet puste oczy nie były w stanie go ruszyć. Zaabsorbowany był bardziej tym, co go skłoniło do samowolnego przyjścia do Azkabanu; czego chciał się dowiedzieć? Czy w ogóle chciał coś wiedzieć?
         Chłopak zamykał i otwierał oczy bardzo powoli. Bez trudu można było usłyszeć jak oddycha, a jeśli się poruszył choćby o milimetr, czułe płytki natychmiast zawiadamiały o tym siedzącego na nich arystokratę, który poczuł, że zaczyna robić mu się zimno. Mimo dość wytrzymałej psychiki zastanawiał się, ile byłby w stanie wytrwać w tej przerażającej celi, której zadaniem było nie tyle zapewnienie więźniowi bezpieczeństwa, co brutalne i powolne odczłowieczenie go, aż zamienił się warzywo niezdolne do czucia, a tym bardziej do dzielenia się uczuciami.
         - Czemu – bełkotał pod nosem Nott, a z ust ciekła mu strużka śliny. – Czemu mnie nie zauważasz. Nie kochasz. Nie nienawidzisz. Czym jestem? Obwiniaj mnie.
         - Nie potrafię – odparł Draco, spoglądając w spoczywające na splecionych kostkach dłonie.
         Theodore roześmiał się, przekręcając się na plecy, a obwinięte łańcuchem nogi uderzyły o podłoże, które zapadło się kilka centymetrów, by po chwili wrócić na miejsce. Rechotał jak szaleniec; był szaleńcem, lecz nie wzbudzał strachu; raczej nikłe współczucie, które nawiedziło przez moment arystokratę, gdy z oczu zaczęły mu wylatywały łzy; najpierw pojedyncze krople, potem zalewały je istne potoki, a wątła klatka piersiowa unosiła się w nierównym tempie.
         - Zabiłem – wychlipał ze wzrokiem utkwionym w lampę w suficie. – Dla ciebie. Dla nas. Nawet Kingsleya. Ale nawet wtedy mnie nie wybrałeś. Czemu jestem dla ciebie niczym?
         - Nie jesteś – odrzekł, lecz dobrze zdawał sobie sprawę, że gdyby Nott zapytał go, kim w takim razie dla niego jest, nie potrafiłby udzielić mu odpowiedzi. Miał pustkę w głowie; patrząc na dawnego przyjaciela nie czuł niczego, żadnej nienawiści czy małej pogardy, nie było w nim sympatii ani cienia radości. Był pusty. I tego tak bardzo się obawiał.
         - Czy – zawahał się przez chwilę – to dziecko… coś zmienia?
         - Nie – odparł bez namysłu Draco, podnosząc się z podłogi, która co chwilę się zapadała. Theodore zamknął oczy, z których wciąż płynęły łzy palące skórę, choć sam tego nie czuł.
         Przed wyjściem odwrócił się do chłopaka, który nie ruszył się z miejsca po jego odejściu. Płakał niczym dziecko, którym w rzeczywistości był. Zagubiony, odrzucony, niezrozumiany, szukał nadziei w ciemności, z której nie było ucieczki. Draco znał tę postawę, sam długo ją przyjmował, jednak wyciągnięto go z niej w ostatnim momencie i nie chciał już nigdy do niej wracać. Ale czy istnieje ratunek dla kogoś, kto samowolnie się jej podporządkował?
         - Między nami niczego nie zmienia – odezwał się do Notta, który uchylił lekko mokre powieki i spojrzał na niego z podłogi. – Ale między mną i Hermioną zmienia wszystko.
         Zastukał w ścianę trzy razy, tak jak nakazywały zasady przekazane mu przez strażnika, po czym ukazały się przed nim drzwi, a w nich stał ubrany w mundur Oliver Wood, który zdjął z niego zaklęcie bezpieczeństwa. Gdy wrota się zamykały, Draco mógł dostrzec blady uśmiech na niemal transparentnej twarzy dawnego przyjaciela.
         - Nie będzie miał procesu. – Spojrzał na mężczyznę, który wznawiał działanie zaklęć zabezpieczających. – Uznano, że naruszył zasady zwolnienia. Chyba że chcesz go oskarżyć, wtedy może trafić do głównych cel Azkabanu.
         - Nie chcę – odparł bezbarwnie Malfoy, wsadzając pasek do szlufek od spodni i zapinając zegarek na lewym nadgarstku. Następnie założył buty i płaszcz, dostrzegając kątem oka niezadowolony wyraz twarzy Wooda, który odprowadził go do wyjścia w milczeniu. Przed samą bramą, już po wylegitymowaniu, odezwał się do niego dużo bardziej przyjaźnie, niż za każdym razem, kiedy z nim rozmawiał.
         - Jak się czuje Hermiona? – Draco zamyślił się na moment. Nie mógł zaprzeczyć, że choćby najmniejsza wzmianka o kasztanowłosej kobiecie podrywała mu serce do szybszego biegu. Nie inaczej było i tym razem. Obdarzył Olivera czymś na kształt uśmiechu, rozkładając szeroki parasol nad głową, gdyż z nieba zaczął siąpić rzęsisty deszcz.
         - Lepiej – odrzekł, dostrzegając w oddali czekającego Pottera. Nie mógł dostrzec zdziwienia wypływającego na twarz Wooda, który jeszcze dłuższą chwilę przyglądał się dwójce czarodziejów oddalających się powoli ku miastu.


         - Cześć – przywitał się, podając mu rękę na wysokości barków, wcześniej lekko się nią zamachując, ale Draco spojrzał na niego wymownie, wznosząc delikatnie jedną brew ku górze; w lewej ręce trzymał sporych rozmiarów czarny parasol, pod którym spokojnie zmieściłyby się nawet i trzy osoby.
         Potter uśmiechnął się rozbawiony, gasząc papierosa w deszczówce, następnie opuścił rękę, wyciągając ją do tradycyjnego uścisku, który tym razem arystokrata przyjął bez żadnego sprzeciwu. Dla aurora było to jednak za mało; szybkim ruchem przyciągnął do siebie mężczyznę, poklepując go przyjacielsko po plecach. Malfoy wciąż odczuwał lekkim dyskomfort, gdy ktoś nagle rzucał się na niego z uściskami, ale nie protestował, próbując tłumaczyć sobie, że tak już teraz po prostu będzie i musi się do tego wszystkiego przyzwyczaić.
         - Jak łapa? – zapytał, rozluźniając uścisk i transmutując parasolkę w zwyczajną laskę, na której wspierał się, gdy zaczęli iść wąską ścieżką w dół, kierując się ku zasnutemu deszczowymi chmurami Londynowi. Oczywiście szybciej było się teleportować, lecz obaj nie czuli ku temu potrzeby.
         Noga Harry’ego została bardzo mocno nadwyrężona. Wcześniejsze urazy nie zdążyły się dobrze wyleczyć, w skutek czego nawet zaawansowane zaklęcia medyczne Juany niewiele dały, a mężczyzna został połowicznym kaleką. Rany najbardziej go bolały właśnie w takie ponure, deszczowe dni, a że o przyjmowaniu i odpowiednim dawkowaniu eliksirów przeciwbólowych nigdy nie pamiętał, radził sobie najprostszym sposobem, podpierając się na lasce, która nieco odciążała rwącą kończynę.
- W porządku – odparł po dłuższej chwili Draco, składając parasol i spoglądając na prawą dłoń, wychylającą się spod cienkiego płaszcza w delikatną, ciemną krateczkę. Choć Juanita wyleczyła go w zaledwie kilka godzin, wciąż miał wrażenie, że złamany bark daje o sobie znać; prawdopodobnie tylko przypominał sobie wydarzenia z nocy, gdy Hermiona o mało nie zginęła, wracając do mocnego uderzenia o mur, który roztrzaskał mu kość, ale nie mógł pozbyć się dziwacznego mrowienia ilekroć spojrzał na prawą rękę.
Szli niezbyt szeroką ścieżką, po której bokach rosły stare, rozłożyste dęby, a majestatyczne korony rozciągające im się nad głowami bez trudu chroniły przed spadającą z nieba mżawką. Miejsca było wystarczająco, by nie musieli iść ramię w ramię, jednak ani jednemu, ani drugiemu tak bliski kontakt nie przeszkadzał, a przynajmniej żaden z nich nie wyglądał, jakby chciał uciec. Harry po dłuższej chwili milczenia wyciągnął papierosa z odrobinę pomiętej paczki spoczywającej na dnie kieszeni czarnych dżinsów, mimo że wiedział, jak Malfoyowi zapach nikotyny działa na nerwy; przypalił używkę różdżką, którą schował w nieco znoszonej kurtce, lecz, o dziwo, wyjątkowo jak na niego czystej.
- Chcesz o tym pogadać? – wydusił, patrząc się przed siebie, jakby zastanawiał się, jak wiele drogi zostało im jeszcze do przejścia. Draco domyślił się, o co Potter go pytał, lecz nie odpowiedział mu od razu. Spuścił wzrok na czubki eleganckich butów, które, mimo beznadziejnej pogody, lśniły przy każdym ruchu.
- Ciągle zastanawiam się, czemu po prostu do mnie nie przyszedł – odrzekł, spowalniając odrobinę krok. – Czemu posunął się do morderstwa. I kto w rzeczywistości jest temu wszystkiemu winien.
- Powiem ci coś, jak przyjaciel przyjacielowi. – Spojrzał na zaciągającego się wypalonym do połowy papierosem Harry’ego. Już samo to, że mężczyzna nazwał go przyjacielem było zaskakujące, ale że umysł aurora nie należy do zbyt lotnych, postanowił nie zwracać na to za bardzo uwagi; co innego na dalszą część wypowiedzi, w której Potter brzmiał wyjątkowo poważnie. – Jesteś totalnym kretynem.
Uśmiechnął się blado w odpowiedzi, ponownie spuszczając wzrok na idealnie wypastowane buty. Nie mógł nie przyznać mężczyźnie racji, ale gdzieś głęboko w środku ciągle się wahał, zastanawiając się, czy posunięcia Theodore’a były wyłącznie wynikiem pragnienia zagarnięcia go tylko dla siebie, odizolowania od reszty znajomych i rodziny, czy może część winy leżała również po jego stronie, gdyż zapomniał o złożonej w przeszłości obietnicy. Jednak czy był sens zadręczać się pytaniami, na które nikt nie zna odpowiedzi?
- Jeśli kogoś kochasz, to go, kurwa, nie ranisz – odezwał się Harry, strzepując popiół na ziemię. – Zasada stara jak świat i doskonale powinieneś o tym wiedzieć. Dlatego uprzedzam, jeśli nawiejesz od Miony, to radzę ci już zacząć skręcać trumnę na własny pogrzeb.
- Chcę, żeby była bezpieczna – odrzekł nieco markotnie, dodając po chwili – tak samo, jak dziecko.
- Tak tylko przypomnę, że marchewką go sobie nie zrobiła, więc bierz odpowiedzialność za małego, rozwydrzonego i zadufanego w sobie Malfoya.
- Nie wiem, czy potrafię. – Głos miał smutny, niepewność przebijała się w nim na pierwszy plan, jednak czy można było odpowiedzieć inaczej?
Każdego dnia, patrząc na śpiącą w szpitalu Hermionę, pytał się, czy zasługuje na jej uczucia i na dziecko spoczywające pod jej sercem. Nie powiedział jej, że ją kocha, ona zresztą również, ale język pozbawiony słów, którym się porozumiewali wypowiadał za nich te słowa wielokrotnie. Iskrzące spojrzenia, czułe uśmiechy, gdy jedno nie patrzyło na drugie; nikomu by się do tego nie przyznał, ale lubił trzymać ją za rękę i wsłuchiwać się w spokojny oddech, gdy wieczorami przesiadywał u niej w sali. Jednak to poranek, gdy pierwszy raz na niego spojrzała najbardziej utkwił mu w pamięci i chwycił za bijące w piersi serce; była bardzo osłabiona, ale jej błyszczące w blasku wdzierającego się nieśmiało przez okna słońca oczy były pełne życia, a to mu w zupełności wystarczało. Nie rozmawiali zbyt wiele, przynajmniej nie bezpośrednio, ale często słyszał jej cichy głos i czuł gładzącą go po policzku czy włosach drobną dłoń, gdy zmęczony drzemał na krześle przy jej posłaniu. Wypowiadała słowa, których on się bał, których nie potrafił sam jej powiedzieć, i nigdy jej nie przerwał, gdyż przepełniony czułością ton bardzo go uspokajał. Czuł jednak, że pomału zbliża się ku niemu moment, kiedy będzie gotowy powiedzieć jej, że jest dla niego wszystkim. I pierwszy raz w życiu wizja uzewnętrznienia uczuć nie wywoływała w nim strachu.
Poczuł klepiącą go po plecach rękę i usłyszał rozbawiony głos Pottera, który wypalał już kolejnego papierosa.
- Potrafisz, potrafisz – pocieszał go, ale Draco umiał jedynie odpowiedzieć mu kwaśnym uśmiechem. – Nauczysz go łamać kobiece serca, latać na miotle, używać nocnika!
- Kolejność ci się pomyliła – odrzekł odrobinę rozbawiony, dostrzegając wyjście z lasku. Harry chuchnął mu chmarą dymu w twarz, przez co zakasłał kilka razy, obdarzając go poirytowanym spojrzeniem, jednak mężczyzna nic sobie z tego faktu nie robił.
- A jeśli będę miał córkę? – spytał, na co auror wzruszył ramionami, unosząc przy tym wysoko brwi i wydymając odrobinę usta, w których spoczywał jarzący się papieros.
- Wiesz, dzieciaki trzeba wspierać w realizacji marzeń, choć to mali, uśmiechnięci terroryści – odrzekł, transmutując laskę, na której się podpierał, w granatową parasolkę. Po chwili rozłożył ją, a stojącego obok Dracona poklepał pocieszająco po ramieniu. – Także współczuję, ale będziesz musiał się wbić w gustowny, różowy trykocik i uczęszczać z nią na lekcje baletu.
- Oby i ciebie Pansy obdarzyła uroczą córeczką – odpowiedział zjadliwie, uśmiechając się przy tym sarkastycznie i wychodząc z mężczyzną z lasku, który paplał jak najęty, że prawdziwym samcom zawsze pierwsi rodzą się synowie. Prawdę mówiąc, Malfoya w ogóle nie obchodziło, jakiej płci będzie jego dziecko, ponieważ je kocha, tak samo jak jego matkę, reszta nie miała dla ich przyszłości żadnego znaczenia.


Londyn, 28 czerwca 2008
Obudziło go lekkie szturchnięcie w ramię, a gdy otworzył oczy dostrzegł burzę hebanowych pukli wyłaniającą się spod sporych rozmiarów bordowego kapelusza z granatową przepaską.
- Hola – przywitała się Juana, mierzwiąc mu delikatnie włosy. Draco odpowiedział lekkim uśmiechem, powoli wyplątując palce z palców śpiącej Hermiony. Hiszpanka, mimo że w pomieszczeniu było dość ciemno, bez trudu dostrzegła ten czuły gest, który próbował przed nią ukryć, jednak nic na niego nie powiedziała. Wskazała mu tylko głową na wyjście z sali, a arystokrata podniósł się powolutku z krzesła, kierując się ku szklanym drzwiom, które po chwili zamknęły się za nimi z cichym kliknięciem.
- ¿Qué pasa? (Co się dzieje?) – zapytała, dostrzegając markotną minę chłopaka, który splótł ręce na klatce piersiowej, opierając się o pobliski parapet.
- Juana – zaczął niepewnie Malfoy, wpierw wznosząc oczy ku sufitowi, a później przenosząc wzrok na krajobraz za oknem, które miał za plecami. Od wizyty u Notta długo myślał, jak ma jej powiedzieć, że śmierć Kingsleya nie była przypadkowa, a tak samo zaplanowana, jak pozostałe morderstwa. Słowa kołowały mu w głowie, ale nie chciały przedostać się przez gardło. Bał się i kobieta to widziała, dlatego zagarnęła go w ramiona, niczym matka, a gąszcz bransoletek zdobiących jej nadgarstki zadzwonił o plecy chłopaka.
- Cariño, przestań się zadręczać i martwić – mówiła do niego spokojnie, kołysząc delikatnie w ramionach. Gdy się od niego odsunęła, dostrzegł promienny uśmiech na pokrytych czerwoną szminką wargach, jednak nie potrafił go odwzajemnić.
- King – odezwał się z głośnym westchnięciem, ale Hiszpanka znów zmierzwiła mu włosy, przez co nie dokończył tego, co chciał jej powiedzieć. Skrzyżowała ręce na piersiach, opierając się biodrem o parapet, przy którym stali, i spoglądała na niego z tą samą troską, którą zawsze dostrzegał w jej ciemnych oczach.
- Yo sé (Ja wiem) – odparła, poprawiając wlatujące do oczu hebanowe pukle. – Y sé, porque Percy potrzebował mojej zgody na wydanie dokumentów mojego hermano.
Widząc smutek na twarzy młodego arystokraty wskazała mu na długi korytarz, zachęcając do krótkiego spaceru.
- En los documentos nie ma nic o tobie, no te preocupes (nie martw się) – rzekła, a stukot wysokich obcasów rozbrzmiewał na pustym korytarzu przy każdym kroku. – Percy, debido a que fue ministro de magia (ponieważ był ministrem magii), chciał dysponować tą władzą bez odwołania. Desgraciadamente (niestety), do tego es necesario (konieczne jest) posiadanie przyzwolenia poprzedniego ministra i Wizengamotu. El permiso de mi hermano estaba en mi casa. (Pozwolenie mojego brata było u mnie w domu.) Obiecałam mu, że nikt nie będzie miał do nich dostępu. Conque (Wobec tego) odmówiłam mu.
- Od samego początku mnie chroniłaś – odpowiedział ze wzrokiem utkwionym w podłogę. – Tak jak Kingsley opiekował się mną w Azkabanie.
- Opiekował się również Theodore’em, pero dla niego było już za późno – tłumaczyła smętnym głosem. – Przekazał ten obligación (obowiązek) Percy’emu, jednak on dał się omamić. Zwolnił go w zamian za ayuda (pomoc) w zostaniu nowym ministro de magia. Sabía o wszystkich morderstwach, me lo ha dicho (powiedział mi o tym).
Juana, choć mówiła o tragicznych wydarzeniach, nie wyglądała na zasmuconą. Była bardzo spokojna, tak jakby od początku znała całą intrygę, ale dopiero teraz mogła o niej opowiedzieć. Draco nie miał pojęcia, jak wielki ciężar spadał jej z serca z każdym kolejno wypowiedzianym słowem, tak jakby oczyszczała umysł z wiedzy, której wcale nie chciała posiąść.
- Gdzie jest teraz? – spytał, przystając przy końcu korytarza i spoglądając na uśmiechniętą Hiszpankę.
- Kiedyś ci o tym powiem – odparła, a Malfoy przytaknął smętnie głową. Wiedział, że nie ma sensu naciskać, ale liczył na to, że przyjaciółka powie mu, co stało się z Weasleyem; ta jednak milczała. Mógł się tylko domyślać gdzie obecnie przebywa, ale wszystko mu mówiło, że Juanita zrobiła wszystko co w jej mocy, żeby pomóc mu rozpocząć nowe, lepsze życie. Zdał sobie sprawę, że pod tym względem są do siebie bardzo podobni; on też, mimo wszelkiego wyrządzonego cierpienia, chciał pomóc Nottowi, żeby nie zatracił się w apatii. Czemu? Nie wiedział, po prostu czuł ku temu potrzebę.


Londyn, 24 września 2008
- Czemu ciągle chcesz mnie widzieć? Czemu mnie nie nienawidzisz? Przecież jestem odrażający. – Theodore mamrotał pod nosem wciśnięty w kąt białej salki; za każdym razem spotykał go w innym miejscu, zawsze w tym samym kaftanie, lecz ani razu nie poczuł do niego niechęci. Siadał obok niego, z każdą wizytą coraz bliżej, jakby próbował oswoić dzikie zwierzę i przyzwyczaić do swej obecności.
- Ponieważ tego potrzebujesz – odrzekł, przełykając nadmiar śliny i zginając nogi w kolanach, na których oparł wyciągnięte ręce. Nott długo nie reagował; zwiesił głowę, wpatrując się tępo w biały materiał, którym związano mu ciało. Gdy Draco dostrzegł strużkę śliny wypływającą mu spomiędzy rozchylonych warg, wytarł je chusteczką, którą trzymał w tylnej kieszeni spodni. Na ten gest błękitne oczy chłopaka rozbłysły, wpatrując się w niego z nadzieją, która kilka sekund później niespodziewanie wygasła.
- Kochasz ją? – zapytał cicho.
- Tak – odpowiedział bez wahania.
- I to dziecko też kochasz? – spytał kolejny raz.
- Tak – odparł mu z tą samą pewnością.
- Ale mnie nie kochasz – dodał, zwieszając jeszcze niżej głowę i zamykając oczy.
- Nie – odrzekł, a spod powiek chłopaka wypłynęły pierwsze łzy. Malfoy przywykł już do tego widoku. Theodore płakał za każdym razem, gdy otrzymywał od niego negatywną odpowiedź, ale nie mógł go okłamywać.
- Chciałem zabrać ci wszystko, żebyś miał tylko mnie – wydukał, starając się podkulić bardziej kolana. – Ale zawsze jestem sam. Teraz też jestem sam. Miałem być twoją rodziną, ale wolisz ją i to dziecko.
Draco milczał, trawiąc w spokoju bełkot dawnego przyjaciela, który nigdy nie wypowiedział imienia ani nazwiska Hermiony. Nie winił go za to i nie miał pretensji, ponieważ rozumiał cierpienie, z jakim musi się borykać, lecz nie zamierzał go przez to podnosić na duchu. Prawdę mówiąc, dzięki takim stwierdzeniom chłopaka nabierał pewności, że naprawdę kocha Granger i ich dziecko, a także, że chce spędzić z nimi resztę życia. Nigdy mu jednak o tym nie mówił, gdyż czuł, że straci to, co pomału się między nimi wiąże. Chciał mu pomóc, sprawić, by nie zginął w ciemności, którą wokół siebie wytworzył, jednak długa droga przed nimi, nim Theodore to zrozumie i zacznie otwierać się na światło nowego życia.
Nott położył mu głowę na ramieniu, co nieco go zaskoczyło, jednak nie odepchnął go. W ścianie natychmiast zmaterializowały się drzwi, które otworzyły się z hukiem i wtargnął przez nie strażnik z przygotowaną różdżką, lecz Malfoy od razu zapewnił go, że wszystko jest w porządku; mężczyzna zerknął na niego jeszcze raz przed wyjściem z celi, a wrota momentalnie rozmyły się między miękkimi kafelkami. Był to bowiem pierwszy raz, gdy Theodore wszedł z nim w tak bliską interakcję. Zawsze uciekał, zamykał się w sobie, nie kontynuował tematu. Tym razem czuł, że coś się zmieniło.
- Kingsley czytał mi poezję – mówił, lecz czynił to bardzo ostrożnie, jakby kilka razy zastanawiał się nad zdaniem, które chciał wypowiedzieć. – Zrozumiałem z niej, że jestem podobny do Lorci. Chciałem, żebyś był moim Salvadorem, lecz z pięknym zakończeniem. Ale w poezji nic nie jest takie, jakie się wydaje.
- We wszystkim widziałeś zagrożenie – odparł Draco, a Theodore odsunął się od niego opadając bezwiednie na podłogę, która ugięła się pod jego ciężarem, by po chwili wrócić na miejsce.
- Każdy chciał mi cię odebrać – rzęził przez zaciśnięte wargi. – Każdy. Buñuel odebrał Federicowi Salvadora. To już nieważne. Nigdy mnie nie pokochasz. Bo masz ją. I to dziecko.
Chciał coś powiedzieć, ale wszystkie odpowiedzi, które przychodziły mu do głowy wyrażały kłamstwo, którym nie chciał go karmić. Pogładził go po brudnych włosach, podnosząc się następnie spod ściany i kierując ku strażnikowi, który czekał na niego w drzwiach od momentu, gdy dotknął ciała chłopaka. Przed wyjściem spojrzał na niego ostatni raz, wychwytując słaby uśmiech na coraz chudszej i bledszej twarzy.


         Na korytarzu, na którym dokonywano rewizji przed wejściem do celi któregoś z więźniów, czekała na niego Hermiona, kręcąc się nerwowo od ściany do ściany i obgryzając skórki wokół paznokci. Gdy go dostrzegła, od razu do niego podeszła, kładąc mu ręce na policzkach i zaglądając głęboko w oczy.
         - W porządku? – spytała z wyraźną troską, na którą Draco odpowiedział delikatnym uśmiechem, pocierając nosem o jej, a ta odetchnęła z wyraźną ulgą. Ciąża stawała się coraz bardziej widoczna, a panna Granger co rusz musiała borykać się z jej nierozłącznymi elementami, jak poranne mdłości, dziwne zachcianki czy częste wahania nastroju, co bardzo jej dokuczało, szczególnie gdy zaczynała bez powodu płakać, czasami nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Najgorsze jednak było to, że już miała problem, by wtulić się w Malfoya, a co będzie za kilka miesięcy?
         Arystokrata ujął ją za dłoń, gdy kierowali się ku głównej bramie prowadzącej do wyjścia. Ten niewielki dystans pokonali w milczeniu, mimo że kobietę język wprost palił, by zasypać go gradem pytań. Czekała jednak cierpliwie, szukając odpowiedniej chwili, lecz ku zdziwieniu to nie ona podjęła rozmowę, a Draco, który zacisnął mocniej palce na jej ręce, gdy kierowali się ku wąskiej ścieżce.
         - Granger – zaczął, a Hermiona obserwowała go kątem oka. Coś go trapiło, mimo że twarz wyrażała jak zwykle czysty spokój; nauczyła się go jednak tak dobrze, że po reakcjach ciała czy intonacji głosu potrafiła rozpoznać, co tak naprawdę w nim siedzi. – Jesteś pewna, że chcesz ze mną być? Pozwolić mi wychowywać nasze dziecko?
         Kobieta uśmiechnęła się czule i krzepiąco, stając przed mężczyzną i składając mu na ustach krótki pocałunek. Po tym zarumieniła się niczym piwonia, spuszczając odrobinę głowę, którą arystokrata uniósł delikatnie palcami, zakładając jej za ucho zbłąkany kosmyk kasztanowych włosów.
         - Tak – odparła po dłuższej chwili, ściskając go mocniej za dłonie. – Bo to nasze dziecko i nas potrzebuje. Poza tym…
         - Wiem – odrzekł, nie dając jej dokończyć i zagarniając w ramiona, z których długo jej nie wypuścił.


         - Jak to się przeprowadzacie?! – wrzasnął Harry, omal nie opluwając się zaserwowanym mu piwem. Wpatrywał się w przyjaciół szeroko otwartymi oczami, dysząc niczym parowóz i w ogóle nie zauważając śmiechów Pansy oraz Juany.
         - Dziecko potrzebuje przestrzeni – odrzekła, jak gdyby nigdy nic, Hermiona, upijając łyk jaśminowej herbaty zaparzonej przez Hiszpankę.
         - Twój argument nie jest dla mnie argumentem – żachnął się Potter, sięgając po paczkę papierosów, którą Malfoy od razu przywołał do siebie, patrząc na niego upominająco. Dla mężczyzny było to już za wiele; wzniósł ręce ku górze, klepiąc nimi następnie w uda, czego od razu pożałował, gdy poczuł lekkie szarpnięcie w niesprawnej nodze.
         - Dziecko pstro, dziecko śmo, ono jeszcze nie wyściubiło nosa na świat, a wy mu już planujecie życie! Zrób coś z tym, Malfoy!
         - Kiedy nie mam nic przeciwko – odpowiedział z wyraźną satysfakcją, na którą Harry pogroził mu palcem, wydymając usta niczym naburmuszone dziecko. Hermiona zaśmiała się na ten widok, lecz po chwili dostrzegła nieco zmarkotniałą Parkinson, która przygryzała delikatnie wargę, bawiąc się plastikową rurką wsadzoną do szklanki z sokiem pomarańczowym.
         - Pewnie postaw chałupę, zasadź sosnę i zmajstruj bobo, a nas zostawcie samych! Ja ci tego, Malfoy, do końca życia nie daruję. Nie możecie, no nie wiem, rozłożyć namiotu i pomieszkać trochę u Juany? Po co wam nowy dom, co? Po chuja to wszystko?
         - Nie klnij przy moim dziecku – upomniał go Draco, kątem oka zerkając na Pansy, która była dziwnie milcząca, od kiedy Potter zaczął odstawiać teatrzyk. Przeniósł następnie wzrok na Juanę, która obdarzyła go porozumiewawczym poruszeniem brwi, wskazując podbródkiem na szklankę soku, w której kobieta grzebała słomką. Odchrząknął cicho, dodając po chwili – przy dzieciach.
         Oczy Harry’ego omal nie wyleciały z orbit, a szczęka na dobrą sprawę mogła opaść na podłogę.
         - Jedno nie wyszło, a wy już macie kolejne?!
         - No ellos (Nie oni) – wtrąciła się Juana, ale Potter potrzebował bardzo dużo czasu, by przetrawić przekazywane mu informacje. Myślał bardzo intensywnie, a przynajmniej próbował, jednak nic nie wskazywało na to, że to Hiszpanka spodziewa się potomstwa. Siebie wykluczył na wstępie, podobnie Malfoya, choć ponoć cuda się zdarzają. Pozostawała Pansy. Ostatnio niechętna na harce łóżkowe, odmawiała alkoholu i papierosów, jakiś czas temu sprzedała też Humedad i wprowadziła się z nim do niewielkiego mieszkania blisko lokalu Juany. Harry na początku myślał, że to jakieś humorki związane z miesiączką, ale, na gacie Merlina, która kobieta rzuciła pracę, bo przeszkadzała jej podpaska w majtkach? Nie znał takiego przypadku, prawdopodobnie takowy w ogóle nie istniał, toteż pobladł, gdy wiadomości zaczęły łączyć mu się w całość, osuwając się odrobinę na krześle.
         - Czy ktoś mi pogratuluje, czy sam muszę je sobie złożyć? – wydukał w przestrzeń, kiwając głową jak zabawka. Chwycił po chwili kufel piwa, który opróżnił do cna, a następnie na miękkich nogach podszedł do zmartwionej ukochanej, która nie wiedziała, jakiej reakcji powinna się po nim spodziewać.
         - Harry – zaczęła nieśmiało, dziwiąc się niepomiernie, gdy Potter niespodziewanie padł na kolana, łapiąc się obiema rękami za lewą pierś.
         - Słoneczko ja cię przepraszam – wymamrotał, ściskając się mocniej za koszulkę. – Wybacz mi te wszystkie pierdoły, które mówiłem o dzieciach. Ja tak nie myślę, ja w ogóle nie myślę, przecież mnie znasz. Ja je kocham, ja uwielbiam dzieci. Będę mu zmieniał pieluszki, brał na spacerki, pokazywał kaczuszki, bo ja kocham dzieci! Ja cię kocham i tego serdelka, co masz w brzuszku, ja zrobię dla ciebie wszystko, zrobię dla niego wszystko, ja…
         - Harry – odezwała się Pan, próbując go jakoś uspokoić.
         - Ja cię proszę o rękę! – wydarł się, na co nawet Draco zareagował lekkim uniesieniem brwi. – Ja cię błagam, wyjdź za mnie! Nie mam pierścionka, ale mam… mam… co mam?
         - Chęci? – zaproponował Malfoy, a Harry przytaknął mu w odpowiedzi bladą twarzą, wtulając się w kolana ukochanej.
         - Mam chęci! Czy to nie cudowne? To lepsze od pierścionka!
         - Dobrze! – odkrzyknęła Parkinson, kucając przed mężczyzną i łapiąc go dłońmi za policzki. Uśmiechnęła się do niego tak promiennie, że serce omal nie wyskoczyło mu z piersi. – Wyjdę za ciebie. Ale nie drzyj się już więcej.
         Draco z Hermioną i Juaną obserwowali wybuch radości narzeczonych, a arystokrata nagle poczuł, że bardzo im tego zazdrości. Spojrzał na kasztanowłosą kobietę siedzącą tuż obok niego. Czy ona też zgodziłaby się tak łatwo? Bardzo się zmieniła, od kiedy dowiedziała się, że zostaną rodzicami i wyszła ze szpitala. Może robiła to ze względu na niego, może na dziecko, a może po prostu dla samej siebie, ale nie potrafił nie podziwiać jej pięknego uśmiechu, który pojawiał się na ustach każdego dnia. Przeprowadzka wyszła spontanicznie i wciąż nie był jej pewny; nie miał zwyczaju podejmować decyzji pod wypływem impulsu, ale skoro ona tego chciała, to nie umiał protestować. Zastanawiał się, czy gdyby zapragnęła ślubu, to również tak łatwo by jej uległ.


Londyn, 12 stycznia 2009
         - Ożenisz się z nią? – Spoglądał na Theodore’a, który wpatrywał się w niego niczym małe dziecko, które wyczekiwało odpowiedzi. Oczy mu błyszczały, miał pod nimi ogromne sińce, a policzki mocno się zapadały. Zastanawiał się, czy chłopak w ogóle je, czy jest karmiony na siłę, by utrzymać go przy życiu. Kaftan na nim wisiał, mimo że zawiązano go najciaśniej, jak tylko się dało; nogi nie były już skute łańcuchami i siedział przed nim dużo swobodniej, niż w trakcie pierwszych wizyt, ale Draco jakoś nie umiał cieszyć się z tej poprawy. Podświadomie zdawał sobie bowiem sprawę, że Nott umiera, tak na ciele, jak i na duszy.
         - Możliwe – odparł po dłuższej chwili, a błękitne oczy chłopaka o dziwo nie zgasły, tak samo jak lekki uśmiech majaczący na suchych i pokrytych ranami wargach.
         - I będziesz do mnie przychodził? – zapytał z nadzieją, a kilka czarnych kosmyków zleciało mu na czoło.
         Długi, biały warkocz, który do tej pory nosił, zamienił się w krótkie ścięcie, na którym na próżno było szukać choćby maleńkiego śladu po farbie. Draco nigdy go nie pytał, czy sam o to poprosił, czy też pozbawiono go dawnych pukli wbrew jego woli. Nie wydawał się jednak za nimi tęsknić i prawdę mówiąc, wyglądał teraz o wiele mniej przerażająco, choć wychudzona sylwetka wciąż mocno straszyła.
         - Tak – odrzekł, delikatnie odgarniając mu włosy z czoła. Strażnicy nie nakładali już na niego zaklęcia bezpieczeństwa, zresztą sam ich o to poprosił. Czuł się bardziej komfortowo, gdy wiedział, że nikt nie wpadnie bez zaproszenia do sali, celując w Notta różdżką.
         - Nawet, jak urodzi się dziecko? – Malfoy przytaknął głową. Był w stanie obiecać mu takie rzeczy, ponieważ Hermiona nigdy nie protestowała, gdy wybierał się go odwiedzić. Czasami nawet sama sugerowała, że powinni się do niego przejść. Bał się jednak pozwolić jej wejść do pokoju. Przysiągł bowiem, że nie pozwoli jej już nigdy skrzywdzić i choć ufał Theodore’owi, to nie czuł się jeszcze w pełni gotowy na ich spotkanie.
         - A kiedy się urodzi? – pytał zupełnie jak zafascynowane nową zabawką dziecko. Arystokrata uśmiechnął się nieco szerzej, poprawiając mankiety granatowej koszuli i szarą kamizelkę.
         - Już niedługo. – Nott patrzył na niego, jakby taka odpowiedź go nie zadowalała i chciał usłyszeć coś więcej. Draco pogładził go lekko po krótkich włosach, podnosząc się z podłogi i kierując ku wyjściu.


         Stał oparty o werandę niewielkiego domu na obrzeżach Londynu, który zakupili z Hermioną zaledwie miesiąc temu. Mieszkanie wciąż było nieskończone, brakowało tego i owego, ale dla nich najważniejsze było, że pokój dla dziecka był gotowy i urządzony tak, jak oboje tego chcieli. Czasami jednak, gdy stawał w jego progu, czuł, że nie należy do tego miejsca. Tak jak dziś.
         Przez okno przypatrywała mu się panna Granger, zmywając naczynia po wspólnym śniadaniu. Wciąż nie mogła się przyzwyczaić do niektórych rzeczy, jak do idealnego porządku, który Draco uwielbia, a ona nie potrafi się w nim odnaleźć. Zauważyła jednak, że oboje się zmieniają dzięki tym nawykom, których nie umieją z siebie wyplenić i wychodzi im to zdecydowanie na dobre. Zrezygnowała z pracy w Ministerstwie; nie chciała do niego wracać, choć ciągle pomagała Harry’emu, który przejął w większości jej obowiązki, a radzenie sobie z nimi szło mu wyjątkowo opornie. Zerwała również z dawnymi nałogami, mimo że początki miała dość kiepskie; zrobiła to przede wszystkim dla dziecka, ale nie ukrywała, że również dla arystokraty, który wyjątkowo ją pod tym względem pilnował. Latem zdarzyło jej się założyć kilka razy sukienkę, ale to tylko dlatego, że gdy wygrzebała jedną z czeluści szafy i ją włożyła, to Malfoy pierwszy raz nie wiedział, co powinien powiedzieć, ale po błyszczących oczach wiedziała, że podobała mu się w niej. Natomiast nie mógł przemówić jej do rozsądku, by pozbyła się znoszonych trampek, które namiętnie wdziewała na stopy, dopóki nie przyszła zima. Rzadko wychodziła od tego czasu z domu, raczej na jakieś drobne zakupy, czy po prostu, by popatrzeć na zasypany śniegiem niewielki ogród. Odkryła również, że za każdym razem, gdy mroźne powietrze wlatywało do płuc, dziecko zaczynało się wiercić, a natychmiast uspakajało, gdy wracała do ciepłego salony czy kuchni. Podobnie reagowało tylko wtedy, gdy Draco delikatnie dotykał jej brzucha.
         Uchyliła drzwi, przez które cicho się wyślizgnęła i podeszła do mężczyzny, opierając się o niego ramieniem i wpatrując w rozgwieżdżone niebo, z którego prószyły gęste płatki śniegu.
         - Przeziębisz się – zwrócił się do niej, zdejmując gruby płaszcz i kładąc go jej na ramionach. Hermiona uśmiechnęła się szeroko, chwytając go rękę i splatając ich dłonie ze sobą.
         - Przyganiał kocioł garnkowi – odparła, wspierając głowę na jego barku.
         Wiele razy przyłapywała go na siedzeniu bezmyślnie na schodkach przed domem i nie mogła zrozumieć, czemu po prostu nie wejdzie do środka. Nigdy go jednak o to nie pytała, cierpliwie czekając, aż przywita się z nią krótkim pocałunkiem w salonie, w którym wieczorami często przesiadywała z książkami. Od jakiegoś czasu wróciła do niej dawna pasja pochłaniania wszelakiej literatury, z której zrezygnowała, gdy zaczęła pracować w Ministerstwie.  Dziś jednak Draco nie wracał wyjątkowo długo i postanowiła go zapytać, co tak bardzo zakrząta mu myśli.
         - Czemu stoimy przed domem zamiast wejść do środka?
         - Czasami – odezwał się ze wzrokiem utkwionym w gwieździste niebo – mam wrażenie, że to nie jest mój dom.
         - Bo nie jest – odparła z promiennym uśmiechem. – Nie jest twój, ani mój. Jest po prostu nasz.
         Wtuliła się w niego na tyle, na ile pozwalał jej dość spory brzuch, gdy mężczyzna zagarnął ją w ramiona, a dziecko momentalnie się w niej poruszyło, wywołując na ich twarzach uśmiechy szczęścia.
         Nigdy więcej nie przyznał się przed Hermioną, że poczucie życia w iluzji nawiedzało go raz za razem. Nauczył się jednak radzić z nim sobie, gdyż ilekroć wchodził do mieszkania i zastawał ją krzątającą się po kuchni, lęk od razu mijał, a zastępowało go ciepło płynące z jej serca.


Londyn, 26 maja 2009
         Maleńki chłopczyk spoczywał w ramionach uśmiechniętej Hermiony, wpatrując się jasnymi, szarymi ślepkami w błękitne tęczówki Theodore’a, który nie odrywał od niego zmęczonego wzroku, od kiedy pierwszy raz go zobaczył. Draco siedział tuż obok kobiety, oplatając ją ramieniem, co jakiś czas zerkając na wycieńczonego Notta, który ledwie był w stanie podnieść się z podłogi. Pomógł mu oczywiście, lecz pod palcami wyczuwał już same kości przykryte jak zwykle szczelnym kaftanem.
         - Gapi się – wydukał, a maluch przekrzywił ku niemu główkę, rozciągając usta w szerokim uśmiechu. – Podobny.
         - Szczególnie do Draco – odparła Hermiona, głaszcząc syna po pulchnym policzku. Ten wyciągnął momentalnie rączkę, machając nią ku Theodore’owi, ale ten mógł tylko uśmiechnąć się do dziecka; ręce miał przykute do tułowia, zresztą i tak nie miał sił, by je podnieść.
         - Taki sam – wymamrotał, a po wychudzonym policzku pociekła pierwsza łza. Malfoy wytarł mu ją chusteczką, słysząc równocześnie, jak oddech Notta staje się coraz cięższy i bardziej zapadły. Gdy zwrócił na niego zamglone oczy, arystokrata potrafił jedynie obdarzyć go dobrodusznym uśmiechem.
         - Taki sam – powtórzył, odwracając się powoli ku kobiecie i chłopczykowi. – On was kocha. Ciebie i ciebie. Bardzo was kocha.
         - Ciebie też – odparła panna Granger, a powieki Notta zaczęły niespiesznie opadać, aż zamknęły się kompletnie i więcej nie podniosły. Oddychał bardzo słabo i nierówno, ale nie miał już sił, by dłużej z nimi rozmawiać. Wciąż jednak uśmiechał się blado, nawet wtedy, gdy opuszczali celę, przed którą czekali na nich państwo Potter.
         - Podziwiam, że macie chęć odwiedzać tego skur… - urwał, widząc groźny wzrok Malfoya, który akurat brał na ręce swego syna. – Ja bym mu nogi z du… znaczy z zaplecza, powyrywał.
         - Mamy powody, żeby go odwiedzać – odparła Hermiona, kierując się z przyjaciółmi do wyjścia. Przed bramą czekała na nich wszystkich Juana, z przewieszoną na plecach gitarą, by pożegnać się przed wyjazdem, którego żadne z nich nie umiało tak po prostu zaakceptować.
         - Musisz jechać? – spytała smutna Pansy, której sporych rozmiarów brzuch mocno jej przeszkadzał nawet w najmniejszych czynnościach. Hiszpanka przytaknęła jej, potrząsając przy tym kapeluszem, a następnie połaskotała małego chłopczyka po brzuszku, który wesoło zaczął się do niej uśmiechać.
         - Lo siento (Przykro mi) – odrzekła, ściskając się z każdym z nich z osobna. – Ale już mnie więcej nie potrzebujecie, a w España czeka na mnie ktoś, quien necesita mi ayuda (kto potrzebuje mojej pomocy).
         - A co on tam niby robi? – wtrącił się Harry, który nie chciał się długo przyznać, że wyjazd Juanity nie odpowiada również i jemu. – Pasie alpaki?
         - Sí, puede ser (Tak, możliwe) – odparła z uśmiechem.
         - Widzę przed nim świetlaną przyszłość – zironizował, zaplatając ręce na klatce piersiowej. – To chyba znicze.
         Po zniknięciu Hiszpanki długo jeszcze stali przed wejściem do niewielkiego lasku. Stare dęby głośno szumiały na wietrze, a słońce przedzierało się przez chmury, rozświetlając im wąską ścieżkę, na której ledwie się wszyscy mieścili. Draco odwrócił się z pomału zasypiającym mu na piersi synem ku budynkowi, w którym spędził siedem długich lat. Powinien nienawidzić tego miejsca, trząść się z wściekłości na samo wspomnienie o nim, jednak nie czuł ani smutku, ani złości, gdy spoglądał na nieco podniszczone mury, które kilka lat temu wyssały z niego wszystkie uczucia, zostawiając jedynie okrutną obojętność. Teraz były tylko kamienną konstrukcją, jakby zupełnie mu obcą, i nie potrafił się jej więcej bać. Przytulił mocniej dziecko i dołączył do czekającej na niego Hermiony, czując, jak zamykają się za nim drzwi starego, spowitego ciemnością świata, a otwierają nowe, za którymi czeka go światłość, od której tak bardzo chciał uciec.


Fuente Vaqueros, 27 maja 2009
         Najciszej jak umiała podeszła do siedzącego na zewnątrz małej restauracyjki mężczyzny odzianego w lnianą, białą koszulę podwiniętą do łokci. Pisał coś zawzięcie na laptopie, popijając lokalne wino, a na nieco szpiczastym nosie dostrzegła kwadratowe oprawki, za którymi skrywały się niebieskie oczy i uwydatniające się pod wpływem promieni gorącego słońca piegi, które oblały sporą część policzków. Przysiadła się do niego, ściągając kapelusz i związując burzę hebanowych loków w niedbałego koka, który odsłonił sporych rozmiarów kwadratowe kolczyki.
         - Jak ci idzie? – spytała, a nieco zmęczone oczy podniosły się na nią znad komputera, zaś na ustach pojawił się grymas, mający w rzeczywistości być pogodnym uśmiechem.
         - Prawie skończyłem – odrzekł, zdejmując okulary i drapiąc się po kilkudniowym, rudym zaroście.
         - Będzie dobra? – odezwała się ponownie, podnosząc się z krzesełka i zaglądając mu przez ramię na treść widniejącą na ekranie laptopa. Mężczyzna prychnął, niczym rozjuszony kot, sięgając po kieliszek z resztką wina.
         - Nie po to zaczynałem ją pisać, by była zła – odparł, zakładając z powrotem okulary i dopisując kilka zdań.
         - Jest trochę przekłamań – zwróciła mu uwagę, kładąc mu rękę na ramieniu.
         - Zawsze muszą być. Inaczej wszystko byłoby zbyt piękne - odburknął, stukając bez ustanku w klawiaturę. Po chwili, widząc powątpiewający i odrobinę karcący wzrok Juany, dodał - nikt nie chce czytać o szczęśliwym zakończeniu, gdzie miłość głównego bohatera przeżywa i rodzi się im cudowne dziecko.
         Obdarzyła go lekkim uśmiechem, wdziewając leżący na stoliku kapelusz i poklepała go po głowie.
         - Que no se acabe nunca la madeja del te quiero me quieres, siempre ardida con decrépito sol y luna vieja.
         Percy odprowadził Juanę wzrokiem, notując w myślach wersy sonetu. Spojrzał na koniec książki, nad którą pracował, od kiedy Hiszpanka wysłała go do rodzinnego miasta Lorci. Dzięki niej nie zamierzał już wracać do Londynu. Słowa, które jeszcze przed chwilą wydawały mu się odpowiednie nagle nimi nie były. Skasował je, a w ich miejsce wstawił wyrecytowany przez kobietę wiersz. Dopiero teraz czuł, że historia jest gotowa. Zamknął laptopa i ruszył z nim ku ogrodom, a z każdym kolejno stawianym krokiem ciężar noszony w sercu malał. Gdy dotarł do ulubionej ławki, czuł się niesamowicie lekki. Przymknął zmęczone oczy, uśmiechając się do Rona, który machał do niego w oddalonych myślach.