niedziela, 31 grudnia 2017

Rozdział 11 - Poeta wyznaje prawdę

Kochani!

Ostatni dzień roku, ostatni rozdział Zagadek, wszystko idealnie się ze sobą zbiegło. Już teraz chcę wam życzyć udanej zabawy sylwestrowej i przede wszystkim szczęśliwego Nowego Roku, gdyż później pewnie mi to wypadnie między ogłoszeniami parafialnymi.

Do rzeczy, bo też już muszę się zbierać do wyjścia.
Rozdział 11, tak jak zaznaczałam, gdy publikowałam prolog Zagadek, jest ostatnim rozdziałem tej historii. Oczywiście doczekacie się jeszcze epilogu, ale więcej w tym opowiadaniu się już nie pojawi. Od siebie mogę powiedzieć, że jestem bardzo z tej (o)powieści dumna; wiadomo, były lepsze i gorsze części, wiele musi jeszcze zostać poprawione, ale naprawdę czuję, że odwaliłam kawał dobrej roboty i jestem bardzo z tej pracy zadowolona.

Wam wszystkim oczywiście dziękuję za wsparcie, bez którego nie miałabym siły edytować tych długich rozdziałów po nocach. Dziękuję za każdy komentarz, za każdą krytykę, pochwałę, nawet najskromniejsze wyrażenie odczuć po przeczytaniu każdej części. Byłam nieugięta, postawiłam na swoim w kwestii opisów, ale dzięki temu wszyscy wynieśliśmy z tej historii coś nowego. Dziękuję, że to doceniliście. Bez was ten rok i to opowiadanie byłyby zwyczajnie puste. Dlatego gratuluję również wam, bo wytrwaliście do końca, a dla mnie jest to największa nagroda.

Dobra, bo ja się tu rozklejam jak na gali wręczenia Oscarów, a czekacie na jakieś istotne informacje, co dalej z blogiem i co będę dla was tworzyć. Otóż przez jakiś czas muszę sobie zrobić przerwę. Nie żartuję, ale zresztą dobrze mnie znacie i jak ja coś mówię, to znaczy, że tak będzie. Na pewno nie na cały rok, bez obaw, ale myślę, że do napisania licencjatu, a przede wszystkim, do jego obrony, gdy wszystko będzie już za mną i doczekam się upragnionego spokoju. Nie podjęłam jeszcze ostatecznej decyzji, ale bądźcie pewni, że powiem wam wszystko z najdrobniejszymi szczegółami przy publikacji epilogu (data w odpowiedniej zakładce).

Informacja dla spragnionych starego dramione - wracam do tamtego opowiadania. Może nie w tej samej formie, ale będę kontynuować tę historię, tak jak zapowiedziałam, gdy ją zakończyłam, choć wstrzymałam pasuje chyba znacznie lepiej. Kiedy jednak to się stanie? Wszystko w swoim czasie ;)

Nie męczę was już dłużej. Zbliża się nowy nok, bawcie się ile wlezie, nawet jeśli spędzacie ostatni dzień (jeszcze) bieżącego roku przed telewizorem i świętujecie go z dwójką czy Polsatem. Przyznam się, że póki co jest to moja ulubiona forma rozrywki ;)

Widzimy się za jakiś czas, kochani, ale jeszcze raz składam wam najserdeczniejsze życzenia z okazji Nowego Roku. Trzymajcie się i bawcie się dobrze!

Realistka








~ Hipnotyczny zapach bzu
Zostań ze mną, zostań tu
Euforyczny taniec ćmy
Obiecałeś nie opuścisz kiedy grzmi.




Rozdział 11
Poeta wyznaje prawdę


         Chłód i dreszcze, przesiąkająca ciało wilgoć i drobne krople potu toczące się po karku wzdłuż zdrętwiałego kręgosłupa, sztywne i lodowate palce sine u rąk i stóp, tępy ból w głowie łomoczący przy najlżejszym oddechu sprawiającym niewysłowione cierpienie, oddechu, który więcej szkodził, aniżeli pomagał ściśniętym płucom wydalającym nagromadzoną, gęstą wydzielinę zapychającą gardło i utrudniającą przepływ śladowych ilości powietrza. Czy rejestrując potworne męki, którym poddawano jej ciało i umysł, mogła twierdzić, że ktoś już pozbawił ją życia?
         Naturalnie im bardziej oczekujesz ulgi, tym boleści wzmagają się z minuty na minutę; z sekundy na sekundę czujesz znacznie szybszy odpływ sił, odchodzących od ciebie mimo woli, choć starasz się utrzymać je przy sobie jak najdłużej, nawet w minimalnych ilościach. Im mocniej usiłujesz nie myśleć o problemie, tym częściej do ciebie wraca, napełniając dodatkowymi obawami, wątpliwościami, doprowadzając do niewytłumaczalnej paranoi, która opuści cię dopiero, gdy zmartwienie przeminie; zawsze jednak zostaną po nim nikłe ślady, najczęściej pod postacią gorzkiego nalotu o smaku porażki. Nie uwolnisz się od bólu, ponieważ jest on nierozłącznym elementem życia; czasem łagodny, jedynie drażni i wytrąca ze skupienia, innym razem niemal paraliżujący, otępiający, wyrywający ze świadomości i niedający się zneutralizować; nigdy jednak nie przeżyjesz dnia, w którym ból nie zagra jakiejś roli, nawet jeśli miałaby być mało znacząca. Ale zastanów się przez chwilę – które cierpienie wydaje się łatwiejsze do zaakceptowania? Te raniące po cichu, ale głęboko, powodujące rany, których nie zdołasz i nie będziesz mieć możliwości opatrzyć, które wróci do ciebie nawet pod koniec życia, kiedy będzie ci się wydawać, że już dawno o nim zapomniałeś, czy może te gwałtowne, o płytkich, acz rwących obrażeniach, a jeśli w przyszłości znów cię nawiedzi, to uśmiechniesz się do niego, zapominając o nim niedługo potem? Jeśli już znasz odpowiedź, zastanów się teraz, z którym bólem borykasz się na co dzień. Odkryte wnioski dotkliwie cię zaskoczą.
         Próbując poruszyć palcami napotykała niespodziewany opór; czuła psychicznie, że wprawia mięśnie w ruch, jednak fizycznie nie zadrgał na nich nawet najcieńszy włosek. Skóra przylepiona do lodowatych i mokrych płytek, czegoś na kształt kostki brukowej z nierównościami wyrzeźbionymi przez deszcz, piekła ją w miejscach, gdzie najmocniej przebijały kości; prawa strona żeber, biodro, łokcie, kostki u stóp i kolana, praktycznie we wszystkim czuła grube i długie igły przebijające kościec na wskroś, jakby ktoś przygwoździł ją metalowymi prętami do podłoża. Oczy miała suche, można powiedzieć, że słyszała skrzypienie powiek, gdy powoli opadały w dół i równie niespiesznie podnosiły się ku górze; szczypały, kłuły, zwyczajnie bolały, zaś na długich i posklejanych rzęsach dostrzegała od czasu do czasu pojedyncze krople, zupełnie jakby płakała, choć wyschnięte gałki stanowczo temu przeczyły. Bez nadziei i życia wpatrywały się apatycznie w porośniętą mchem ścianę, której koniec wyznaczała wnęka kanalizacyjna zabezpieczona grubymi prętami; między żelaznymi kratami przedostawała się woda, a wraz z nią zebrane po drodze nieczystości, w skutek czego odrętwiałe ciało zdążyły pokryć śliskie wodorosty, a raczej zlepki traw i mułów z okolicznych działek; zgniłe i pokryte szlamem rzecznym liście przylepiały się do skóry, w niektórych miejscach już nie sinej, a wręcz sczerniałej od wszechobecnego zimna i wilgoci. Leżała w rowie ściekowym, zapewne niedaleko rzeki, gdyż co jakiś czas docierały do niej dźwięki płynącej wody, skrzeczenia żab, piski gryzoni, a przede wszystkim krzyki dzikich łabędzi, których białych piór roiło się dookoła, jakby ktoś rozerwał sporych rozmiarów poduszkę wypchaną pierzem.
         Nic nie pamiętała; myśli miała puste, jakby ktoś odebrał jej wszystkie wspomnienia, a na ich miejsce wstawił bezdenną, czarną dziurę; próbowała przypomnieć sobie cokolwiek, nie siliła się na rozwikłanie zagadki, jakim cudem znalazła się przy londyńskiej oczyszczalni ścieków, ale chciała ożywić jakikolwiek ślad, chwycić się go i nie puścić, póki cierpienie nie ustanie. Na próżno jednak wytężała umysł; majaczyły jej sylwetki osób, które wydawało jej się, że zna; przewijały się obrazy, których nie pamiętała, jakby ktoś puścił jej film z czyjegoś życia; wśród nich często chwytała bladą twarz z obojętnym spojrzeniem, które tylko na sekundę jaśniało i odkrywało w szarych tęczówkach ciepło, potem znikało jej sprzed oczu, odlatując w nieznane i wracając co jakiś czas, lecz za każdym razem pod inną postacią. Była przekonana, że zna jego właściciela, coś jej mówiło, że obcują ze sobą codziennie, a nawet, że łączy ich coś więcej, coś mocniejszego, o czym powinna pamiętać, wręcz powinna się tym cieszyć. Nic; bezgraniczna pustka w umyśle dotkliwie dawała jej znać, że jest sama, nie tylko nad brzegami Tamizy, ale przede wszystkim w życiu, niekończącym się paśmie porażek i smutków, nie mając ani jednej osoby, z którą mogłaby się podzielić swymi rozterkami, radować nowym dniem wstającym w blasku pierwszych promieni słońca, śmiać się, płakać, zwyczajnie przeżywać wszystko we dwoje. Czy musiała znaleźć się w rowie pełnym nieczystości, by to pojąć? Nie, wiedziała to od dawna, jednak liczyła, że się myli, że to nieprawda; po otworzeniu szeroko oczu rzeczywistość potrafi zaboleć znacznie mocniej. A jej rozrywała ją praktycznie na strzępy, nie zostawiając z potłuczonego serca nic, nawet najmniejszego odłamka, w którym mogłaby pokładać nadzieję w lepsze jutro. Była wrakiem człowieka, jeśli jeszcze mogła się tak nazywać.
         Chłodny wiatr przemknął jej po kręgosłupie, jednak nie czuła już więcej zimna, nie było to możliwe, jeśli ciało praktycznie zamarzło na kość. Ile tak leżała, nie miała pojęcia; sekundy zamieniały się dla niej w godziny, te w lata, jakby była wyrzuconą na brzeg deską rozkładającą się pomału w mule, wodzie, oblepioną zgniłą roślinnością przetrawioną przez resztki ściekowe. Straciła czucie w rękach, w nogach, nos nie rozróżniał już zapachów, oczy dostrzegały jedynie kolejne fale nieczystości napływające do niej z zakratowanej wnęki; tylko słuch jej pozostał, wyłapując okoliczne dźwięki dolatujące z każdej strony.
         Wśród szelestu trzciny, szumu rzeki, swoistego rodzaju muzyki wydawanej przez zwierzęta i otaczającą ją przyrodę, usłyszała nową barwę, nieznaną nutę, którą kojarzyła, jednak nie potrafiła nazwać. Mieszała się z trzepotem skrzydeł lądujących na wodzie ptaków, przeszkadzała wiatrowi ocierać się o trawy, wprawiała ziemię w nieprzyjemne drgania, dokładając chlupotu błota i chrzęstu kamieni. Osoba odpowiedzialna za owy rumor kucnęła tuż przed nią, szturchając ją zabranym po drodze patykiem, wbijając go w pojedyncze miejsca mocniej, jakby zastanawiała się, ile sztywna i wyziębiona skóra będzie w stanie wytrzymać. Błękitne oczy przywodziły jej na myśl spokój, ale nie czuła go, gdy w nie spoglądała; długie i wyjątkowo jasne, praktycznie białe włosy powinny przywoływać jakiej skojarzenia, jednak nie wywoływały w niej niczego; jedynie uśmiech, blady, lekko wymuszony, był znajomy, jak u mężczyzny, którego szare tęczówki przesuwały jej się niedawno w myślach; znajomy, ale nie ten sam, podobny, a jednak kompletnie różny. To nie te same osoby, a była w stanie to stwierdzić wyłącznie przez wyimaginowane przeczucie, iż gdyby byli tą samą personą, czułaby się teraz bezpiecznie; po spojrzeniu w błękitne tęczówki umysł reagowały lękiem, strachem, którego nie mogła się pozbyć, tak jakby przeczuwała, że dotychczasowy ból był jedynie początkiem prawdziwej drogi krzyżowej. Nawet głos nieznajomego ranił ją dogłębnie, zadając nowe rany, choć stare nie zdążyły się jeszcze dobrze otworzyć.
         - Miałem kiedyś psa, sukę – odezwał się cicho, przesuwając patykiem podbródek kobiety i wsmarowując w niego zebrane pod włosami błoto nagromadzone przez płynące w rowie ścieki. - Pewnego dnia wybiegła z domu, mieszkaliśmy niedaleko lasu. Odnalazłem ją pogryzioną, zbrukaną, zgwałconą. Płakałem razem z nią, gdy leczyłem jej ciągle jątrzące się rany. Zaciążyła.
Po ostatnim słowie poczuła mocne dźgnięcie w podbrzusze. Chciała wydać z siebie choć nikły jęk bólu, ale z zaschniętego gardła wydostały się jedynie większe ilości powietrza drapiącego krtań i smagającego okaleczone, spierzchnięte wargi. Poczuła raptownie silną potrzebę ochrony miejsca, w które mężczyzna wbijał gałązkę; ręce jednak odmawiały posłuszeństwa, nogi nie chciały się poruszyć, mogła tylko zamknąć oczy i modlić się, że to wystarczy.
- Urodziła wilczury. Mimo serca, jakie włożyłem w opiekę nad nią, ugryzła mnie, gdy próbowałem dotknąć jej dzieci. Raz, drugi, trzeci, nigdy mi nie zaufała – kontynuował, zatapiając w brzuchu jeszcze mocniej patyk, a ona zamknęła z całych sił oczy, usiłując odciąć się od zadawanego bólu, choć dobrze wiedziała, że na nic zdadzą się jej wysiłki; pragnęła jedynie ochronić owo miejsce, jakby i dla niej znajdowało się w nim coś, co za wszelką cenę powinna bronić.
- Ta historia nie ma szczęśliwego zakończenia. – Dźgania nagle ustały, a po lodowatej skórze zaczęła płynąć stróżka krwi wydobywająca się z niewielkiej rany powstałej tuż pod pępkiem; gorąca kropla płynęła ku ziemi mieszając się z mułem i wodą, lecz nawet wtedy nie otworzyła oczu. Kat opowiadał dalej, wzbudzając w niej jeszcze większą potrzebę opieki zranionego miejsca.
- Zimą staw pod lasem zawsze zamarzał. – Przed oczami zamajaczyła jej postać chłopca stojącego nad skutą lodem wodą z jutowym zawiniątkiem; bała się kolejnych słów, nie chciała poznać dalszej części opowieści, jednak oprawca nie chciał jej oszczędzić. - W przerębli utopiłem worek z czterema młodymi. Odebrałem im życie, tak jak one odebrały mi jedyną przyjaciółkę.
Podniósł się, a błoto i żwir zaskrzypiały pod podeszwami ciężkich butów. Wpierw dotykał ją mokrym czubkiem po brzuchu, wwiercając się w pomału zasychającą rankę, z której nie wydostało się więcej krwi; później przesunął się na wzgórek łonowy, rozsuwając jej nogi i naciskając na wejście do pochwy brudną podeszwą. Przeraziła się jeszcze bardziej, gdy oprawca odsunął but i zaśmiał się cicho pod nosem.
- Jesteś tylko jednym z wilczków skomlących pod lodem i wołających o pomoc.
Zakrztusiła się śliną i powietrzem, kiedy mężczyzna kopnął ją w brzuch, tak że stoczyła się bliżej rzeki, zatapiając się w mule rzecznym. Nie wiedziała, czy po policzkach ściekają jej łzy, czy może woda chlusnęła jej w twarz; chłodne fale przygaszały odrobinę ogień trawiący obite podbrzusze i żołądek, jednak były niewystarczające i nie dały rady całkowicie uśmierzyć palącego bólu. Tym gorzej, że bolesny odcisk powstał nie tylko na skórze, ale i naznaczył duszę, osadzając się w niej tak głęboko, że żadna siła nie zdoła się go pozbyć. Na tafli wyjątkowo spokojnej Tamizy dostrzegła stadko białych łabędzi przyglądających się jej z oddali, jakby zastanawiały się, czy mogą ku niej podpłynąć.
- Chcesz wiedzieć, jak zareagowała ich matka? – Nie odpowiedziała, nie była w stanie, zresztą oprawca prawdopodobnie nawet nie oczekiwał odzewu. Podszedł do niej, kucając tak jak wcześniej, i chwycił ją mocno za żuchwę, ściskając z całych sił. – Zdechła razem z nimi, gdy próbowała je ratować. Ale nie martw się. On nie zginie za takiego skowyra, jak ty.
Wyciągnął z kieszeni płaszcza niewielki worek, z którego wysypały się okruszki chleba, w środku znajdowały się większe kawałki, którymi zaczął okładać przemarznięte i mokre ciało, leżące do połowy w brudnej, mętnej wodzie. Kładł je w miejscach, z których nie mogły spaść, osuwając ją przy tym głębiej w muł. Nie zważała już na to, że jest kompletnie naga. Kurczowo trzymała się postanowienia, by nie zaskomleć o łaskę, by oprawca zakończył wreszcie kaźń, obierając jej życie, tak jak dawniej pozbawił go czwórki szczeniąt, topiąc w przerębli, skąd nie mogły liczyć na pomoc. Między niemym błaganiem o śmierć majaczył jednak strach; jeśli zginie, kto ochroni to, co próbuje bronić w swym brzuchu? I czy jest w ogóle co w nim osłaniać?
- Będziesz płakać – mamrotał przez zaciśnięte zęby, wysypując resztki pieczywa na brzuch – będziesz wyć z bólu, a on nawet na ciebie nie spojrzy.
Wyrzucił woreczek, łapiąc ją za skronie i odchylając głowę do tyłu, by patrzyła tylko na niego. Choć próbowała, z oczu wyciekały łzy, nie tyle z cierpienia fizycznego przeszywającego zdrętwiałe mięśnie i zesztywniałe kości, co z bólu wewnątrz niej, rozchodzącego się od serca, słabiutko bijącego w zlodowaciałej klatce piersiowej. Nie rozumiała, czemu musi przechodzić przez tak potworne męki; nie pojmowała, czym tak bardzo zaszkodziła oprawcy, że pastwi się nad nią w tak okrutny sposób; najgorsze jednak, że nie potrafiła zidentyfikować osoby, o której kat mówi. Jej życie nie ma dla nikogo znaczenia, nie ma w nim nikogo, kto by się nią przejmował. To oczywiste, że nikt do niej nie przyjdzie, nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że mogłoby się jej coś stać. Zatem czemu? Czemu jej tak nienawidzi i musi zadawać tyle bólu?
Wcisnął jej głowę najgłębiej w błoto, jak tylko się dało; piasek i kamienie zarzęziły pod wpływem siły, wbijając się dotkliwie w potylicę, a liście, połamane gałązki i oblepione mułem resztki okolicznej zieleniny wplątały się w rozpuszczone, posklejane torfowiskiem włosy. Mężczyzna położył rękę na czole, napierając na nie jeszcze mocniej, a drugą dłoń ułożył na grdyce, wgniatając w leciutko wystającą z szyi chrząstkę kciuk, aż zabrakło jej powietrza i zaczęła się dusić.
- Zabawił się tobą, rozumiesz? – cedził zjadliwe słowa, lecz nie docierały one do niej; szumiały w uszach niczym niezrozumiałe wyrazy zaczerpnięte z obcego języka, lecz nie miało to dla niego znaczenia. – Jesteś dla niego niczym, bo on nigdy cię nie pokocha. Nigdy cię nie będzie kochał!
Dławiła się śliną i gwałtownym napływem powietrza do płuc, kiedy kat odrzucił ją w błoto, niczym zużytą zabawkę; nie mogła przełknąć śliny, piekły ją drogi oddechowe, usiłowała unieść rękę, by złapać się za szyję i choć odrobinę ją rozmasować, ale wszystkie mięśnie jednogłośnie odmówiły jej posłuszeństwa. Czuła się, jakby mogła tylko patrzeć, odebrano jej resztę możliwość rządzenia ciałem; został jej tylko wzrok i słuch, nawet nie rozpoznawała zapachów. Z twarzą wetkniętą w lepki szlam ledwie była w stanie zaczerpnąć powietrza, a oddychanie szło jej wyjątkowo opornie, zresztą płuca bolały przy każdym wdechu, jeszcze mocniej uświadamiając, w jak tragicznej sytuacji się znalazła. A oprawca miał rację; jest sama, znikąd pomocy.
Jak przez grubą taflę lodu dochodziły do niej krzyki napływających do brzegu ptaków; rozróżniała kwakanie kaczek, świergot wróbli, krakanie wron; nie wiedzieć czemu najbardziej przerażały ją syki łabędzi, których białe, majestatyczne sylwetki majaczące na falach rzeki przybliżały się coraz bardziej, a stado jakby rozrastało się wraz z miarowym sunięciem ku wyjściu z wody. Odłamki chleba stoczyły się z nagiego ciała, gdy oprawca odrzucił ją głębiej w błoto; otaczały ją z każdej strony, a pierwsze sfrunęły się do nich szarawe gołębie, wyskubując z mokradła najmniejsze okruszki. Ich czarne ślepka wywoływały w niej niewysłowiony strach. Mężczyzna zaś przypatrywał się  jej z ubocza, oparty o rosnącą nieopodal wierzbę, już dawno zakażoną i pozbawioną przez chorobę liści.
- Żałosne, że akurat ty musiałaś stanąć nam na drodze – mówił na tyle wyraźnie, że słyszała go bez problemu, jednak była za bardzo przerażona, by zrozumieć wszystko z jego wypowiedzi. – Ty, która nie ma niczego do zaoferowania, ty, która nawet go nie rozumie, która nie chce go zrozumieć, a jednak chciała go mieć dla siebie. Ale spokojnie, twój koszmar niedługo się skończy. Na własne oczy zobaczysz, że jesteś dla niego niczym. On nawet nie pomyśli, by cię uratować. Bo niby po co?
Kaczki dorwały się do kawałków chleba unoszącego się na powierzchni zimnej wody, w której leżała zamoczona aż do ud.
- Nie ma znaczenia, jak bardzo go kochasz. – Kolejne łzy spłynęły po lodowatych policzkach, a wróble dziobały nie tylko odłamki pieczywa, ale i skórę, na której ostały się najmniejsze okruszyny. – On nie darzy cię takim samym uczuciem. I nigdy cię nie pokocha. Tylko ja jestem w jego sercu.
Łabędzie były coraz bliżej; ich iskrzące się czarne ślepia przepełnione były głodem, pragnieniem nasycenia żołądków choć w minimalnym stopniu. Czuła, że gotowe są rozszarpać sparaliżowane ciało, jeśli nie zastaną na miejscu resztek rozrzuconego pieczywa.
- Sama się o tym przekonasz. – Spojrzał na drugi brzeg, skąd rozbłysło niewielkie światło. – Już do mnie przyszedł.
Ostatkiem sił obróciła ku mężczyźnie głowę, patrząc w zadowolone oczy koloru błękitnego nieba. Powinny być oznaką niewinności, a zwiastowały jedynie zbliżającą się nieubłaganie agonię zakończoną śmiercią. Gardło miała ściśnięte, suche, bolało przy każdym oddechu i próbie przełknięcia śliny, ale zdobyła się na głuche pytanie, które doleciało do uszu oprawcy, rozweselając go jeszcze bardziej.
- Kto?
Nie odpowiedział od razu, jakby rozkoszował się jej niepewnością i strachem. Zbliżył się do niej ponownie, odganiając pałaszujące dookoła ptactwo, które rozleciało się we wszystkie strony; największa chmara wron i kruków rozsiadła się na martwych gałęziach pobliskiej wierzby, czekając, aż intruz sobie pójdzie. Jedynie łabędzie pozostały w tych samych miejscach, wyciągając długie szyje ku stojącemu nad nią mężczyźnie, jakby również czekały na odpowiedź.
- Mój kochany Draco – odparł, wpatrując się w nią obłąkanym wzrokiem i śmiejąc w bladą, przepełnioną goryczą i lękiem twarz zanurzoną w okalającym ją zewsząd mule rzecznym.
- Mój – powtórzył z jeszcze większym naciskiem, rechocząc przez łzy – mój Draco, rozumiesz?
Gdzieś z oddali dobiegł do niej szelest traw, jakby ktoś brodził w szuwarach. Plaśnięcia błota, chlupot i poruszanie się wody świadczyły, że ktoś się ku nim zbliża. Łabędzie zaczęły odpływać spłoszone przez najście kolejnego nieproszonego gościa, który wyłonił się po chwili z tataraku, a pierwsze, co dostrzegła, to rude, wyliniałe włosy odbijające się w świetle majaczącego na niebie księżyca, powoli zakrywanego przez zbierające się chmury deszczowe.
- Percy – wydusiła, jednak nikt jej nie słyszał.
Minister wyglądał przerażająco; poszarpana koszula ledwie trzymała się na ciele, rozpięta kamizelka powiewała na lekkim wietrze, a luźno dyndający pod kołnierzem krawat poplamiony był przez glinę, podobnie zresztą spodnie, z których wystawała niegdyś biała koszula, obecnie jej strzępki, umorusana brudną wodą z rzeki, błotem, a nawet i krwią, czego leżąca na ziemi Hermiona nie mogła już dobrze dostrzec.
Weasley zbliżył się do mężczyzny, upadł mu do kolan, obejmując je kurczowo i przytulając się do nich, jednak ten odsunął go agresywnie, tak że rudy wylądował w wszechobecny torfowisku, ale nie wyglądał, jakby był tym gestem urażony; wręcz przeciwnie – podpełznął do oprawcy, brocząc na kolanach w bagnie i uśmiechając się do niego wesoło, od czasu do czasu potrząsając głową, niczym zabawka na sprężynce.
- Już jest, już jest, przyszedł, przyszedł – powtarzał, jak zacięta płyta, wyciągając ku mężczyźnie łeb, jakby liczył na pochwałę i nagrodę za dostarczenie dobrej nowiny.
- Pilnuj jej – odparł blondyn, zerkając kątem oka na wpół żywą Hermionę – żeby nie zeżarły jej przed naszym przybyciem. Niech zobaczy na własne oczy, że jest nic nie warta.
Odwrócił się do niej plecami z zamiarem odejścia, jednak zatrzymał się w połowie kroku, poruszając dziwnie ramionami, a gdy znów na nią spojrzał, dławił się cicho ze śmiechu, ocierając oczy z nagromadzonych łez.
- Jeśli jej ich nic nie wydziobie.
Rozbawiony żartem Percy zaczął rechotać jak szaleniec, zbliżając się ku niej i odganiając co jakiś czas nadlatujące ptactwo. W oddali majaczyła już sylwetka kata, rozmyta przez palące łzy wzbierające w oczach i rzeźbiące mokre koryta w umorusanych szlamem policzkach. Dopiero teraz zrozumiała, o kim oprawca cały czas mówił; dopiero teraz rozpoznała srebrne tęczówki napełniające ją ciepłem i bezpieczeństwem, gdy stawały jej przed oczami, mimo że zaraz później odlatywały w nieznane. Prawda była jeszcze dotkliwsza, gdy wykrzyczano ją jej w twarz.
Nigdy nie poznała smaku prawdziwej miłości, nigdy nikogo nie kochała, by powierzyć mu kawałek swego serca; nigdy – ile kłamstwa zebrało się w tym maleńkim słowie, od kiedy poznała Draco na nowo; ile oszustw, oszczerstw, nieopisanej ślepoty nosi w sobie ten niewielki wyraz, gdy patrzy na niego teraz, z perspektywy zbliżającego się ku końcowi życia. Oczy otwarły się w momencie, gdy wszystko straciła, kiedy może tylko patrzeć na oddalającą się miłość, której resztki nie zdążyły nawet osadzić się na języku, by mogła zadręczać się jej niepełnym smakiem aż do śmierci czyhającej tuż za rogiem. I choć pewnie jest przepełniona goryczą, cierpka i daleka od słodkiego, odurzającego ideału, o którym zawsze marzyła, to obecnie nie zamieniłaby jej na żaden miód tego świata. Jej miłość nigdy nie była ckliwa, wrażliwa, czy romantyczna; była pełna smutku, rozpaczy, wołania o pomoc, ale przy tym bezpieczna, okalająca ciepłymi ramionami, w których nie czuła już pustki, w których mogła odetchnąć pełną piersią i w końcu powiedzieć, że jest szczęśliwa. Ale była zbyt ślepa, by ją dostrzec; w pogoni za nieprawdziwym, przekłamanym obrazem najpiękniejszego uczucia łączącego dwójkę ludzi, nawet nie zauważyła, kiedy minęła swoją miłość; weszła w jej otwarte drzwi zaledwie na moment, by później zatrzasnąć je i więcej się do nich nie cofnąć; wmówiła sobie, że nikt jej tam nie zapraszał, to nie na nią czekały owe miękkie ramiona ochraniające przed wszechobecnym złem, to nie ją chciały obronić, nie ją pragnęły obejmować, nie dla niej biło serce pod bladą skórą. Oszukała siebie, że nic dla niej nie znaczą, że wcale ich nie chciała i nie potrzebuje; prawda była zgoła inna, zrozumiała ją jednak za późno, a oprawca miał rację. Zostawiła u Draco swe okaleczone i rozpaczliwie pożądające ciepła drugiej osoby serce; ofiarowała mu je i kompletnie się w nim zatraciła. Bo pierwszy raz w życiu kogoś pokochała, to był pierwszy i ostatni raz, gdy mogła poczuć smak prawdziwej miłości, miłości, która nie może już dla niej istnieć.


Fetor wydobywający się z oczyszczalni ścieków był nie do zniesienia. Swobodne zaczerpnięcie powietrza stawało się praktycznie niemożliwe przez spływające do koryta rzeki nieczystości, nie wspominając o szczurach biegających przy ujściu rury kanalizacyjnej wychodzącej z pobliskiego budynku. Grunt samoistnie sunął pod nogami przy nieodpowiednim i zbyt gwałtownym postawieniu stopy; ziemia zmieszana z wodą zmieniła się w grząskie błoto, pod nim zaś znajdowała się lepka glina, osadzająca się na butach, sięgając prawie po kostki. Źdźbła przegniłych traw wyłaniały się ponad grząską breję, między nimi roiło się od kamyczków i odpadków, jak zakrętki od butelek czy fragmenty puszek po konserwach. Wylew w ścianie pokrytej obślizgłym mchem wypuszczał co chwilę nowe porcje brudnej wody opływającej dwóch mężczyzn, którzy wylądowali na brzegu Tamizy; przypatrywały im się łabędzie unoszące się na spokojnej tafli rzeki; nie odpłynęły, mimo nieoczekiwanego rumoru, który na nieszczęście udało im się narobić.
- Kurwa – zaklął siarczyście Potter, ocierając nos wierzchem dłoni – jebie tu gorzej, niż w Azkabanie.
- Widocznie zwiedzałeś te przyjemniejsze kwatery – odezwał się Draco, rozglądając się po okolicy, choć w zasięgu wzroku niewiele miał do dyspozycji; miarowo płynąca rzeka zabierająca śmieci wyrzucane z oczyszczalni, w oddali majestatyczny most, wizytówka Londynu, na nim miałkie światła, na wodzie zaś stadko białego ptactwa, które napełniało go strachem, gdy tylko spojrzał w ich czarne niczym węgiel, iskrzące się ślepia; wydawane syki i charknięcia podrywały serce do szybszego biegu, choć już wcześniej myślał, że zaraz wypadnie mu z piersi i ugrzęźnie w torfowisku.
Trzask i świst powietrza charakterystyczne dla teleportacji rozbrzmiały im w uszach, a po chwili ujrzeli Pansy i Juanitę, broczące po kolana w mule rzecznym; młodsza kobieta była wyraźnie mniej zadowolona z miejsca, w którym przyszło jej się znaleźć, zaś twarz Hiszpanki nie zdradzała kompletnie niczego. Kuśtykający Harry wyciągnął ukochaną z wody, od razu łapiąc ją stanowczo za ramiona i potrząsając nią, jakby co najmniej była pluszową zabawką.
- Popierdoliło was do reszty? Co wy tu, do kuźwy nędzy, robicie? – gorączkował się, gdy Draco pomagał Juanicie wyjść z błota, lecz na niewiele zdały się jego wysiłki; muł był tak gęsty i grząski, że mógłby pochłonąć dorodną klacz, gdyby stanęła w nieodpowiednim miejscu.
- Despacito, Potter (Spokojnie, Potter) – zaczęła starsza kobieta, otrzepując rękawy długiego swetra, którego końce zatopiły się w bajorze. Pansy odepchnęła nieco agresywniej, niż zamierzała, ręce ukochanego, odgarniając wlatujące do oczu kosmyki czarnych włosów.
- Nie wiecie, co może wam zrobić – odezwała się przejęta Parkinson, podwijając nogawki umorusanych gliną, mokrych spodni dresowych, które następnie podsunęła sobie pod kolana; podobnie uczyniła z bluzą, należącą do Harry’ego, a co mógł dostrzec wyłącznie dobry obserwator. Na szczęście Malfoy się do takowych zaliczał, co nie znaczyło, że w pełni akceptował nagłą i niespodziewaną zażyłość łączącą dawną przyjaciółkę z cierpiącym na deficyt szarych komórek aurorem. Przynajmniej na chwilę uwolnił się od miażdżącego go strachu, który niestety powrócił zaraz po tym, gdy starsza kobieta przypomniała im wszystkim, w jakim celu przybyli nad oczyszczalnię ścieków.
- Pansy tiene razón (Pansy ma rację) – wtrąciła się Hiszpanka, stając obok wyraźnie niezadowolonego Pottera i zmartwionej, acz zdeterminowanej Parkinson; w brązowych oczach dało się dostrzec głębokie zatroskanie, jednak tuż obok niego Draco zauważył ogromną chęć pomocy, siłę wydobywającą się z nieznanego źródła. – Możemy się do czegoś przydać.
Czuł się przyduszony spojrzeniem przyjaciółki, przypominającym o kobiecie, dla której wszyscy tu przyszli. Kobiecie, która nigdy nie powinna doświadczyć takiego koszmaru, przez jaki musi przechodzić. Było pełne Hermiony, jej szczęśliwego uśmiechu, wrogich spojrzeń, ciepłych słów i gestów, krzyków rozpaczy, mógł wymieniać w nieskończoność, lecz liście długo nie byłoby końca. Przybył tu dla niej, po nią, a oni przyszli tu razem z nim, bo go wspierają. Przemknęło mu przez myśl, że to wyjątkowo przygnębiające, iż dopiero teraz odkrył, że są jego przyjaciółmi, ale cóż, żałośni ludzie już tak mają; nie zauważają tego, co istotne, dostrzegają wyłącznie czubek własnego nosa.
- Draco. – Spokojny głos Pansy wyrwał go z głębokich rozmyślań, a gdy spojrzał na każdego z nich z osobna, a po chwili na całą trójkę, poczuł mocne ściśnięcie w klatce piersiowej, co oczywiście nie uszło uwadze wyjątkowo spostrzegawczej Juanity.
- No estás solo (Nie jesteś sam). – Uśmiechnęła się przy tym do niego, splatając ręce na piersiach. Malfoy chciał jej odpowiedzieć, wyrazić choć nikłą wdzięczność, lecz przeszkodził mu oczywiście Harry, niecierpliwiący się bezsensownym przeciąganiem rozmowy o wszystkim i o niczym. Bo w gruncie rzeczy miał rację, choć arystokracie wyjątkowo ciężko było się do tego faktu przyznać.
- Srali muchy, bedzie wiosna – żachnął się, podchodząc do mężczyzny i spoglądając podminowanym wzrokiem na kobiety. - Jeszcze wygłoście poemat ku pokrzepieniu serc, a z pewnością zdążymy uratować Mionę. Rusz się, Malfoy, bo nie ma czasu.
Pchnął arystokratę głębiej w błoto, kierując się w stronę, która wydawała mu się odpowiednia do wyjścia. Pansy i Juana uczepiły się ich niedługo potem.
- Idziemy z wami – zakomunikowała stanowczo Parkinson, na co Harry zatrzymał się, wznosząc oczy ku przykrytemu chmurami niebu, zaciskając przy tym mocno wargi. Draco, jak do tej pory cichy i w miarę opanowany, zaczął odczuwać coraz mocniejsze oznaki lęku, który nie chciał go opuścić. Zbyt dobrze rozumiał, czemu Potter się tak piekli; czas im uciekał, przelatywał między palcami niczym woda, a oni zamiast pożytkować go na odnalezienie Hermiony wolą wdawać się w bezsensowne dyskusje. Nim zdążył zabrać głos, czarnowłosy auror będący na skraju wytrzymałości hardym tonem wyraził sprzeciw ku uczestniczeniu obu kobiet w akcji ratunkowej.
- Siedzicie tutaj i się stąd nie ruszacie – grzmiał, łypiąc ostro na ukochaną, lecz ta nie wyglądała na zlęknioną, czy nawet odrobinę zniechęconą.
- Harry, wiem, że się martwisz, ale damy sobie radę.
Potter w odpowiedzi oblizał wargi, uśmiechając się po tym sarkastycznie, co nie spodobało się kobiecie, a już wyjątkowo oburzyła się słowami, które chwilę później do niej skierował.
- Kochanie, proszę, tylko nie zrozum mnie teraz źle. – Wyciągnął przy tym rozłożone ręce na wysokość przepony, machając nimi na prawo i lewo, jakby ściskał jakiś niewidzialny przedmiot. - Będziecie nam wyłącznie, choć kumam, że macie jak najlepsze intencje, ale będziecie nam tylko przeszkadzać, więc posadźcie swoje apetyczne, zgrabne pupcie na miękkim kamieniu i opalajcie się w cieniu, dobrze?
Ostatnie słowo zabrzmiało tak wrogo i stanowczo, że nawet Juanie nie przeszło przez myśl, by protestować. Smętnym wzrokiem spojrzała jedynie na Draco, wypuszczając po chwili głośno powietrze z płuc i stając obok rozdrażnionej Pansy.
- Si no tenemos otra opción (Jeśli nie mamy innej opcji) – odezwała się cicho, materializując w dłoni różdżkę. Potter wydawał się uradowany obrotem sytuacji, a raczej tym, iż udało mu się postawić na swoim. Od zawsze był bowiem zdania, że kobieta nie powinna wykazywać się na polu walki; niech opatruje mu rany i dopinguje z pomponami w dłoniach, ale nie brnie z nim na przeciwnika ramię w ramię. Potem w głowach i dupach im się przewraca, i chcą rządzić w związku, robiąc z faceta pantofla.
- No! To ustalone! – Uwiesił się Malfoyowi na ramieniu, trzęsąc nim, jakby był małym dzieckiem, które potrzebuje pocieszenia; Draco momentalnie zesztywniał, spiął wszystkie mięśnie, obrzucając mężczyznę podminowanym spojrzeniem, jasno dając mu do zrozumienia, żeby wreszcie się od niego odczepił, jednak na Pottera w ogóle to nie działało. – A ty nie smuć się tak, Miona już na ciebie czeka! Rusz zadem i idziemy mu zrobić prawdziwe, latynoskie bailando!
- Przymknij się choć na chwilę – wycedził przez ściśnięte wargi, na co Harry momentalnie się od niego odsunął, z głupkowatym uśmiechem wskazując na wyjście z bagien.
- Panie przodem – wymamrotał, a po chwili Draco wyciągnął różdżkę spod kamizelki; oczy czarnowłosego mężczyzny rozszerzyły się nieznacznie, zaś ręce uniosły na wysokość twarzy w geście obronnym; nie zwracał uwagi na kręcącą z politowaniem głową Juanę, a już tym bardziej na poirytowaną Pansy, która zapewne z chęcią strzeliłaby w niego jakimś paskudnym zaklęciem. Ma szczęście arystokrata nie miał takich zamiarów i skierował się ku brzegowi, brodząc przy tym w gęstym mule i glinie.
- Te, Malfoy – krzyknął niezbyt głośno auror, wskazując na wąska dróżkę między chaszczami, którą mogli wydostać się z bagna. – Wyjście to jest tam.
Blondyn westchnął przeciągle, kucając tuż przy wodzie obmywającej czubki butów, nie zważając na komentarze kolegi, który prawdę mówiąc nie wiedział, czemu mężczyzna się cofnął; wejście do oczyszczalni znajduje się z drugiej strony, chyba nie zamierzał przepływać przez ściek, by dostać się niespostrzeżenie do środka?
Zbliżył się powoli do arystokraty, przy którym już kucała Juana, mówiąc coś wyjątkowo szybko i niezrozumiale, ale Malfoy wydawał się bez trudu pojmować wszystko, co chciała mu przekazać; w odróżnieniu do Harry’ego, który na próżno szukał wsparcia u Pansy, spokojnie palącej papierosa na uboczu.
- Con la sombra en la cintura ella sueña en su baranda, verde carne, pelo verde, con ojos de fría plata. Szukaj barierek lub czegoś, co je przypomina – rozkazała, a do poszukiwań dołączył nawet Potter. Nie miał bladego pojęcia, w jakim celu szukają balkonu, ale skoro pan każe, to sługa musi, a tak się akurat składało, że Juanita była jedyną osobą w towarzystwie znającą się na poezji hiszpańskiej, więc nie było za bardzo co dyskutować.
- A to okno? – Wskazał na okrągły lufcik z wybitymi szybami, do którego połowy ciągnęła się zardzewiała siatka; rzeczywiście znajdowało się przy nim na tyle dużo miejsca, że człowiek mógł się tam spokojnie zmieścić.
Juana i Draco odwrócili się w stronę pokazywaną przez Harry’ego; na widok brudnych, otwartych okiennic arystokracie serce podeszło do gardła, a puls mocno przyspieszył. W ciągu zaledwie sekundy uczepił się rozpaczliwie myśli, że Hermiona znajduje się w środku, lecz gdy już miał do niej biec, kobieta powstrzymała go, chwytając stanowczo za materiał koszuli.
- Grandes estrellas de escarcha, vienen con el pez de sombra que abre el camino del alba. La higuera frota su viento con la lija de sus ramas, y el monte, gato garduño, eriza sus pitas agrias. – Zakończyła cytować wiersz, gdy dostrzegła strach zgromadzony w szarych oczach Malfoya. – Musimy szukać jej na zewnątrz. No encontraremos aquí figowca, pues busca innego árbol, que será parecido. (Nie znajdziemy tu figowca, szukaj innego drzewa, które będzie podobne.)
- Balkon, drzewo – odezwał się zniecierpliwiony Potter – to była Hiszpania, czy Anglia, do cholery? Bo ja tu widzę bardziej Romea i Julię, niż zielonego topielca.
- Gałęzie de la higuera cuando trą o siebie, przypominają papier ścierny, o tym cuenta ese fragmento. Pero en Biblia, figowiec aparece como drzewo, które nie daje owoców, jest przeklęte. Jak kobieta z balkonu – wyjaśniła, wciąż trzymając Draco za koszulę, jakby bała się, że zaraz się jej wyrwie; on jednak nie miał sił, by wyszarpnąć się przyjaciółce; odległym wzrokiem pełnym przerażenia wpatrywał się w błoto gromadzące się u stóp; nie słuchał, nie czuł, nie reagował; zamknął się w umyśle, w którym panowała jedna, jedyna myśl odbijająca się głośnym echem o ściany głowy, błaganie, by Hermiona żyła.
Po czym poznać, że jest się w kimś zakochanym? Jedni opisują to uczucie, jako lot chmary motyli w brzuchu, inni, gdy widzą ukochaną osobę, nie pamiętają o problemach, widzą tylko ją, jej uśmiech, czują ciepło jej serca; co zrobić, gdy nie czuje się nic? Czy to znaczy, że się nie kocha?
Gdyby miał odpowiedzieć na pytanie, czy Granger jest jego miłością, odpowiedziałby, że nie wie. Nie potrafił nazwać tego, co do niej czuje, na myśl o kobiecie przychodziły mu różne uczucia, ale gdyby miał zebrać je razem i jasno sklasyfikować, nie potrafiłby tego zrobić. Nie wiedział, co najbardziej mu się w niej podoba, nie miał pojęcia, czemu czuje przy niej spokój, którego nikt inny nie potrafi mu zapewnić; to jak czarna dziura, w którą spadał coraz głębiej i głębiej, ale końca nigdy nie widział. Kiedy jednak staje mu przed oczami, przypomina sobie jej głos – melodyjny, momentami zachrypnięty, lecz zawsze przepełniony uczuciami -, pamięta, ile dla niego zrobiła, nie jest obojętny, tak jak zawsze. To, co się wtedy z nim dzieje, nie da się porównać do niczego; z jednej strony spokój, bezpieczeństwo i ciepło, których nigdy nie doświadczył, może właśnie przez to zgubił się w pętli emocji, wmawiając sobie, że uczucie, które ich łączy, jest czymś więcej, niż zwykłym koleżeństwem; kiedy czegoś nie znasz, łatwo jest to pomylić z czymś innym. Z drugiej strony obawy, że piękne chwile zaraz zostaną odebrane; są wyłącznie iluzją, którą sobie wytworzył, śni o niej, a ona zaraz przeminie i nigdy nie wróci. Niczego nie był pewny, błądził w niewiadomym; kim zatem jest dla niego Hermiona?
         W życiu doświadczył bólu pod niejedną postacią, nie raz mierzył się ze strachem, dusząc go w sobie i usiłując się z nim uporać, ile razy znajdował się w punkcie bez wyjścia, nie był w stanie policzyć. Nigdy jednak nie czuł tak wielkiej frustracji, tak potwornego lęku o drugą osobę, jak teraz o Granger. Myśl, że już nigdy może nie usłyszeć jej głosu, nie spojrzeć w brązowe oczy, nie dostrzec uśmiechu, nie poczuć szybszego bicia serca, i nie zatracić się w tym wszystkim bez reszty, przepełniała go paraliżującym niepokojem, nieopisaną bojaźnią, iż straci osobę, która dostrzegła w nim coś więcej, miała odwagę przebić się przez skorupę obojętności, a co więcej, miała w sobie na tyle siły, by go zmienić i wyciągnąć z marazmu, którym się otoczył. Teraz cierpi za to poświęcenie, jest męczona przez to, że wyciągnęła z niego uczucia, których wcześniej w sobie nie znał, a on nie może tego znieść, wariuje, gdy pomyśli, że ktoś wyrządził jej choćby najmniejszą krzywdę. Czy gdy kogoś kochasz, to zawsze czujesz, że musisz go ochronić za wszelką cenę?
         Zacisnął pięści z całych sił, czując przy tym drgania całego ciała. Nigdy nie wybaczy sobie, jeśli coś się stało Hermionie; nigdy więcej nie pozwoli nikomu zbliżyć się do siebie, nikogo więcej nie narazi na choćby najdrobniejsze cierpienie, jeśli jej nie odnajdzie i nie uratuje. Ona musi żyć; musi, gdyż inaczej nie usłyszy, jak wiele dla niego znaczy, nie dowie się, że wtargnęła do jego skutego lodem serca, roztapiając je i otwierając na miłość, której wcześniej nie znał. Bo jeśli umrze, czy dostanie jeszcze drugą szansę, by powiedzieć, że ją kocha?


         Chlupot i poruszanie wody, tyle rozróżniała z dźwięków, które dochodziły do niej, jak przez mgłę; wydawało jej się jednak, że słyszy od czasu do czasu nucenie, dziwaczną melodię, nieraz wesołą, innym razem mocno depresyjną połączoną z przerażającym charkotem. Zastanawiała się, czy to możliwe, że tak warczały na nią łabędzie, ale ilekroć czuła smaganie lodowatej wody na nagich nogach, uświadamiała sobie, że to nie złowieszcze ptaki wydają te przeraźliwe odgłosy, a Percy, czuwający, by okoliczne ptactwo nie zrobiło sobie z niej zbyt wcześnie pożywnej kolacji. Rozchyliła powieki zlepione łzami i błotem, dostrzegając kucającego w rzece rudego, który bełkotał coś do siebie, ale niewiele z tego rozumiała.
         - Zabił, zniszczył, to jego wina – mamrotał, uderzających sporych rozmiarów patykiem o taflę, gdy łabędzie się przybliżały. – Zabił, nie żyje, morderca.
         Choć była ledwie świadoma, wiedziała, o kim mężczyzna mówi. Jego słowa bolały ją za każdym razem, gdy wychwyciła je między plaśnięciami o wodę, bo znała prawdę i chciała mu ją wykrzyczeć z całych sił, jednak nie mogła.
         - Wykorzystał i zabił, przez niego nie żyje, zabił – rzęził złowieszczo, zgrzytając przy tym zębami.
Między kolejnymi oszczerstwami docierało do niej smętne pociąganie nosem; Percy płakał, co do tego nie miała wątpliwości. W tym momencie uświadomiła sobie, że jest on taką samą ofiarą, jak wszyscy, których zamordował niezrównoważony Federico; okaleczony znacznie gorzej, niż ludzie, którzy zginęli w męczarniach psychopaty, gdyż został zmaltretowany psychicznie, napełniony nienawiścią do osoby, która jest niewinna, a przekonany o czystości człowieka, który stoi za tymi wszystkimi potwornymi czynami.
- Zabij go, zabij, nie daj mu żyć, przez niego nie żyje! – krzyknął, uderzając patykiem tak mocno, że aż przewrócił się do bagna, w którym kucał; oplótł się rękami, zakrywając nimi głowę ukrytą między rozstawionymi kolanami, a cichy szloch zamienił się w prawdziwy ryk rozpaczy.
- Nie – wydusiła Hermiona, zanosząc się po tym kaszlem, który ściskał mocno płuca, tak że nie mogła zaczerpnąć oddechu i zaczęła się dusić. Zaalarmowany Percy podpełznął do niej w wodzie, wychwytując kolejne zaprzeczenie wydane między próbami ustabilizowania oddechu. Oczy mu się rozszerzyły, rozbłysły jeszcze większym szaleństwem, a potem złapał ją boleśnie za ramiona, wciskając z całych sił w torfowisko.
- Dziwka, pomogłaś mu! – wysyczał jej w twarz, opluwając ją przy tym, a strużka śliny zwisała mu z rozchylonych warg, gdy dyszał nad nią ciężko, zaciskając coraz mocniej palce na sztywnych i lodowatych barkach.
- Suka, przeklęta kurwa, zabiłaś go! – krzyczał, gdy jej brakowało już powietrza i ledwie rozumiała, co do niej mówi.
Płuca miażdżyły serce od środka, napierały na nie mocno i szybko, podsuwając się jednocześnie w stronę gardła i rozrastając, a opętane oblicze Percy’ego zaczęło rozmazywać jej się przed oczami i ostro wirować, jakby zaraz miało odlecieć. Niespodziewanie poczuła bolesne uderzenie, a twarz zatopiła się całą lewą stroną w obrzydliwym mule; oddychała ciężko, klatka piersiowa zapadała się coraz głębiej, lecz nacisk organów jakby zelżał, dzięki czemu mogła wpuścić do płuc nieco świeżego powietrza, a te nie zgniatały jej tak jak wcześniej. Gorące łzy toczyły się po brudnych policzkach, a nagie i wyziębione ciało drżało, lecz nie miało to już znaczenia. Pragnęła, by ktoś ukrócił jej męki, nawet jeśli miałby rzucić ją na pożarcie wygłodniałym łabędziom i wronom.
- Proszę – wyszeptała, czując na wargach drobne kamyczki z błota. Mężczyzna jej nie słyszał, nie reagował, był kompletnie głuchy na płynące do niego słowa.
- Zamordował go, zabił, a ty mu pomogłaś – cedził z szeroko otworzonymi oczami, a twarde, długie palce pełzły w kierunku szyi, by oplatać ją z początku lekko, aż zaczęły się zatapiać w nią coraz głębiej.
         - Plugawa, obrzydliwa, bezwstydna ladacznica!
         - Perc… - Usiłowała wymówić imię rudego, lecz im mocniej próbowała, tym ucisk na grdyce nasilał się niebezpiecznie. Palące łzy wydobywające się z zamglonych i szaleńczych oczu Ministra skapywały jej na twarz razem ze śliną wyciekającą spomiędzy warg.
Pomyślała, że to już koniec, gdy ciało całkowicie zdrętwiało i odmówiło posłuszeństwa, a powieki opadły ciężko w dół, niczym żelazna kurtyna, odcinając ją od oblicza oprawcy, jednak myliła się, a huk, który rozdarł niedawną głuchą ciszę przywrócił ją do świadomości. Percy momentalnie odrzucił ją w bok, podniósł się i wszedł głębiej w rzekę, mocząc się w niej prawie po kolana. Dostrzegła różdżkę, która wystrzeliła z poszarpanego rękawa i zakrwawionego, brudnego mankietu, materializując się w dygoczącej dłoni. Chciała go powstrzymać, nie dopuścić, by ją zostawił, lecz czy mogła zrobić cokolwiek, jeśli nie miała nawet sił, by się podnieść?
- Zabij go – wycedził mężczyzna, ściskając mocniej trzonek różdżki – zabij go!
W oczach rozbłysło jej niebiesko-zielone światło wydobywające się z magicznego przedmiotu; uderzyło w taflę rzeki, rozdzierając jej wody na pół; owiał ją przeraźliwy, porywisty wiatr, rozdmuchujący resztki przegniłej zieleni dookoła, a miejscowe ptactwo uniosło się w powietrze zaalarmowane nagłym hukiem, wydzierając się na całą okolicę. Między wodnymi kurtynami powstał korytarz mieniący się łunami rzuconego zaklęcia podtrzymującego olbrzymią konstrukcję. Percy trząsł się na całym ciele, krzyczał coś niezrozumiałego, lecz przez szum rozstąpionej rzeki nie potrafiła rozróżnić ani jednego słowa. Ostatnim, co zobaczyła, było zielone światło mknące z niesamowitą prędkością przez wodny tunel, wystrzelone z różdżki Ministra.


Dźwięki kłótni rozlegały się dookoła, wyrywając Draco z rozmyślań, w których zagłębił się zbyt mocno i na znacznie dłużej, niż powinien. Spojrzał na Juanę i Pottera, którzy gorączkowali się niedaleko Pansy; dziewczyna wydawała się zmęczona i znużona sprzeczką dwójki czarodziejów, przecierając co rusz oczy i rozmasowując pobolewający kark.
- Że co, kurwa?! Jak można porównywać kobiece piersi do kowadła?! To był idiota, a nie wybitny poeta! – gorączkował się auror, wymachując na prawo i lewo rękami. Hiszpanka zaś wsparła dłonie na biodrach, wypuszczając głośniej powietrze z płuc, jakby z trudem zachowywała spokój przy Harrym, czemu ani Parkinson, ani Malfoy za bardzo się nie dziwili.
- ¡La poesía de Lorca es maravillosa! (Poezja Lorci jest cudowna!) – warknęła, celując w mężczyznę palcem wskazującym; drugą ręką poprawiła zsuwający się z głowy spory kapelusz, którego rozmiary znacznie odbiegały od wymiarów tradycyjnej fedory. - ¡Y el yunque no aparece en Romance sonámbulo, sino en Romance de la pena negra! (A kowadło nie pojawia się w romancy somnambulicznej, tylko w Romance de la pena negra!)
- Romance, srance, ja nic nie rozumiem! Zielony trup, co zaciążył, na dodatek Cygan, topielec, jakieś chaszcze, chabazie, figi, srigi, jeszcze flamenco tu władujmy, to mamy komplet!
Pansy wymamrotała coś do siebie pod nosem, co brzmiało jak „zaraz zwariuję”, ale równie dobrze mogło też oznaczać „zaraz go poćwiartuję”; zapewne w normalnych okolicznościach Draco pochwaliłby pomysł koleżanki i zachęcił ją do jego realizacji, jednak obecnie nie było mu ani trochę do śmiechu; śmierci w ostatnim czasie naoglądał się aż nadto, poza tym Potter już raz omal nie zginął, więc powinien celebrować odzyskane życie jak najdłużej.
Oddalił się od nich, podchodząc bliżej rzeki. Różdżka spoczęła ponownie za kamizelką. To, co najbardziej rzuciło mu się w oczy, to brak stada łabędzi, które jeszcze przed chwilą dryfowały tuż przy brzegu, obserwując ich czarnymi jak noc ślepiami, w których dostrzegał nieopisaną wrogość, a także i głód.
- ¿Pero qué no entiendes? (Ale czego nie rozumiesz?) – Juana rozłożyła z bezradności ręce, pochylając się nieco do przodu. - To tylko wiersz, na rany del Cristo! Wszystko masz jak na tacy!
- Kobito! Gdzie ty tu widzisz Cyganów, co?! – wydarł się Harry, obracając się dookoła i wskazując na pustą przestrzeń. Wyciągnął zaraz potem rękę do Pansy, domagając się od niej papierosa, lecz kobieta nie reagowała; patrzyła się tylko w otwartą dłoń z miną, jakby zastanawiała się, co powinna ugotować następnego dnia na obiad, a żadne pomysły nie przychodziły jej do głowy.
- ¡Es una metáfora, carramba! – Juana złączyła ze sobą cztery palce, pozostawiając najmniejszego z nich wolnego, unosząc je na wysokość podbródka i potrząsając co jakiś czas; ton głosu miała tak poirytowany, jakby znów musiała tłumaczyć dziecku, jak prawidłowo korzystać z toalety, a maglowała już ten temat prawie kilka godzin. - Ella sigue en su baranda, verde carne, pelo verde, soñando en la mar amarga. Czego tępoto jeszcze nie rozumiesz?!
- Compadre, quiero cambiar mi caballo por su casa, mi montura por su espejo, mi cuchillo por su manta.
W zniszczonym oknie, w które niedawno się wpatrywali, pojawił się młody chłopak recytujący dalszą część romancy hiszpańskiego poety; długie, jasne włosy z przebłyskiem żółci opadały mu wzdłuż twarzy na ramiona, skórę miał bladą, odbijającą się bielą w świetle rzucanym przez łunę księżyca, niezbyt wysoki, acz wyjątkowo szczupły, delikatne i pociągłe rysy twarzy bardziej przywodziły na myśl kobietę, aniżeli mężczyznę, jednak wszyscy wiedzieli, kim tak naprawdę jest przybyła osoba.
- Santa María – wydusiła Juana, obok której stanęła równie zaskoczona i zlękniona Pansy; Harry od razu przed nie skoczył, wbijając w Fede złowrogie spojrzenie.
Chłopak zaśmiał się cichutko pod nosem, podchodząc bliżej zardzewiałej barierki, o którą oparł się lewym bokiem, splatając ręce na chudej klatce piersiowej odzianej w białą koszulę i czarną marynarkę, przybierając na twarz leniwy, acz zadowolony uśmieszek. Nie obchodziła go trójka czarodziejów; interesował się wyłącznie Malfoyem, w którym utkwił spojrzenie.
- Tylko Federico – odparł, unosząc odrobinę wyżej podbródek, a światło księżyca odbiło się od błękitnych tęczówek, wydobywając z nich pełną gamę koloru.
- ¡Deja de blasfemar! (Przestań bluźnić!) – krzyknęła Juana, wychodząc przed szereg, ale Harry chwycił ją za materiał swetra, jakby oczekiwał, że chłopak rzuci w nią zaraz jakimś zaklęciem, jeśli w porę się nie cofnie. Czuł w palcach drżenie ciała wściekłej Hiszpanki, jednak nie wyrwała mu się; stała posłusznie w miejscu, ściskając w dłoni różdżkę, która zmaterializowała się w niej sekundę po tym, jak morderca pojawił się przy barierce.
- Compadre, quiero morir decendentemente en mi cama. De acero, si puede ser, con las sábanas de holanda. ¿No ves la herida que tengo desde el pecho a la garganta? – recytował dramatycznym, acz pewnym siebie tonem, przestępując z nogi na nogę, acz dotarł do rogu niewielkiego balkonu, cały czas wpatrując się w Draco, który jak do tej pory nie ruszył się z miejsca.
- Pierdolę, to konkurs recytatorski, czy co, do kurwy nędzy?! – wydarł się Potter, przeskakując wzrokiem od arystokraty do Fede. Uświadomił sobie w międzyczasie, iż Pansy złapała go kurczowo za dłoń, ściskając ją mocno i drgając przy tym od czasu do czasu, jednak w ogóle mu to nie przeszkadzało; chcąc nieco ją uspokoić oraz uświadomić, że jest przy niej i nie dopuści, by szaleniec zrobił jej coś złego, odwzajemnił uścisk, łącząc mocniej palce z chłodnymi palcami kobiety.
- Si quieres las heridas, desgarraré tu cuerpo enseguida. (Jeśli chcesz ran, to zaraz rozszarpię ci ciało.) – wycedziła wściekle Juana, lecz nim uniosła różdżkę, Draco złapał ją za nadgarstek, rozjeżdżając się odrobinę w błocie na śliskich podeszwach eleganckich butów. Oczy Fede rozbłysły, a usta lekko się rozchyliły, lecz prócz Malfoya nikt inny nie zwrócił na to uwagi.
- Nie! – krzyknął, powstrzymując Hiszpankę przed ciśnięciem klątwą w chłopaka. Serce łomotało mu przy tym szaleńczo w piersi, a na domiar złego z nieba zaczął siąpić leciutki deszczyk przypominający świeżą rosę osadzającą się na trawach i liściach; rosił twarz, w krótkim czasie kompletnie mocząc włosy i powoli wsiąkając w ubrania.
- ¡Qué estás trajinando! (Co ty wyczyniasz!) – odparła Juana, lecz arystokrata nawet na nią nie spojrzał.
- Jeśli zabijesz Theodore’a, zginie Hermiona. – Puścił kobietę, a do tej od razu dotarło, jak nieroztropnie chciała postąpić; różdżka spoczywała wciąż w dłoni, ale ta nie była już tak napięta i gotowa do ataku; Hiszpanka pozostawała czujna, jednak baczność była odpowiednio wyważona, tak by nie wzbudzać zbyt wielkich podejrzeń. To, co udało jej się w międzyczasie wychwycić, był brak magicznego przedmiotu w ręce Malfoya, co napełniło ją obawami i zupełnie zrozumiałym strachem.
Draco zbliżył się ostrożnie ku budynkowi, czując, jak nogi zatapiają mu się coraz głębiej w szlamie; nie zważał na to, szedł powoli do przodu, usiłując zapanować nad wdzierającym się do umysłu lękiem. Spokój był jednak ostatnim, co mógł czuć, a trzęsące się kolana utrudniały skupienie się na chodzie. Wiedział, że jeśli ktoś z nich postąpi zbyt pochopnie, Hermiona umrze, nim zdążą ją odnaleźć; wolał trzymać się tej niepewnej, acz jedynej deski ratunku, niż dopuścić do siebie myśli, że kobieta już mogła nie żyć.
- Jednak o mnie pamiętasz? – zapytał Theodore, lecz głos miał zdecydowanie zbyt pewny, a przy tym podszyty wyraźną drwiną, objawiającą się również w błękitnych tęczówkach. - Naprawdę o mnie pamiętasz?
- Gdzie jest Hermiona?! Mów, bo ukręcę ci łeb przy samej dupie i wpieprzę ci w nią wcześniej szuflady! – wrzasnął Harry, wyrywając się ku Malfoyowi, lecz ten, nawet się do niego nie odwracając, zatrzymał go, a zszokowany auror zamarł w miejscu, niewiele rozumiejąc z intencji arystokraty.
- Nie ruszaj się. – Błagał w myślach, by mężczyzna tym razem go nie zlekceważył. Szanse były bardzo nikłe, biorąc pod uwagę fakt, iż Potter jest w gorącej wodzie kąpany i wpierw robi, a później myśli, lecz wbrew oczekiwaniom usłuchał jego nakazu, nie ruszając się nawet o krok.
- Co, kurw… - Przerwał mu nieco podniesiony i zadowolony z siebie głos Notta stojącego na wątpliwej jakości balkoniku.
- Spóźniłeś się. – Serce Dracona uderzył bolesny skurcz, ściskając je z całych sił, aż przez moment zabrakło mu powietrza, a twarz Theodore’a zaczęła rozmazywać mu się przed oczami. - Właśnie pałaszują ją łabędzie.
Harry wyrwał się do przodu z różdżką w ręku, z której sączyło się krwistoczerwone światło.
- Zatłuk… - Nie dokończył, gdyż arystokrata zasłonił mu przejście ręką, uderzając nią o szybko unoszącą się klatkę piersiową. Wściekły mężczyzna wydarł mu się niemal do ucha - Malfoy!
- Zabierz mnie do niej. – Nie zważając na Pottera, skierował prośbę do wciąż opartego z nonszalancją o siatkę Theodore’a, który zaśmiał mu się w twarz, gdy dostrzegł w srebrnych oczach rozpaczliwe błaganie, a nad czym Draco nie potrafił zapanować.
- Kochanie, masz mnie, po co ci ona? – odparł po dłuższej chwili i złowieszczym rechotaniu pod nosem. Odpowiedzią zaskoczył wszystkich poza Malfoyem, do którego zaczęły dobiegać dźwięki zdziwienia towarzyszących mu czarodziei.
- Kochanie? – powtórzyła Pansy, w której dłoni również można już było dostrzec różdżkę. Utkwiła w przyjacielu pełne niezrozumienia i obaw spojrzenie, rozchylając przy tym delikatnie usta, przez które wydobywały się maleńkie obłoczki pary wodnej.
- ¿Cariño? – zawtórowała zdumiona Juana marszcząc brwi, a kolczyki w kształcie sporych kół zadzwoniły o siebie, gdy obróciła gwałtownie głowę ku blondynowi.
Draco był głuchy na dochodzące do niego wyrazy niepokoju i zaskoczenia; patrzył wyłącznie na Notta, z którego bladej twarzy nie schodził dumny uśmiech. Bał się powtórzyć prośbę, gdyż nie potrafił powiedzieć, jak chłopak zareaguje, jednak tym razem nie ma wyjścia; jeśli nie pokaże mu, gdzie ukrył Hermionę, może nie zdążyć jej odnaleźć, a wtedy…
- Theo, zabierz mnie do niej – zwrócił się ponownie do blondyna, którego uśmiech zaczął momentalnie znikać, a oczy zmrużyły się gniewnie, obnażając prawdziwe oblicze oprawcy; niepohamowany gniew, odrzucenie, zawiść, wszystko to kumulowało się pomału do ogromnej nienawiści, która zaczęła wylewać się z mężczyzny, niczym krew ze świeżo zadanej rany.
- Nie rozumiesz? – zapytał, przenosząc ręce na brudną i zardzewiałą barierkę, ściskając ją z całych sił, aż pobielały mu kłykcie, a przedramiona zaczęły niebezpiecznie drgać. - Masz mnie. Po co ci ta bezużyteczna dziwka?
- Nosz kurw… - wyrwało się Potterowi, lecz nie dokończył, gdyż przeszkodził mu w tym bardziej stanowczy głos Malfoya.
- Theo, proszę.
- Masz mnie! Nie potrzebujesz jej! Nikogo z nich nie potrzebujesz! – krzyknął, podrywając serce arystokraty do szybszego bicia; skok pulsu był niesamowity, gdyż raptownie zakręciło mu się w głowie, a kolana nieznacznie ugięły, zaś płuca wtoczyły taką dawkę powietrza, iż nie był w stanie jej pomieścić.
- Dlatego ich zabiłeś? – wyszeptał, czując drgania głosu i bolesny ucisk w gardle - Blaise’a, Grega, Rona? Mojego ojca?
- Nikogo z nich nie potrzebowałeś – odpowiedział wzburzony i wyraźnie zasmucony Nott; w szklistych oczach dało się dostrzec wzbierające łzy, które zaczęły toczyć się niespiesznie po bladych i zapadniętych policzkach. Wtedy Juana rozpoznała w nim chłopaka, z którym spotkała się we wspomnieniach brata, gdy odwiedziła go tuż przed śmiercią w szpitalu; zgadzało się wszystko, poza włosami, gdyż w wizji były czarne, pozlepiane i brudne, nie zaś lśniące i jasne, praktycznie białe; oczy były identyczne, nie zmieniło się w nich nic, wciąż pełne obłąkania, zagubienia, strachu. Już wcześniej owo spojrzenie było przerażające, ale teraz mroziło krew w żyłach, gdyż doszła do niego krystalicznie czysta nienawiść. W tym wszystkim nie rozumiała już, czy chłopak, tak jak mówił, kocha Draco, czy też pragnie jego śmierci.
- Obiecałeś – wychlipał Theodore, opuszczając ręce wzdłuż chudego ciała. Gdy stanął jeszcze bliżej metalowych prętów, na jego stopach można było dostrzec jaskrawoczerwone kobiece szpilki wychylające się spiczastymi czubkami poza balkonik.
- I nie zapomniałem – odparł Malfoy, oddychając raz szybciej, raz wolniej. Nie mógł zdobyć się na wydobycie różdżki, bał się, że w ten sposób pogorszy jedynie sytuację, a Theodore przepadnie, znikając razem z Hermioną. Nie przewidział jedynie, że przez oczywiste kłamstwo, które przed chwilą do niego skierował, chłopak straci nad sobą kontrolę, całkowicie wpadając w przepaść szaleństwa, z której nie będzie już odwrotu.
- Kłamiesz! – wrzasnął, wychylając się przez zardzewiałą balustradę. - Nie pamiętałeś o mnie, gdy pierwszy raz się spotkaliśmy! Nie wiedziałeś, kim jestem! Nie mogłem bez ciebie żyć, dlatego tak bardzo stałem się do ciebie podobny! Stałem się tobą, Draco!
Harry, który zdążył wrócić do Pansy i Juanity, ścisnął ukochaną za dłoń, czując, jak kobieta drży ze strachu na całym ciele. Skłamałby, gdyby powiedział, że się nie boi; lękał się jednak już nie tylko o Hermionę, ale i o Malfoya, którego poczynań w ogóle nie rozumiał. Trzymał się wyłącznie nadziei, że arystokrata wie, co robi, i nie wpędzi ich tym w jeszcze większe kłopoty.
- Chciałem z tobą być, chciałem być dla ciebie jedyną osobą na świecie. Bo mi to obiecałeś. Że zawsze będziemy razem. – Nott bredził, wiedział o tym nie tylko Draco, ale i reszta, która mu towarzyszyła. Nie mogli jednak nic zrobić; choć rozchwiany i niezrównoważony, miał w sobie na tyle minimalnej samokontroli, że doskonale zdawał sobie sprawę, iż w każdej chwili mogą rzucić w niego zaklęciem, więc trzymał się blisko wejścia do budynku, by móc się schronić w razie niespodziewanego ataku.
- Pozbyłem się przeszkód, które stały nam na drodze. Ale ty musiałeś znaleźć sobie nowych przyjaciół. – Obrzucił Harry’ego, Pansy i Juanę wzrokiem pełnym obrzydzenia i pogardy; ton głosu był jadowity, dało się praktycznie wyczuć ściekającą ze słów truciznę mieszającą się z niepohamowaną odrazą, która biła z chłopaka oślepiającym światłem. - Zapomniałeś o mnie. Na dodatek wpuściłeś do swego serca tę…
Zawahał się, a Draco w tym momencie podszedł nieco bliżej, korzystając z chwilowego zatracenia Notta. Mężczyzna jednak szybko wychwycił jego poczynania, wydobywając zza połów satynowej marynarki różdżkę, którą chwycił w obie dłonie, a trzęsły mu się tak bardzo, że wydawało się, iż z trudem utrzymuje w nich magiczny przedmiot.
- Tylko ja się dla ciebie liczę! Tylko mnie masz kochasz! – wykrzyknął, celując w sparaliżowanego Malfoya.
Potter, widząc, do jakiej tragedii może zaraz dojść, puścił dłoń Pansy, rzucając Juanie krótkie, acz porozumiewawcze spojrzenie, a następnie odezwał się do Theodore’a, który cofnął się kilka kroków, gdy donośny głos aurora rozbrzmiał mu w uszach, omal nie potykając się przez wysokie obcasy zdobiące noszone obuwie.
- Wybacz, ale to nie jest argentyńska telenowela. – Ręka wystrzeliła w powietrze, a wraz z nią różdżka, z której pomknęła łuna niebieskawego światła wprost na przerażonego chłopaka. - Expelliarmus!
- Confringo! – Zaklęcie Hiszpanki rozsypało ledwie trzymający się balkon, a wraz z nim odleciał spory kawałek ściany, której odłamki potoczyły się na Draco. Harry ruszył ku niemu, odciągając go praktycznie w ostatnim momencie na bok; obaj wylądowali w grząskim mule, który rozbryznął się również na Pansy i Juanę. Starsza kobieta wciąż mierzyła w budynek, zaś młodsza podbiegła bliżej wnęki, starając się w niej dostrzec Theodore’a, który schronił się w oczyszczalni, jednak nie było po nim śladu. Przez sekundę myślała, że leży gdzieś pod gruzami, lecz wtedy przemknęła jej przed oczami jasna czupryna mordercy. Gdy miała zawołać Juanitę, uderzył w nich niebywale silny podmuch powietrza, a zaraz po nim rozstąpiły się wody Tamizy, tworząc długi korytarz oświetlony zielono-niebieskim światłem; woda szumiała złowieszczo po prawej i lewej stronie, brzmiała tak, jakby w środku rozpętała się istna nawałnica. Draco i Harry siedzieli tuż naprzeciw wejścia do wodnego tunelu, brocząc w rozrzedzonym przez deszcz błocie; nie docierały do nich krzyki, nie słyszeli nawet siebie nawzajem. Jaskrawozielone światło morderczego zaklęcia pędziło prosto na nich, nie było przed nim ucieczki, gdyż obaj dostrzegli je zbyt późno.


Wodne ściany zadrżały; wpierw szumiały pod wpływem czaru rzuconego przez Percy’ego, później zaczęły trząść się razem z ziemią, a porywisty wiatr wywołany przez siłę zaklęcia i jego ingerencję w prawa natury, poderwał do lotu stare, spróchniałe drzewa, rozbijając je o ściany oczyszczalni; trawy wraz z błotem i kamieniami pędziły przed siebie, nie zważały na nic, wybijając pozostałe okna w opuszczonym budynku, a huk tłuczonego szkła rozbrzmiewał Hermionie w uszach, mieszając się ze świstem wiatru, groźnym waleniem wody i grzmotów, gdyż zbliżająca się niedawno burza zdążyła rozpętać się na niebie na dobre. Deszcz lał nieubłaganie z chmur rozjaśnianych przez pioruny, które przedzierały co jakiś czas ciemną, gęstą zasłonę, tworząc oślepiające szlaki na burym firmamencie.
- Zabij go! – krzyczał Weasley, upadając na kolana i chwytając różdżkę obiema rękami. Wydobywały się z niej zielone promienie przypominające poskręcane liny, które oplotły ściany wodnego korytarza, tworząc na nich elektryczną siatkę.
Mężczyzna krzyczał przez łzy, wydzierał się wniebogłosy, nie mogąc zapanować nad pękającym zaklęciem, którego siła była tak potężna, iż zaczęło cofać się z powrotem do różdżki, tworząc na smukłym drewnie pogłębiające się wyrwy. Percy wiedział, że nie utrzyma już dłużej konstrukcji. Wyczuwał bowiem drugą siłę, znacznie przewyższającą magię, którą dysponował; napierała na niego nie tylko z przodu, ale i z reszty stron, miażdżąc nieubłaganie z trudem utrzymywany czar. Wszystko dodatkowo udaremniała rzucona Avada, która krążyła gdzieś między podniesioną wodą, a magiczną siatką oplatającą mokre mury.
- Nie! – wrzasnął, gdy dostrzegł głębokie pęknięcie na różdżce sunące szybko w stronę trzonka. W rękach nie miał już sił, palce piekły go, a utworzone między nimi pęcherze dodawały jeszcze większego bólu. Zacisnął z wściekłości i rozpaczy zęby, gdy przedmiot rozleciał się na kilka części, przebijając przy tym zewnętrzną część dłoni, a z gardła wydostał się przeraźliwy krzyk, kiedy ściany rzeki zderzyły się ze sobą, wracając do koryta, zaś olbrzymia fala zalała brzeg oraz oczyszczalnię, zabierając ze sobą ledwie przytomną Hermionę i zawiedzionego Percy’ego.
Dwa ciała wypłynęły na powierzchnię wody w momencie, gdy piorun uderzył w wierzbę znajdującą się po drugiej stronie brzegu. Drzewo zajęło się ogniem, który trzaskał na prawo i lewo, dosięgając wzburzonej tafli i zajmując na niej pojedyncze miejsca, które rozbłysły wysokimi płomieniami; w ściekach płynących do Tamizy musiał znajdować się olej, a najwięcej zebrało się go na pokrytych błotem trawach oraz tataraku; między nimi zaplątało się ciało Weasleya.


Olbrzymia ściana wzburzonej wody, poruszająca się agresywnie przez ilość przelanej w nią magii i zebrany ładunek elektryczny, wyrosła zaledwie kilka metrów przed nimi, zamykając przejście w szerokim tunelu, a tym samym blokując drogę ujścia morderczemu zaklęciu wystrzelonemu z różdżki z przeciwległego brzegu. Draco nie mógł się ruszyć; siedział obok Harry’ego w rozrzedzonym przez ulewę mule, z przerażeniem obserwując ryczącą ku niemu taflę, przez którą nieudolnie próbowała przebić się Avada. Waliła w mur z każdej strony, rozbryzgując się na nim i tworząc rozrastające się, zielone szlaki, układające się w chaotyczną mozaikę. Przypominało to uderzenia piorunów na niebie o wściekłym, jaskrawym kolorze, z daleka przywodzących na myśl mapę żył ludzkiego ciała; długie linie z mniejszymi odnogami, łączyły się ze sobą raz za razem, po chwili znikając, i ponownie rozrastając do rozmiarów olbrzymiego drzewa.
Porywisty wiatr świszczał mu w uszach, grzmoty przedzierały się przez niego coraz częściej, zaś do niedawna lekki deszczyk przeobraził się w istną nawałnicę. Głos Pottera ledwie do niego docierał, mimo że mężczyzna krzyczał z całych sił, odciągając go na bok, jak najdalej od morderczej ściany wody, która w każdej chwili mogła pęknąć od podtrzymujących ją czarów. W epicentrum rzecznego huraganu ścierały się dwie magie, dwa różne zaklęcia, jednak o podobnym ładunku magicznym, przez co wytworzyły przerażające pole siłowe, walcząc w nim wściekle o dominację.
Juana zaparła się mocniej, choć osuwający się grunt znacznie jej to utrudniał, skupiając się wyłącznie na łączonych sentencjach czarów, dzięki którym zamknęła zaklęcie Weasleya w wodnej konstrukcji. Otworzyła wszystkie skupiska magii mieszczące się w ciele; kości, mięśnie, narządy, przepływały przez nie potężne strumienie energii łączące się w zatrważającą moc wydobywającą się z długiej, ciemnej różdżki, którą dzierżyła w dłoni. Gdzieś w środku wodnej tamy zamajaczyła jej postać Kinga, za nim wyłonił się uśmiechnięty Ron; w oczach brata, tak jasnych, jak nigdy dotąd, dostrzegła dumę, a ta podziałała na nią, jak wstrząs elektryczny. Wpuściła więcej powietrza do płuc, przelewając w różdżkę wszystkie siły, jakie jeszcze jej zostały; zamachnęła się wraz z wydechem, srebrne światło rozgałęziające się we wszystkie strony pomknęło prosto na taflę, a wzniesione ściany rzeki runęły na siebie, gdy piorun przedarł ciemne niebo na dwie części, zanosząc się ryczącym grzmotem na całą okolicę. Osunęła się w grząską mieliznę, rozbryzgując na sobie rozrzedzone błoto, a gdy dostrzegła pędzącą na nią falę wody, zasłoniła się rękami, choć dobrze wiedziała, że w ten sposób nie obroni się przed walącą w nią nawałnicą.
Pansy nigdy nie była dobra z czarów; od zawsze była przekonana, że jej zdolności magiczne sięgają ledwie przeciętnym. Widząc jednak niszczycielską siłę żywiołu, który zbliżał się ku nim nieubłaganie, nie mogła siedzieć i nic nie robić. Juana była jednak za daleko; bariera ochronna nie dosięgnie jej, choćby nie wiadomo jak bardzo się starała; czar mógł objąć wyłącznie ją wraz z Harrym i Draco. Czuła presję wyboru, paraliżujący strach, że ktoś z nich przypłaci życiem za jej nieudolność, a od tragedii dzieliły ich zaledwie sekundy. Spojrzała na Pottera kucającego przy brudnym, przemoczonym, a także przerażonym Malfoyu; chciała ostatni raz wykrzyczeć mu w twarz, jak bardzo go kocha, jednak mężczyzna musiał wyczytać w jej oczach coś zupełnie innego, gdyż uśmiechnął się do niej szeroko, chwytając mocno za rękę; drugą szarpnął ostro arystokratę, wydzierając mu się do ucha i wskazując na Juanę.
- Zmiecie ją, kretynie! Rusz się! – krzyczał, a Draco spojrzał na przyjaciółkę broczącą w błocie, która nie miała gdzie uciekać i jak się bronić.
Wydawało mu się, że wyciągnięcie różdżki zajęło mu godziny, rzucenie pola ochronnego następne wieki, nawet nie był pewny, czy uderzył w kobietę właściwym zaklęciem. Poczuł po chwili napierającą na czar wodę, która runęła na nich z całą siłą, rozbijając się o elastyczne ściany bańki protekcyjnej wytworzonej przez Pansy dosłownie w ostatnim momencie. Połączenie wydobywające się z magicznego przedmiotu drgało pod wpływem agresywnych fal; bał się, że nie da rady go utrzymać, tym bardziej, że destrukcyjny żywioł nacierał na nich z każdej strony. Ręka drżała, oddech wariował wraz z myślami, paniki dodawał dźwięk rozchodzenia się gumowej bariery postawionej przez Parkinson. Jedyną osobą, która mogą im teraz pomóc, był Harry, którego również zaalarmował złowieszczy chrzęst rozwarstwiającej się bańki.
- Potter – odezwał się do aurora, który zdążył już podnieść się w magicznej osłonie, choć nie oferowała byt wiele miejsca – przywołaj Patronusa i wleźcie za niego z Pan.
- Woda wypłukała ci szare komórki? – odwarknął mężczyzna, obserwując pogłębiający się nacisk na elastyczną barierę. W szarych oczach arystokraty nie widział jednak żadnych możliwości negocjacji; były nieugięte, choć przebijał się przez nie wyraźny lęk.
- Rozbije cię o budynek! – wrzasnęła Pansy, dokładając wszelkich starań, by bańka wytrwała jak najdłużej.
- Dam sobie radę – odparł, ściskając różdżkę obiema dłońmi.
Harry chwycił go za brzeg brudnej kamizelki, podciągając odrobinę w górę.
- Jeśli zginiesz, to zabiję cię drugi raz – furknął, okładając wygodniej palce na trzonku różdżki. – A pamiętaj, że musisz uratować jeszcze Hermionę.
Następnie przeniósł wzrok na ukochaną, która przytaknęła mu głową, rozumiejąc, co chce jej w tym krótkim spojrzeniu przekazać. Zerwała czar w tym samym momencie, gdy różdżka Pottera uniosła się w górę, wykonując obrót i gwałtownie wystrzeliwując ku falom rzeki.
- Expecto Patronum! – krzyknął Harry, a z magicznego przedmiotu wypłynęła szeroka łuna srebrnego światła, otaczając go razem ze stojącą tuż obok Pansy; przed tarczą pojawił się majestatyczny jeleń z olbrzymim porożem, który spojrzał w oczy czarodzieja, dając mu do zrozumienia, że powinien mu zaufać; mężczyzna skinął lekko głową, wlewając w czar więcej energii, dzięki której woda nie rozbiła ich o mieszczący się z tyłu budynek oczyszczalni. Zatrzymali się zaledwie kilka centymetrów od niej, a gdy nawałnica w miarę się uspokoiła, dostrzegli leżącego w błocie Dracona, z którego różdżki wciąż wypływało jasne światło otaczające oddaloną od nich Juanitę zamkniętą w nietkniętej osłonie. Potter odwołał magicznego opiekuna, a Pansy od razu runęła przy Malfoyu, który nie mógł się podnieść; ostatkiem sił zdjął z Hiszpanki barierę, a ta podeszła do niego najszybciej jak umiała, obserwując zalewający się krwią bark. Nie rozumiał, co do niego mówili, jedynie rozróżniał obelgi wściekłego Harry’ego, który z trudem trzymał się na nogach. Otworzył szerzej oczy, gdy piorun rozdarł pokryty burzowymi chmurami firmament, uderzając o schylające się ku ziemi drzewo; choć mokre, zajęło się ogniem w okamgnieniu, a płomienie rozeszły się po brzegu i wodzie, tworząc z trzciny i traw gorejące paleniska.
- Ty kupo pierdolonego gówna – zagrzmiał Potter, dostrzegając uciekającego między gruzami Notta. Chłopak odwrócił ku niemu przerażony wzrok, chwytając się na oślep mokrych kamieni i próbując wydostać się z rumowiska, lecz wszystko mu to utrudniało. Schował się w ostatnim momencie za płaskim odłamkiem ściany, gdy auror wystrzelił ku niemu snop czerwonego światła, a który rozpadł się zaledwie kilka sekund później; wpadł w szczelinę, wysoki obcas ugrzązł między kilkoma głazami, które dodatkowo zablokowały mu chudą kostkę, zgniatając ją boleśnie przy choćby najmniejszym ruchu; wpatrywał się w zbliżającego się mężczyznę z trwogą w szeroko otwartych oczach.
- Ty padalcu – odezwał się przez zaciśnięte zęby, strzelając zaklęciami tuż obok Theodore’a. – Zasrany kutasie, ty pieprzona kupo ścierwa. Wypruję ci za to wszystko flaki i rozwieszę na gałęziach!
- Harry! – usłyszał krzyk Pansy, która wskazywała mu na wciąż wzburzoną rzekę, po której pływały ogniste plamy rozrastające się coraz bardziej; między nimi dryfowało nieprzytomne ciało Hermiony.
- To już koniec, Potter – przemówił wciąż zlęknionym głosem Nott, wycierając strużkę krwi sączącej się ze zranionego policzka. – Nie macie czego ratować.
Mężczyzna wpatrywał się przez chwilę szeroko otworzonymi oczami w płonącą wodę; widział wałęsające się po powierzchni ciało przyjaciółki, której jeszcze nie dosięgły mordercze płomienie. Przeszło mu przez myśl, że to rzeczywiście koniec, na nic zdały się ich wysiłki, wszystko poszło na marne, a zabójca kolejny raz dopiął swego. Nagle jednak dostrzegł Malfoya i Juanę, którzy podbiegli do brzegu, a z różdżki arystokraty zaczęło wylewać się białe światło spływające na niespokojnie poruszające się fale, skuwając je grubym lodem. Uśmiechnął się na ten widok, odwracając się z powrotem do zatrwożonego chłopaka, który przyglądał się zaklęciu arystokraty z niedowierzaniem.
- To nie może się dziać – bełkotał, na siłę próbując wydostać nogę ze szczeliny. – Ona nie żyje, nie żyje, zostaw ją!
W Harrym ponownie zawrzało po usłyszeniu rozpaczliwych krzyków Notta. Dotarł do niego między gruzami, wyciągając zamaszystym ruchem z pomiędzy odłamków, a chłopak wrzasnął z bólu, gdy poraniona i zdarta do mięsa stopa została wyszarpana na powierzchnię.
- Stul pysk w końcu. – Zamaszystym uderzeniem powalił chłopaka z powrotem na gruzy, a ten rozbił się o nie plecami, krztusząc się zgromadzoną w ustach krwią i śliną. Obłąkanym wzrokiem przyglądał się poranionym dłoniom trzęsącym się niczym u paralityka, a które zdobiła świeżo wypluta, obrzydliwa mieszanina płynów ściekająca po palcach na wychudzone nogi okryte brudnymi spodniami. To nie mogło się tak skończyć, to nie on miał znów przegrać, miał odnieść spektakularne zwycięstwo, sięgając po to, co najbardziej mu się w życiu należało. Więc czemu to nie do niego biegnie Draco? Czemu to nie jego niesie na ramionach, tuląc do piersi w akompaniamencie czułych słów pociechy, zapewniając o swej miłości?
Gorące łzy ściekły na okaleczone dłonie, które zacisnęły się z rozpaczy w pięści. Nie dopuści do takiego końca. Nie teraz, gdy Draco ma tylko jego. Rzucił się na najbliższą nogę Harry’ego, a ten osunął się w dół, wypuszczając w powietrze różdżkę. Nim auror zorientował się, co się dzieje, udało mu się dotrzeć do magicznego przedmiotu i rzucić za jego pomocą słabego Confundusa na Malfoya. Stoczył się następnie po skałach, z trudem docierając do zamrożonej rzeki, po której zaczął się czołgać w stronę arystokraty. Jeśli on nie może kochać i odbiera mu się prawo do szczęścia, to Draco też już nigdy ich nie poczuje.


Tamiza zamarzła prawie na całej szerokości, na jaką udało mu się przelać zaklęcie. Był wyczerpany, ciało ledwie stało na nogach, prawa ręka bolała przy najlżejszym ruchu, przypominając o pękniętym barku, z którego nieubłaganie wyciekała krew. Przy świadomości utrzymywała go oddalona kilkanaście metrów od brzegu Hermiona, dryfująca w niekształtnej przerębli, jaką wytworzył rzucając czar. Wszedł na lód, bezskutecznie badając, czy jest w stanie go utrzymać, a przede wszystkim, czy jest na tyle gruby, by mógł dotrzeć do kobiety i wrócić z nią na brzeg. Tafla póki co nie pękała, ale im dalej brnął do przodu, tym większe nachodziły go obawy, podrywając serce do szaleńczego biegu, w którym startowało już kolejny raz, a nic nie wskazywało na to, że będzie to jego ostatnia trasa. Przełknął zgromadzony w gardle nadmiar śliny, obracając się ku brzegowi, na którym Juana i Pansy siłowały się z nieprzytomnym Weasleyem; na ubraniach mężczyzny osadził się olej dryfujący na powierzchni rzeki, a te momentalnie zajęły się ogniem, który utrudniał wyciągnięcie ciała z wody. Potter również był zajęty; nie miał kto go asekurować w dotarciu do Granger. Spojrzał na lód, dostrzegając agresywnie przepływającą pod nogami rzekę, która usilnie próbowała przedostać się przez zamarzniętą barierę. Znajdował się w punkcie, z którego ani nie mógł się cofnąć, ani też brnąć do przodu, gdyż prędzej czy później lodowe lustro zacznie pękać, a Tamiza jest na tyle głęboka, że prądy pociągną go od razu na dno, skąd przy obecnym stanie na próżno będzie usiłował się wydostać. Od razu pognał wzrokiem do nieprzytomnej Hermiony, której ciało zaczęło niespiesznie wpływać pod taflę ciągnięte przez strumień rzeki. Nie miał już czasu na rozmyślania, o czym uświadamiała go nie tylko znikająca z zasięgu wzroku kobieta, ale i cichutko trzeszczący lód, na którym zaczęły pojawiać się pierwsze zarysowania. Ostrożnie postawił nogę do przodu, a podłoże zaskrzypiało, postawił kolejną, a szrama zaczęła się rozrastać; w takim tempie dotrze do Granger za późno. Jedyne wyjście, jakie mu pozostało, to zamrażać ścieżkę i jednocześnie przesuwać się ku dziewczynie. Jeśli jednak z niego skorzysta, nie wyciągnie jej z wody, gdyż w jednej ręce będzie trzymał różdżkę, a drugą ma kompletnie niesprawną. Czuł się jak w potrzasku, a znikąd nie było pomocy. Bazował na niej już jednak tyle, że powinien coś w końcu sam zrobić, nie podpierać się wyłącznie Juaną, Pansy czy Harrym, którzy i tak zrobili dla niego tyle, że nigdy nie spłaci im tego ogromnego długu, jaki w dzisiejszą noc u nich zaciągnął. Na sekundę przymknął oczy, próbując przywrócić w sobie choć śladowe ilości spokoju, gdy je otworzył, wycelował w taflę najbliżej otaczającą Hermionę, rzucając w nią najbardziej lekkim Expelliarmusem, jaki udało mu się wyczarować; lód trzasnął, rozwarstwiając się na mniejsze kry odsłaniające sine ciało kobiety; zamroził dróżkę, która miała mu ułatwić dojście do Granger, lecz wtedy coś nim szarpnęło, a osłabione ciało osunęło się na mroźną pokrywę, która zaczęła niespodziewanie pękać. Ze strachem obejrzał się na boki, widząc pełzającego Notta, który nie zważał, iż lód zaraz się pod nim załamie. W ręce trzymał różdżkę Pottera, uświadamiając Draco, że jego własna wypadła mu z dłoni i potoczyła się kilka metrów od niego, jednak była za daleko, by móc ją dosięgnąć.
- Diffindo! – Zaklęcie uderzyło w zmrożoną taflę niedaleko Malfoya, wnikając w jej strukturę i wywołując rozrastające się pęknięcia. Podnosząc się, dostrzegł na lodzie czerwoną plamę krwi, a która pochodziła ze złamanej kości barku. Theodore wciął czołgał się ku niemu, rzucając na oślep czarami.
- Drętwota! – Czerwone światło przemknęło obok niego, rozbijając się na budynku po drugiej stronie brzegu. Widząc, że lód zaraz się załamie, przywołał ostatkiem sił swoją różdżkę, a ta wleciała mu do dłoni w momencie, gdy niepewny grunt rozleciał mu się pod nogami, a lodowata rzeka otuliła ciało, wsiąkając do głębokiej rany, która zabolała go tak mocno, że zaczął krzyczeć pod wpływem zadawanego cierpienia; woda wpłynęła do ust, przedostając się również do płuc, brakowało mu oddechu, prądy ciągnęły go w dół, gdzieś w brudnych odmętach zamajaczyło mu nagie ciało Hermiony. Zacisnął palce na różdżce, wyciągając ją ku kobiecie i słabym zaklęciem przemieszczającym podpłynął do niej, przyciągając ją jak najbliżej siebie i oplatając za plecy. Nic już praktycznie nie widział, świadomość uchodziła z niego w zatrważająco szybkim tempie, ale ostatkiem sił przekręcił dłoń, wysuwając końcówkę różdżki ku górze. Nie był w stanie stwierdzić, czy wymówił właściwie sentencję zaklęcia transportującego, czy tylko o tym majaczył, ale czuł zimne strumienie rozbryzgujące się o twarz, a po chwili świeże powietrze torujące sobie drogę do ciężkich płuc; krztusił się i kaszlał, wypluwając ślinę zmieszaną z wodą, jednak ból nie był ważny, liczyło się tylko to, że udało mu się dotrzeć do Granger. Przycisnął jej sztywne ciało do swego za pomocą zdrowej ręki, gdy poczuł ciągnącą go do tyłu siłę, a niebieskawe nitki chwyciły go za przemoczone ubranie. Przymknął oczy, oddychając z ulgą i przytulając twarz do policzka Hermiony. Może mu się zdawało, ale przez lodowatą skórę wyczuwał powolne uderzenia serca kobiety, a to sprawiało, że nie myślał już więcej o bólu, o trudach i walce, przez które wszyscy przejść; poczuł wracające do niego spokój i bezpieczeństwo, które zapewnić mu mogła tylko ona.


Harry wynurzył się wściekły na powierzchnię, ciągnąc za kołnierz od koszuli ledwie przytomnego Notta.
- Mokry – wymamrotał, ocierając wolną ręką krople z twarzy – znowu mokry.
Nie był ani trochę delikatny, nie zważał, że wali Theodore’em o pozostałe na rzece kry lodowe. Tarmosił go z całych sił na brzeg, a nawet umyślnie zatapiał chłopaka co jakiś czas w przeraźliwie zimnej wodzie.
- Mam ochotę przyprawić ci betonowe buty i zagrzebać w piachu na dnie Tamizy – warknął, podciągając mocniej materiał, który wrzynał się mordercy w szyję, tak że kaszlał i wypluwał resztki wody zgromadzonej w płucach.
Gdy dotarli do brzegu, Potter wytargał ledwie żywe ciało chłopaka, odrzucając je w największe skupisko gliny i rzecznego szlamu, a sam podszedł do Pansy i Juany, zajmujących się nieprzytomną Hermioną; obok nich siedział blady i zmęczony Malfoy, kilka metrów dalej spoczywał sparaliżowany Percy, na którego miał ochotę splunąć, ale powstrzymywał się resztkami silnej woli. Klapnął obok arystokraty, który zgiął nogi w kolanach, opierając na jednym z nich zdrową rękę; druga spoczywała w błocie, ale mężczyzna wydawał się nie zwracać na to uwagi. Przemoczone ubranie przywarło mu do ciała, trząsł się co jakiś czas, ale wyglądał na szczęśliwego, choć ledwie był w stanie utrzymać stabilną postawę w trakcie siedzenia.
- Wygląda na to, że to już koniec – odezwał się prorokująco Harry, przeczesując posklejane włosy. Draco uśmiechnął się pod nosem, nie odrywając wzroku od nieprzytomnej Granger. Dzięki szybkiej reakcji Juanity udało się w porę usprawnić najważniejsze narządy, dzięki czemu kobieta mogła w miarę spokojnie oddychać, a ciało zaczęło powoli przybierać zdrowszego koloru.
- W sensie koniec tego burdelu – dodał po chwili Potter, rozstawiając szeroko kolana i opierając na nich łokcie; palce u dłoni splótł między nogami, machając nimi co jakiś czas. – Malarstwa i poezji mam dzięki temu popaprańcowi aż w nadmiarze. Chyba już nigdy nie spojrzę na żaden obraz normalnie.
- I tak byś żadnego nie zrozumiał – odparł lekko rozbawiony Malfoy, a Harry uśmiechnął się w przestrzeń, przytakując mu głową.
Odczuwał niewysłowioną ulgę, wiedząc, że udało im się uratować Hermionę. Pewnie będzie długo dochodziła do siebie po wszystkich katuszach, które jej zaserwowano, ale to nie miało w tym momencie znaczenia; liczyło się wyłącznie, że jest tu z nimi i nic jej już więcej nie grozi. Patrząc jednak na umęczonego arystokratę miał wrażenie, że to on odczuwa największe ukojenie, a delikatny, acz pełen szczęścia uśmiech był tego najlepszym dowodem. Pierwszy raz widział Draco w takim stanie, nie było mowy, iż uzewnętrznione uczucia są nieszczere; dzięki temu nabrał pewności o tym, o czym wszyscy dookoła byli przekonani, a mianowicie, że Malfoyowi naprawdę zależy na Mionie, a nawet więcej – prawdziwie się w niej zakochał.
Poklepał mężczyznę przyjacielsko po plecach, a ten spojrzał na niego, odsłaniając w szarych oczach całą paletę emocji, które się w nim zebrały, od ulgi, po smutek, a kończąc na radości i tym, czego myślał, że nigdy w nim nie zobaczy – miłości.
- Dobra robota. – Uścisnął mu zdrową rękę, pomagając jednocześnie wstać, gdyż blondyn miał z tym niemałe problemy. Następnie podeszli do Juany i Pansy, a młodsza z nich od razu rzuciła się Potterowi na szyję, nie rejestrując nawet, iż trąciła kontuzjowane ramię przyjaciela, a ten syknął cicho z bólu. Dla niej w tym momencie liczyło się tylko to, że Harry’emu nic nie jest.
Hiszpanka, lewitując ciało Hermiony kilka centymetrów nad ziemią, zbliżyła się do Malfoya, przytulając go najdelikatniej jak umiała, pierwszy raz oddychając z wyraźnym spokojem.
- Już wszystko dobrze – odezwała się do niego matczynym tonem – wszystko jest już dobrze, Draco.
- Dziękuję – odparł, gdy kobieta odsunęła się od niego, wskazując na miarowo oddychającą dziewczynę. Pochylił się nad nią, odgarniając jej mokre pukle poskręcanych włosów z twarzy.
- No te preocupes (Nie martw się) – mówiła, przyglądając się, jak składa czuły pocałunek na chłodnym czole kobiety. – Todo será bien con ella. (Wszystko będzie z nią dobrze.)
- Zaopiekujesz się nią? – Spojrzał na nią błagalnie, a Juana przytaknęła mu głową, kładąc mu przy tym rękę na barku i delikatnie go rozmasowując.
- Po supuesto (Oczywiście) – odpowiedziała z czułym uśmiechem. – Pero ellos también necesitan tu cuidado. (Ale oni również potrzebują twojej opieki.)
Draco z początku myślał, że kobieta mówi o Pansy i Harrym, ale gdy przeniosła wzrok na wciąż nieprzytomną Hermionę, obdarzając ją pełnym miłości spojrzeniem, a następnie wzbijając w niego roziskrzone oczy, zrozumiał, kogo dokładnie przyjaciółka ma na myśli. Patrzył na nią z niedowierzaniem, ale i szczęściem, a ta pogładziła go po policzku, przytakując kilka razy głową.
- Zostaniesz tatą – wyszeptała, dostrzegając w oczach arystokraty formujące się łzy. Uśmiechnęła się na ten widok szerzej, przenosząc mu dłoń na zdrowe ramię. – No llores. (Nie płacz.) Nie jesteś już sam, Draco.
Ale do niego nic już nie docierało. Ani okrzyki szczęścia Pottera i Parkinson, ani słowa Juany; widział i słyszał tylko Hermionę, choć nic do niego nie mówiła. Wciąż z trudem rejestrował, że w tym płaskim, prawie wklęsłym brzuchu spoczywa nowe życie, jego dziecko, o którym myśl napełniała go niewysłowioną radością. Nie martwił się o to, co przyniesie im przyszłość, nie przejmował się problemami, które pewnie nie raz zawitają w ich progi, gdyż wiedział, że teraz będzie mu ze wszystkim łatwiej, ze wszystkim sobie poradzi, bo naprawdę kocha Granger, naprawdę ofiarował jej swe serce; wyciągnęła go z mroku samotności, w którym się zatracił, pokazała mu, jak wiele może zdziałać troska i wiara w drugiego człowieka, gdyby nie ona, nie poznałby, czym jest miłość, nie wiedziałby, jak smakuje. Długo bronił się przed uczuciami, nie pozwalał, by gościły w jego życiu dłużej, niż kilka nieznaczących chwil, ale teraz wiedział, jak bardzo był głupi, jak wiele stracił przez zamknięcie się na ludzi i odrzucenie wszystkiego, co mu ofiarowywali. Już nigdy nie pozwoli, by zapanowała w nim pustka, nie pozwoli odebrać sobie miłości, którą dała mu Hermiona, nie da jej skrzywdzić, ochroni ją i ich maluszka, choćby miał oddać za nich  życie.


Leżąc przykryty błotem nie myślał już o niczym, nawet błagania o śmierć nie chciały go nawiedzić. Przyglądał się jedynie apatycznym wzrokiem czwórce czarodziejów, wyłapując pojedyncze słowa radości. Gdzieś dalej widział Weasleya; nikt się nim nie interesował, wszyscy skakali wokół obrzydliwej kobiety, która stanęła mu na drodze do szczęścia, odbierając jedyną miłość. Nie takiego końca pragnął, to nie jego miało pokonać to niepojęte uczucie; miał być jego triumfatorem, a został nim powalony, tak jak miała skończyć całowana przez Draco kobieta.

Między okrzykami wyłapywał słowa podzięki, głębokiej dumy i zachwytu. Przymknął mokre od łez i wody oczy, gdy dobiegały do niego wyrazy gratulacji; dziecko, ojciec, wspaniali rodzice – pozwolił sobie na uśmiech smutku, gdy zrozumiał, że został pokonany przez znacznie więcej, aniżeli miłość do kobiety. Nie mógł ofiarować mu tak silnego uczucia, jakie łączy go z Granger; choćby oddał mu całe ciało, nigdy nie mógłby podarować mu potomstwa; choćby pozbawił go wszystkiego, na czym mu zależy w życiu, przy nim nigdy nie czułby się bezpieczny, nie doświadczyłby spokoju i ukojenia; mógł go kochać, ale Draco nie kochał jego tą samą miłością. Powinien to wiedzieć od początku, a jednak próbował. Do czego go to doprowadziło? O to zaś, czego mi nie dasz, zbytecznie bym prosił. Niech to śmierć weźmie, a ona dreszcz w ciałach naszych zgasi ostatecznie.