niedziela, 29 października 2017

Rozdział 9 - Trwałość pamięci

Kochani,
przerwa była dość spora, ale nie wińcie mnie za to; po prostu musiałam się przestawić na tryb, którego oczekują ode mnie w tym roku studia. Nie wiedziałam, jaki będzie mój plan, czego nowego będą wymagać, takie ogólne sprawy zawsze omawiane na początku semestru. Do tego jestem już na trzecim roku, co wiąże się z napisaniem pracy licencjackiej - tak, nie mam po tym nic, ale za prawie trzy lata obiecuję się pochwalić tytułem (równie nieistotnym w dzisiejszym świecie) magistra, a jak wystarczy mi sił i cierpliwości, to może i kiedyś doktora ;)

Nie będę wracać w "przedmowie" do ostatniego rozdziału. Znacie moje zdanie na tyle dobrze, że nie trzeba go powielać. Jestem świadoma błędów, które się w nim pojawiły, a to, co miałam najważniejszego do powiedzenia, starałam się każdemu z was przekazać w odpowiedziach pod komentarzami, za które swoją drogą bardzo dziękuję. Naprawdę nie macie pojęcia, jak bardzo ucieszyło mnie, że mam tak świadomych czytelników, którzy też wymagają od tekstu czegoś więcej. Mogę dodać jedynie, że będę nad tym fragmentem pracować, obiecuję.

Gdzieś wspominałam, że bieżący rozdział wymagał ode mnie wielu poprawek. Starałam się go skorygować na tyle, na ile pozwalał mi na to ciąg dalszy, jak i minione części. Stworzyło się bowiem coś w rodzaju skoku na głęboką wodę, wielka przepaść między wcześniejszymi relacjami między głównymi bohaterami, a przedstawianymi obecnie. Sporo tekstu poszło do kosza, nieliczne akapity zostały nietknięte, co sądzę, że z łatwością rozróżnicie. Nie jest to do końca to, na czym mi zależało, ale wierzcie mi czy nie, jest to o wiele lepszy rozdział, niż ten, który czytałam kilka tygodni temu. Także super formy jeszcze nie odzyskałam, ale ciągle nad nią pracuję, co mam nadzieję, że jakoś mi wybaczycie.

Nie piszę nic o samej treści, bo po prostu nie chcę. Akcja w miarę wróciła do dawnego tępa, a i w końcu puzzle z układanki zaczynają się jakoś układać w całość. Czasami więc trzeba kogoś poświęcić, by rozwikłać zagadkę. Tyle w zupełności powinno wam wystarczyć.

A i tak będziecie mnie krzyżować przez najbliższe tygodnie.

Wszelkie informacje odnośnie do kolejnego rozdziału znajdują się już w odpowiedniej zakładce, więc serdecznie do niej zapraszam.

Ja znikam znów na jakiś czas, ale nie martwcie się, widzimy się w niedalekiej przyszłości.

Realistka

PS Tak swoją drogą, to od wieków na blogu nie było żadnej miniaturki. Ktoś ma jakieś pomysły? Co prawda nie mam zbyt wiele czasu na pisanie czegokolwiek, ale tak mnie jakoś naszło, żeby o tym wspomnieć.





~Ten ogień, który pochłania i nęka.
Ten pejzaż, szary od końca do końca.
Ten ból przez jedną myśl spośród tysiąca.
Ta niebios, świata i chwili udręka.

Ten płacz krwi, która zdobić się nie lęka
liry bez tętna; ta żagiew paląca.
Ten ciężar morza, co w odmęt mnie strąca.
Ten skorpion w piersi mojej – co za męka!

Wieńcem miłości są, rannego łożem,
gdzie ja, bezsenny, śnię, że jesteś ze mną
w mej piersi, pośród ruin i zniszczenia.



Rozdział 9
Trwałość pamięci


         Nieco pożółkła kartka o wielkości mniej więcej druku wpłaty tak dobrze znanego z poczty leżała na drewnianym blacie mosiężnego biurka ustawionym niedaleko ściany, przy której rozpościerały się rzędy regałów z opasłymi woluminami. Brak okien dało się odczuć głównie przez ciężkie powietrze doprawione żarem z lamp naftowych palących się w kinkietach rozmieszczonych po bokach pomieszczenia wytapetowanego materiałem w kolorze ciemnej, butelkowej zieleni z pozoru subtelnymi, a jednak przytłaczającymi akcentami mieniącymi się złotem w blasku świecących się knotów skrytych pod szklanymi czaszami. Było parno, każde zaczerpnięcie głębszego oddechu wiązało się z nieprzyjemnym, drapiącym uczuciem w gardle, jakby spowiła je niesamowita susza; krtań piekła, podniebienie i przełyk szczypały, w nosie drobniutkie włoski przywarły do siebie, przyprawiając o jeszcze większy dyskomfort; drzwi, ciężkie i dębowe, pozostawały zamknięte pod kluczem spoczywającym wciąż w dziurce wykonanej razem z klamką z metalu mającym imitować złoto, a przynajmniej takowe sprawiał wrażenie po pierwszym rzuceniu na niego okiem; gałka była odrobinę porysowana, maleńkie bruzdy ciężko było dostrzec nawet z niewielkiej odległości, jednak padające na nią cienie wystarczająco uwypuklały rowki, tak by móc dopatrzyć się wszystkich nierówności na przedmiocie oraz innych uszczerbków powstałych na skutek częstego użytkowania. Klasyczna lampa bankierska, droga i pożądana przez wielu kolekcjonerów, szczególnie z kloszem koloru soczystej zieleni dającej się przyrównać do sukna stołu bilardowego, stała niepozornie na rogu wspomnianego wcześniej biurka; krótki i smukły sznureczek wykonany z subtelnych ogniw od czasu do czasu drgnął w powietrzu, przenosząc ledwie zauważalny cień na rozłożoną karteczkę ze schludnym, pochyłym pismem, mimo że sama zginała się nieestetycznie na pół; na blacie panował pedantyczny porządek, każdy przedmiot miał określone miejsce, nawet jeden długopis nie wałęsał się bezpańsko po idealnie wypolerowanej powierzchni niebotycznie drogiego drewna; podstawka będąca przybornikiem utrzymywała trzy pióra, każde ze złotą stalówką i wygrawerowanym na nich logiem światowej, a przy tym niebotycznie kosztownej marki, na którą stateczny mieszkaniec Londynu musiał oszczędzać przynajmniej kilka miesięcy; czarne, wydłużone i smukłe, były doskonałą definicją elegancji oraz próżności nie tylko, jako przybory piśmiennicze, ale również odzwierciedleniem samego właściciela, wyjątkowo sceptycznie podchodzącego do osób, które odważyły się choćby ich dotknąć, w żadnym wypadku nie mówiąc już o użytkowaniu.
         Pióro, szczególnie te rzadkie, drogie, a także najbardziej komfortowe, posiada specyficzną umiejętność absorbowania cech piśmienniczych dysponenta. Korpus, wykonany z celuloidu bądź ebonitu, oczywiście w kosztowniejszych egzemplarzach, można przyrównać do wosku modelowego; dopasowuje się do pozycji ręki, sposobu ułożenia palców, reaguje na wykorzystywaną siłę, choć potrzeba jej naprawdę niewiele, by tusz ubrał w słowa myśli i ukazał je na papierze; ta specjalna zdolność ukazuje się poprzez więź, jaka łączy pióro z jego właścicielem, jej początek to pierwsze dotknięcie owego prestiżowego przyboru, pierwszy nakreślony wyraz, zaś z biegiem czasu związek się rozwija, staje się głębszy, pełny zrozumienia, nie potrzebuje żadnych wyrzeczeń. Stalówka, gdyż to ona odgrywa najistotniejszą rolę, nie tyle zniekształca się, co modeluje, przybiera formę pozwalającą posiadaczowi na największą wygodę użytkowania; przechyla się, jeśli się tego od niej wymaga, jeżeli takie jest pragnienie, sunie miękko po pergaminie, ale potrafi również drapać go, niemal przedrzeć się na drugą stronę. Wydawać by się mogło, iż to tylko kawałeczek metalu, że nie ma on żadnego znaczenia, wykorzystuje przecież jedynie zjawisko kapilarne; jak bardzo myli się ten, u kogo pojawiają się powyższe osądy. Wybierając pierwsze pióro należy wpierw sporządzić staranny rachunek sumienia, ewentualnie dobrze znać samego siebie, a przecież nie od dziś wiadomo, że człowiek jest najgorszym źródłem prawdy o sobie; pismo nie jest wyłącznie szczątkowym wyrazem osobowości, ukazuje nie tylko mocne, ale również słabe punkty człowieka, jego bolączki i rozterki, dylematy, z którymi się boryka w trakcie sporządzania tekstu, czasami przekazuje znacznie więcej, niż chce się odsłonić. Mając świadomość wykorzystywanej kaligrafii łatwiej jest dobrać odpowiednie pióro, choć według niektórych jest to przyrząd równie kapryśny i skomplikowany, jak różdżka, która sama dobiera właściciela; biorąc je do ręki szybko można rozpoznać, czy jest to odpowiedni przedmiot, czy będzie służył przez lata, czy też zaliczy zaledwie epizod w życiu i pójdzie w odstawkę na rzecz tanich, bezwartościowych i tandetnych długopisów, tak hojnie sprzedawanych nawet w przydrożnych kioskach z gazetami i papierosami. Stając przed wyborem powinno się znać swój charakter, a przynajmniej mieć o nim śladowe pojęcie; stalówka prosta nie ugnie się tak samo, jak jej ukośna odpowiedniczka, szczególnie dla osób lubujących się w kaligrafii angielskiej; będzie próbować, jednak nie wykrzesze z siebie identycznego potencjału; uwzględniając siłę, nawet jeśli jest ona minimalna, należy przystąpić do próby zawiązania więzi z piórem, a właściwie jego stalówką, bowiem rodzaj pisanej linii – cienka, średnia bądź szeroka – odgrywa bardzo znaczącą rolę w elekcji. Nikt nie jest uprzywilejowany, leworęczni i praworęczni mają równe prawa, spędzają na selekcji niekiedy godziny, by zaprzyjaźnić się z przyborem, który ma zostać z nimi praktycznie na całe życie, gdyż sposób dbania o pióro również odzwierciedla osobowość jego posiadacza; przechowywane w pokrowcach, specjalnych etui bądź nawet w kieszonce, blisko serca, te są najpiękniejsze, pozbawione zarysowań, pęknięć, drobnych plam atramentu, skuwka funkcjonuje zgodnie z przeznaczeniem, nie odpada, nie zsuwa się, zabezpiecza drogocenną stalówkę; przetrzymywane wraz z niskogatunkowymi, niechlujnymi długopisami, przewalane między ołówkami oraz innymi podobnymi przedmiotami, te zostały brutalnie pozbawione blasku, odebrano im ich wyjątkowość, zrównano z tandetą produkowaną na masową skalę, często płaczą z zadanych ran, nie mogą pozbyć się wielu złamań, szram, siniaków z tuszu, niektóre nawet nie mają jak się bronić, gdyż zgubiono ich ochronną „zatyczkę”. Pióro jest w stanie powiedzieć wszystko o jego posiadaczu.
         Przedmiot, jakże drogocenny, prestiżowy, niekiedy snobistyczny, wystawiony w trzech sztukach przy samym brzegu równie wartościowego biurka wręcz błagał o użycie, kusił elegancją, smukłą i prostą sylwetką zachęcał do wzięcia w rękę, niemal sam wyrywał się z podstawki, by nakreślić pierwsze litery na czystym pergaminie piętrzącym się w zamkniętej, ciężkiej szufladzie. Uważany w niektórych środowiskach za eminentny, ale obarczony również niechlubną sławą próżności i wyższości, niemal pogardy dla ludzi, którzy nie mogą sobie pozwolić na ową odrobinę luksusu, a już kompletnie protekcjonalny dla osób preferujących dyletanckie długopisy. Im bardziej dystyngowany, tym większy otrzymuje szacunek, a najlepiej wyraża to klasyczna, niczym niezmącona czerń, będąca najwyższym wyrazem wytworności. O trzech piórach dumnie wyeksponowanych na nieskazitelnie czystym blacie można było stwierdzić wszystko, co zostało zaznaczone powyżej, jednak nie tylko o nich, ale również o ich właścicielu, do dziś równie zarozumiałym i obcesowym, choć pozbawionym przy tym gustowności, którą charakteryzowały wystawione przybory piśmiennicze.
         Koniakówka, kieliszek kształtem przypominający balon zwężający się ku górze, wydłużony tulipan, stała przy pożółkłej kartce zginającej się do przodu i odginającej lekko do tyłu; na dnie można było dostrzec resztki ciemno-brązowego winiaka ze znużeniem i smutkiem czekającego na dolewkę, by zapełnić czaszę wybornym alkoholem noszącym w sobie nuty orzechów, suszonych owoców, wanilii, a nawet drzewa. Siedzący przy biurku mężczyzna nie miał jednak ochoty na dalszy raut, prawdę mówiąc, nie wyglądał, jakby garnął się do czegokolwiek; apatycznym wzrokiem wpatrywał się przed siebie ze zmarszczonymi brwiami przywodzącymi na myśl głębokie zmartwienie, a spora bruzda powstała na czole była tego najlepszym dowodem; wygięte dłonie, jakby trzymały jakiś kulisty przedmiot, ze złączonymi opuszkami palców przytknięte zostały do wąskich i suchych warg, tak często układających się w zawistny uśmiech; teraz opuszczone, kąciki niemal spływały na brodę, zaciśnięte i pełne ran od nadmiernego przygryzania i skubania zębami; łokcie sztywno opierały się na samym brzegu blatu, bolały od bezruchu i twardości drewna, rozstawione nieco bardziej, niż szerokość barków mężczyzny. Ręce ukrywały odznaczające się na kołnierzyku od białej koszuli czerwone plamy, szczególnie widoczne na zgięciu zarówno po jednej stronie szyi, jak i drugiej, materiał nieudolnie próbował zakryć poziome rozcięcia, które, mimo że płytkie, krwawiły dość obficie i nawet mugolski plaster nie był w stanie tego procesu zatrzymać; ciasno zawiązany krawat naciskał na jabłko Adama, wystarczająco pobolewające przy połykaniu śliny, schowany pod elegancką kamizelką, na której również można było dopatrzyć się pojedynczych plamek o bordowym zabarwieniu mieszających się z ciemnowiśniowymi przeszyciami tkaniny serdaka; sztywne mankiety ze złotymi spinkami zsunęły się nieco niżej nadgarstków, uwydatniając wychylające się spod skóry kości, które wyglądały, jakby miały się zaraz przez nią przebić; palce u dłoni były blade, niemal sine, choć w pomieszczeniu panowała wyjątkowa duchota, kolor kłykci można już było sklasyfikować, jako fioletowy. Jednak najbardziej przerażający z całego wizerunku był wzrok; określenie go pustym było w tym wypadku raczej zawoalowane, gdyż w czarnych źrenicach na próżno było szukać choćby iskierki życia, rozpościerała się w nich bezkresna dziura, niekończący się krater letargu, a im głębiej usiłowano wejść, tym w większą martwotę się wpadało. Jak skamieniałe wpatrywały się drętwo przed siebie, nie mrugnęły ani razu, nawet kiedy przez specjalny mały otwór umieszczony w drzwiach wszedł puchaty kot, krocząc dumnie ku ustawionemu przy wiekowej lampie fotelowi wytapicerowanym kosztownym aksamitem barwy butelkowej zieleni; zwierzak wskoczył na siedzisko, dumnie wypinając gęste i długie futro na piersi, prezentując bogato zdobioną kolię wysadzaną prawdziwymi szafirami i będącą jednocześnie obróżką, której ostatni diamencik komponował się ze starannie zaczesanymi na brzuszku włosami koloru pospolitej kawy z mlekiem; nawet jego krystalicznie błękitne oczy wyrażały znacznie więcej, niż właściciela, mimo że spoglądały na otoczenie z wyższością, jakby pogardą, a nawet lekkim znużeniem.
         Percy był przyzwyczajony do samotności, przecież właśnie o nią tak długo zabiegał, odcinając się od członków rodziny, poniżając ich i odnosząc się do nich z oczywistą abominacją; odizolował się od wszelkiego towarzystwa, utrzymywał nikłe, żeby nie powiedzieć żadne, kontakty z rodzicami, z rodzeństwem żył w napiętych stosunkach, współpracowników traktował gorzej, niż bezdomnych na ulicy, a przecież i oni niczym mu nie zawinili. Co złośliwsi twierdzili, że sprawił sobie kota rasy pers tylko dlatego, że z ludźmi nie potrafi się dogadać, to może ze zwierzęciem mu wyjdzie, choć pewnie i ono prędzej czy później zdecyduje się wieść koczowniczy tryb życia, niż użerać się z wyalienowanym panem, bo nawet i te istotny mają limit cierpliwości i tolerancji zachowań właścicieli.
Anaïs, bo tak wabi się kotka, nigdy nie wyglądała, jakby chciała się gdziekolwiek wynosić; całymi dniami wyleguje się na fotelu w gabinecie Percy’ego, od czasu do czasu wyściubi nos na ogródek, jednak potem od razu drepcze na masywnych i puchatych łapkach do łazienki, by ją umyć, gdyż nie znosi brudu, a uwiera ją nawet najmniejsze ziarenko piasku między opuszkami; wieczorne czesanie traktuje jako stały punkt pielęgnacji, a w noce, szczególnie w te zimne, wietrze i deszczowe, cichutko, jakby w ogóle nie istniała, wchodzi do sypialni i zwija się w kulkę przy piersi swojego pana, wcześniej w tylko sobie znany sposób wpełzając pod kołdrę, tak by przypadkiem nie została przepędzona, choć mężczyzna jeszcze nigdy nawet na nią nie krzyknął; jada wyłącznie wysokogatunkową karmę, często otrzymuje posiłki identyczne, jak właściciel, posiada prywatnego weterynarza i nierzadko odwiedza salony piękności dla zwierząt, innymi słowy ma wszystko, czego niejeden człowiek może pozazdrościć, nie wspominając, iż jest to kotka z rodowodem. Raczej leniwa, nie w głowie jej harce, łapanie myszy tym bardziej, ulubionym zajęciem jest wdrapywanie się Percy’emu na kolana, gdy usiłuje zająć się pracą bądź dla relaksu przeczytać jakąś książkę czy gazetę, mimo że sporadycznie mu się to zdarza; wyczekuje jego powrotu każdego dnia, choć mogłoby się wydawać, że nie obchodzi ją za bardzo, czy pan pojawi się w domu, czy też nie; codziennie siedzi na ostatnim stopniu marmurowych schodów, na których leży dywanik, by przypadkiem nie było jej zimno, wpatrując się w drzwi, które zaraz się otworzą, i będzie mogła przywitać się z właścicielem, odprowadzając go wzrokiem do kuchni, gdzie dalej będzie się mu przyglądać, tym razem siedząc na blacie, gdzie ma specjalnie przygotowaną do tego matę. Jest to zwierzę wyjątkowo kapryśne, nie toleruje byle kogo, choć raczej niewielu gości zagląda do mieszkania, nie jest kotem, którego zadowoli byle głaskanie po głowie czy grzbiecie i tylko nieliczni wiedzą, iż bardzo tego nie lubi, zadzierając wysoko ogon i próbując drapnąć dłoń, która chciała sprawić jej przyjemność. Tak naprawdę akceptuje wyłącznie Percy’ego, któremu jest bezgranicznie oddana, choć i tym razem złośliwi powiedzą, że przecież nie gryzie się ręki, która cię karmi; gdyby jakiś człowiek doświadczył identycznej wygody życia, też nie uciekłby od rudego tyrana i zgadzał się na wszystkie jego poczynania.
         Anaïs jest z nim już ponad sześć lat, przyzwyczaiła się do rutyny dnia pana, a nawet jest jej ona na rękę, ewentualnie łapę, jeśli szukamy fachowej terminologii w tym przypadku. Gdzie zatem ta okrutna samotność, za którą gonił? Zwierzę nie jest człowiekiem, to oczywiste, jednakże potrafi czuć znacznie więcej, niż niejeden z nich, potrafi przywiązać się i kochać mocniej, niż pierwszy lepszy przechodzień na ulicy, a także jest w stanie odwdzięczyć się za opiekę bardziej, aniżeli najlepszy przyjaciel. Zatem gdzie ukryło się to odizolowanie, którego pragnął?
         Percy, choć oczytany i nie można mu odmówić nieprzeciętnej inteligencji, nigdy nie mógł pojąć, czemu mimo wszelkich starań nie jest w stanie odizolować się od towarzystwa, dlaczego nie może poczuć tego błogiego odosobnienia, które ukoiłoby wszelkie nerwy; nie rozumiał, ale też nie szukał powodu, sądził, że dotychczasowe poczynania prędzej czy później sprawią, że poczuje pustkę, iż wpadnie w dziurę, gdzie będzie sam ze sobą, nie będzie musiał kompletnie nic robić, wystarczyło, że był sobą, co dla niektórych było aż nadto. W tym swoim niepojętym pragnieniu zapomniał jednak o jednym, że samotność nie ogranicza się wyłącznie do odcięcia od świata, od ludzi, od ich towarzystwa, słów, gestów, ale ta samotność, której tak mocno pożądał, musi zrodzić się przede wszystkim wewnątrz niego. A, choć wydaje się nieprawdopodobne, Percy mimo wszystko czuje, nawet charakteryzuje się tak szeroką i barwną paletą emocji, że mogłaby zadziwić niejednego sentymentalistę wzruszającego się na widok uroczych kociaków i płaczącego rzewnie na wspomnienie słowa „schronisko” czy „głód”. Oczywistym jest, iż pierwsze uzewnętrzniają się w nim zdecydowanie pejoratywnie określane afekty; raczej trudno na pierwszy rzut oka dopatrzeć się w nim ciepła, sympatii czy chociaż zwykłej, ludzkiej życzliwości; poznając go mocniej, zagłębiając się w jego psychikę, jest jeszcze ciężej dostrzec jakiekolwiek pozytywne aspekty; króluje skrajny mizoginizm, pogarda, a także perfidność i obłuda. Wszystko ma jednak skutki uboczne, nawet w truciźnie można znaleźć substancje niegroźne dla życia, choć nie odwróci to przecież śmierci. Długo nie zdawał sobie sprawy z wrodzonej słabości, przed którą uciekał, a nawet usiłował ją zdusić, jednakże ciągle do niego wracała, aż stała się tak nieznośna, że przeobraziła się w uczucie, które go wyniszczało krok po kroku, kawałek duszy za drugim ulatywał w powietrze, nigdy już nie wracając, aż została mu tylko ona – wykrystalizowana, niczym niezmącona zazdrość.
Osoby niknące pod wielkością własnego ego prywatnie cierpią na potworny kompleks niższości; pragną atencji, rozpaczliwie i nachalnie wręcz domagają się jej od otoczenia, chcąc udowodnić swą wielkość, stać się czyimś autorytetem, praktycznie idą po trupach do celu, byleby nie pokazać światu, że tak naprawdę nie mają mu nic do zaoferowania. Podobnie sprawa wygląda w przypadku Percy’ego; od maleńkości znajdowali się nad nim ludzie, którym próbował dorównać, zaś pod nim istniały jednostki, które – według powyższej zasady – powinny obierać go sobie za wzór do naśladowania; reguła niestety nie działała w dwie strony i młodsze rodzeństwo nigdy go nie respektowało, co więcej, charakteryzują się cechami, których mógł im tylko zazdrościć. Lęk przed brakiem szacunku, strach przed straceniem w oczach, poskutkował chorobliwymi zaburzeniami własnej wartości, tak silnymi, że w pewnych momentach zapominał, kim w rzeczywistości jest; nie ma przecież niczego – pozycji, estymy, dokonań, nie wspominając nawet o osobie, która byłaby mu przychylna, ma jedynie kotkę z rodowodem, i choć wydawać by się mogło, iż zastępuje mu wszelkie towarzystwo, to w rzeczywistości zapełnia jedynie kilka procent pustki, której tak bardzo pragnął. Kiedy marzenie się w końcu spełniło, nie poczuł bezmiernej satysfakcji, której się spodziewał, nie doświadczył ulgi, życie wcale nie stało się łatwiejsze i piękniejsze, a wręcz przeciwnie – ciemne, ponure, jakby ktoś siłą wydobył mu z piersi ostatni oddech. Wtedy zrozumiał, jak bardzo był ślepy, dopiero wtedy dotarło do niego, że wcale nie pożądał samotności, to nie ona było jego fantazją, o którą walczył przez te wszystkie lata; wszedł w tę dziurę bez dna, a ona wciągnęła go w siebie tak szybko, że już nie uda mu się z niej wydostać, bo światło majaczące na horyzoncie zgasło i już nie wróci; bledło coraz mocniej, blask wytrącał się z każdym dniem, stało się w końcu malutkie i nikłe, tak że musiał mocno wytężać wzrok, by ujrzeć jego ostatki; teraz nie ma już niczego, a raczej, jak w paradoksie, ma wszystko, za czym gonił, dostał w końcu to, co uważał, że przez całe życie mu się należało, a jednak to wcale go nie cieszy i nigdy nie będzie sprawiało radości. Ktoś mógłby zapytać, czemu?; to naturalne pytanie i nie ma w nim nic dziwnego. Bo jak ktoś, kogo największe marzenie wreszcie się spełniło, nie jest dzięki temu szczęśliwy?
Po niemal wilgotnym od gorąca pokoju rozniosło się przeciągłe westchnięcie. Percy powoli, jakby zesztywniały mu mięśnie, przeniósł długie i trochę krzywe palce na głowę, kładąc je na niej w centralnej części, i pochylając się w stronę zgiętej karteczki, odchylającej się od czasu do czasu w przód i w tył pod wpływem wypuszczanego powietrza; oczy szczypały go, piekły i były wysuszone, ale nie zwracał na to za bardzo uwagi, w odróżnieniu do pustej koniakówki, czekającej na przyjęcie choćby najmniejszej porcji alkoholu; nie miał ochoty pić, ale czuł, że musi, toteż podniósł się ociężale z wytwornego fotela i podszedł do barku, z którego wydobył ledwo nadpoczęty winiak, odkorkowując go i przez chwilę studiując kształt butelki, jakby zastanawiał się, czy wziął na pewno to, czego potrzebował; po dłuższej chwili wrócił do biurka, wlał bursztynowy alkohol do kieliszka, tak że praktycznie przelewał się ponad brzegiem, jednakże nie odstawił szkła, a opadł razem z nim na siedzenie, przysysając się do gwintu, jakby w środku znajdowała się woda mineralna. Anaïs przypatrywała mu się z drugiego fotela, leżąc tuż na jego krawędzi z głową wspartą na łapkach, niespokojnym wzrokiem lustrując wyczerpujący się koniak, a także zbierające się w oczach właściciela łzy, które zaczęły smętnie toczyć się po policzkach ku szyi, znikając w materiale zakrwawionej koszuli; sama miała ochotę rozpłakać się, ale pragnienie ulżenia panu było silniejsze, toteż zeskoczyła z miękkiego siedzenia i pognała ku trzęsącym się kolanom Percy’ego, wskakując na nie i ocierając się pyszczkiem o mokry podbródek; pusta butelka po koniaku wylądowała na podłodze, zaś leżąca na blacie kartka pofrunęła aż do wystawnych piór, zatrzymując się na nich i ukazując treść w całej okazałości.
Drugiego człowieka można kochać na wiele sposobów, jednak miłość z zazdrości nie zdarza się zbyt często, a ludziom, których dotyka, żyje się wyjątkowo ciężko. Problematyczne uczucie, nie da się z nim walczyć, a najgorsze jest, iż łatwo pomylić je z odrzuceniem, skąd niedaleka droga do samotności. Życie w błogich relacjach z drugą osobą trwa, dopóki nie zrobi czegoś niepożądanego, na przykład znajdzie szczęście w kimś bądź czymś, co drugiej personie jest nie na rękę. Pod płaszczykiem troski wyrządza jej wtedy niesamowitą krzywdę; krytykuje jej radość, chce zniweczyć wszelkie plany, zrujnować marzenia, zrazić do niej cały świat, tylko po to, by na końcu uświadomiła sobie, że nie ma nikogo prócz fałszywego przyjaciela kopiącego pod nią dołki i rzucającego tyle kłód pod nogi, że lasy przestały już istnieć. Kiedy w związku tak silnym, iż wydawać by się mogło, że nic nie jest w stanie go zrujnować, pojawia się coś nowego, jakieś zainteresowania, osoba, z którą chce się rozpocząć pisać nowy rozdział w życiu, strona borykająca się z miłością z zazdrości zawsze czuje się odrzucona, nieakceptowana, gdyż nie rozumie, jak jej partner, z którym robiła do tej pory wszystko, odważył się zacząć coś bez niej, a co gorsza, z kimś innym, i jeszcze czerpie z tego radość. W najlżejszym stadium choroby po prostu robi na przekór, dezaprobuje każdy sukces, jest nieprzychylna spotkaniom, na których nie ma dla niej miejsca; jest już nie tyle zazdrosna, co zawistna, czegokolwiek nie zrobić, zawsze będzie niezadowolona, choć paradować będzie z najszczerszym i najcieplejszym uśmiechem na ustach. W najgorszej fazie odizoluje się od połówki – przyjaciela czy partnera -, tłumacząc sobie, iż nie jest potrzebna, przecież tylko zawadza, jednak w środku będzie wyczekiwać powrotu, kiedy to z dumą będzie mogła oznajmić „a nie mówiłam?”. Gdy etap się wydłuża, pojawia się uczucie osamotnienia, prowadząc w konsekwencji do przyzwyczajenia, tak że alienacja wydaje się czymś normalnym, zupełnie naturalnym, choć wewnątrz zazdrość wzrośnie do takiego stopnia, że po powrocie tej drugiej połówki za wszelką cenę będzie dążyć, by i ona doświadczyła tej głębokiej izolacji; odetnie ją od świata, zamknie wszelkie drzwi przed innymi ludźmi, nie pozwoli wyściubić nosa, by o niczym nie wiedziała, będzie jej pilnować, upokarzać, powracać do nieprzyjemnych wspomnień, usiłować wzbudzić poczucie winy, tak by wreszcie uświadomiła sobie, kto jest dla niej najważniejszy, kogo tak naprawdę potrzebuje; ograniczy jej życie wyłącznie do siebie i nigdy nie będzie widziała w tym nic złego.
Póki pilnował Ronalda, miał wgląd w jego życie prywatne i zawodowe, póki brat słuchał się go i przybiegał, jak pies z podkulonym ogonem, kiedy był po jakimś trudnym doświadczeniu, wszystko było idealne, nie było nawet najmniejszej rysy na szklanej bańce, w której się z nim zamknął. Pielęgnował go, niczym dorodną różę w szklarni – najpiękniejszy i najrzadszy okaz. Pech chciał, że pewnego dnia kwiat odkrył nieproszony gość, karmiąc go zupełnie innym nawozem, dzięki któremu rozkwitł i pokazał wszystkie cudowne płatki. Róża przestała na niego reagować, odwróciła się od niego, zaprzyjaźniając się z nowym ogrodnikiem, choć z o wiele mniejszym doświadczeniem. A jego zaczęły pożądać inne kwiaty z obcej cieplarni i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie były to pospolite chwasty rosnące przy drodze. Przedostały się przez szkło, zrujnowały ziemię, wypuściły szkodniki, tak że z majestatycznej róży pozostały jedynie kolce, których jeszcze nie zdążyło pochłonąć panoszące się wszędzie zielsko. Nie zdążyła odwrócić ku niemu dorodnego pąku, nie dane jej było poprosić o pomoc, a i nie mogła się sama uratować; bańka stała się pusta, tak jak i on nie miał już żadnej wartości.
Anaïs wdrapała mu się na bark, rozkładając się na nim i szturchając policzek mokrym, różowym noskiem. Percy płakał, nawet nie miał siły przytulić do siebie ukochaną kotkę, która dokładała wszelkich starań, by choć odrobinę rozjaśnić mu dzień. Gdy odsłonił opuchnięte oczy, wzrok od razu powędrował do uginającej się karteczki, po którą wyciągnął rękę i przyjrzał jej się jeszcze raz; łzy nie przestawały cieknąć, klatka piersiowa trzęsła się, a nogi już dawno zdążyły zdrętwieć, dłonie miał przeraźliwie zimne, mimo że w pokoju panowała niesamowita duchota. Pochyłe pismo, którym został napisany liścik, znał aż za dobrze; może nieco koślawe, brakowało mu gracji i elegancji, ale było wystarczająco schludne. Na pierwszy rzut oka było to zwykłe zaproszenie, jednakże na końcu znajdował się dopisek, jakby wyjątkowo szczęśliwe dziecko próbowało coś napisać w ferworze ekscytacji. „Zdjąłem czerwone buciki” – trzy słowa, jakże kompletnie niezrozumiałe, a jednak Percy’emu mówiły wszystko, wywołując nową falę żalu i strumienie łez. Nie tak to miało wyglądać, nie tak miał od tej pory żyć, i choć błagał, to te słowa jasno dawały mu do zrozumienia, że nie otrzymał litości, o którą tak rozpaczliwie prosił.
- Boże – wydukał cicho, przytykając pięść do ust i zamykając oczy, a spod powiek wciąż wydobywały się łzy. Otworzył po chwili dłoń, układając ją na czole i skroni, zaś głowę pochylił bezwiednie w dół. – Boże, co ja zrobiłem.
Anaïs przedostała się na kolana, gdzie zwinęła się w kłębek, smutnymi ślepiami patrząc się na pana, jak przechyla kieliszek z koniakiem, opróżniając go do cna.


Otwarte okno wpuszczało do sypialni lekkie podmuchy orzeźwiającego wiatru pozbywającego się ciężkiego zapachu wilgotnych ciał, przesiąkniętej potem pościeli, a także słodkawej, aromatyzowanej pudrem woni charakterystycznej dla piżma; dało się je wyczuć wszędzie, było niemal duszące i drażniło nozdrza, gdyż w kontakcie z rozgrzaną i mokrą skórą nabierało intensywności; roznosiło się z nagich, splatanych ze sobą i skotłowaną pościelą ciał, leżących w dość sporym łóżku ustawionym po przeciwległej stronie pokoju. Samotny i zagubiony komar wypełznął z jakiejś dziury, choć to jeszcze nie była dla niego pora, w poszukiwaniu słodkiej i ciepłej krwi, której dopatrzył się w odsłoniętym ramieniu Hermiony, bezwiednie oplatającym Dracona za lekko unoszącą się klatkę piersiową; w akompaniamencie typowego, a także irytującego bzyczenia, wylądował na roznegliżowanym barku, drepcząc przez chwilę po nim i szukając odpowiedniego miejsca, aż wbił w niego cieniutką i długą rureczkę, uginając drobniutkie nóżki, tak że główką praktycznie ocierał się o skórę kobiety, powolutku zasysając czerwony płyn, którym zaczął wypełniać się płaski jak do tej pory brzuszek.
Powieki, choć ciężkie i nieustannie lecące w dół, nie ułatwiły mu oddania się w drogocenne ramiona snu; dochodziła ledwie siódma, a on nie zmruży oczu nawet na piętnaście minut, i nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby głowę zaprzątały mu niezliczone ilości problemów, z którymi się boryka, jednak myśli były puste, zwyczajnie wyjałowione, odbijające się głuchym echem z charakterystycznym dzwonieniem w uszach powstałym z nadmiaru ciszy. Patrząc na wciąż zarumienioną w nielicznych miejscach skórę kobiety o delikatnej barwie, w którą wkradały się tony orzecha włoskiego, typowe dla osób o lekko opalonej cerze, nie czuł wyrzutów sumienia, ale nie rozbudzały się w nim również żadne pragnienia, które powinny towarzyszyć mężczyźnie po namiętnej nocy spędzonej z kochanką; nie był podniecony ani zasmucony, nie wychodził w przyszłość, jak od dziś będą wyglądały ich relacje, nie rozpaczał, iż mógł w tę jedną noc zrujnować wszystko, co do tej pory udało im się zbudować między sobą; rodzące się w nim uczucia, gdy patrzył na śpiącą, niewinną i zaczerwienioną twarz Hermiony, wyrażały niczym niezmącony, bezgraniczny spokój zalewający go od palców u stóp po czubek głowy, rozregulowujący bicie serca uderzającego w rytm leciutkich oddechów wypływających spomiędzy rozchylonych, opuchniętych warg barwy soczystej maliny, i otulających fragment odsłoniętego, nagiego brzucha. Niektórzy takowy stan potrafią klarownie określić jako szczęście, jednak dla niego takie pojęcie balansuje na granicy absurdu, z racji czego nie dopuszczał do siebie pobrzmiewających w ćwierkotaniu ptaków słodkich słów o doświadczeniu radości; nie znał idylli życia, nie potrafił się o niej wypowiedzieć, mimo to czuł głębokie zrównoważenie ilekroć spojrzał na spoczywającą na nim Hermionę; dlaczego zatem nie może zasnąć?
Uczepiony do ramienia kobiety komar najadł się praktycznie do syta, jednak wciąż łoił z niej krew, poszerzając tworzącą się wokół wkłucia odrobinę spuchniętą aureolkę. Draco patrzył na niego i po części rozumiał, skąd w zwierzęciu tak duże pragnienie. Za splątanymi, niezbyt długimi puklami koloru dojrzałego kasztana, mniej więcej w połowie obojczyka, ale trochę niżej, rozpościerało się ugryzienie, a za śladami zębów w poszczególnych miejscach utworzyły się drobne rany, w których dało się dostrzec zaschniętą krew. Pragnienie zranienia skóry kobiety było od niego silniejsze, choć w trakcie nocy starał się w miarę pilnować wrzące w nim pożądanie, jednak był taki moment, wystarczyła dosłownie sekunda, by skrywane żądze wybuchły; wspomnienie ciasno przylegającego do niego spoconego ciała Hermiony, wbijających się w lędźwie pięt, wrzynających się w łopatki palców, a także jej pełne lęku błaganie, by miał nad nią miłosierdzie, połączone z wyrywającym z rzeczywistości spełnieniem seksualnym, doprowadziły go na skraj wytrzymałości, przez co stracił nad sobą kontrolę, a także cierpliwość; nim się spostrzegł, zduszał własne jęki w rozpalonej, mokrej skórze, jakby chciał ją rozszarpać na strzępy. Nie pamiętał, czy zranił ją tylko raz, czy może śladów było znacznie więcej. Z minionej nocy najbardziej utkwiły mu w pamięci jej błyszczące oczy, jakby była pod wpływem jakichś środków pobudzających; rozżarzone spojrzenie z łazienki, gdy mokli pod deszczówką prysznica, przebijało się na pierwszy plan i nie chciało go opuścić; były jednym wielkim skupiskiem pragnienia bliskości, nie buchającej z ciał namiętności, ale właśnie tego niepojętego i niewytłumaczonego domagania się ciepła drugiej osoby, jakby tylko ono mogło zapewnić dalsze życie; tym samym wzrokiem patrzyła na niego, dopóki nie zasnęła, tuląc się do bladej piersi, oplatając biodra, plącząc się gdzieś rękami, póki nie ułożyły się na klatce piersiowej i brzuchu. Wyzbycie się go z głowy było niemożliwe i dopiero teraz zdał sobie sprawę, że boi się, iż nie ujrzy tych samych oczu, kiedy kobieta się obudzi, nie będzie w nich tego rozpaczliwego żądania, a zwykłe rozżalenie, może wstręt, a nawet i ból; był tego pewny, nie karmił się żadnymi prośbami, marzeniami o lepszym scenariuszu, po prostu był przekonany, iż te piękne tęczówki rozbłysły wczoraj dla niego wyłącznie przez przypadek, tak naprawdę każdy by się nadał, a on był akurat pod ręką. Użalanie się nad sobą z powodu zostania wykorzystanym mijało się jednak z celem, bo czy on też jej nie wyzyskał? Postąpił nawet gorzej, gdyż ona miała powód, dla niego nie istniało żadne usprawiedliwienie. Tym bardziej nie łudził się, że za zamkniętymi powiekami znajdzie niedawne iskierki szczęścia.
Wraz z przechyleniem głowy do nozdrzy wdarł się zmysłowy i słodki zapach piżma wydobywający się z lepkich od potu ciał. Mimo otwartego okna w sypialni było dość duszno, albo on miał po prostu takie wrażenie. Mógł zwalić winę na temperaturę za to, że nie zmorzył go sen, ale to nie ona była powodem ciągłego rozbudzenia. Z jednej strony był bardzo spokojny, chyba jeszcze nigdy w życiu nie doświadczył takiej błogości ducha, ale z drugiej, gdzieś z tyłu głowy, czaiło się przeświadczenie, że to wszystko, co się wokół niego dzieje, nie jest realne, za chwilę po prostu zniknie, niczym bańka mydlana, rozpływając się w powietrzu i już nigdy nie wracając, nawet we wspomnieniach. Nieco zdrętwiałymi palcami naparł mocniej na talię Hermiony, jakby upewniał się, że jeszcze przy nim jest, że wcale mu się nie przewidziała; rozluźnił sekundę później ucisk, rozmasowując miarowo skórę, przymkniętymi oczami obserwując wyciągającą się ku niemu twarz kobiety; na rumianych policzkach uwydatniły się piegi, mimo że ich ilość można było policzyć na palcach jednej ręki; zmarszczyła nos, jakby coś na nim usiadło, i cichutko kichnęła, podobnie jak robią to koty, potrząsając lekko głową. Na ten widok uśmiechnął się nieznacznie, lecz po chwili kąciki warg wróciły na dawne miejsca, a on uświadomił sobie, że to, co między nimi zaszło, nie powinno mieć dla nich obojga znaczenia, a już tym bardziej dla niego. Wygrzebał rękę, którą wspierał na talii Hermiony, spod kołdry, jednak nim zdecydował się, gdzie powinien ją położyć, kobieta obudziła się i wlepiła w niego nieco zaspane ślepia, podpierając podbródek na splecionych dłoniach ułożonych na piersi mężczyzny. Draco patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy, trochę podejrzliwym, szczególnie na widok leniwego uśmiechu rozciągającego się na malinowych wargach, gdzieniegdzie noszących znamiona po przygryzieniach i nadmiernym skubaniu zębami. Oczy błyszczały identycznie, a może nawet mocniej, jak w trakcie spędzonej wspólnie nocy, rozbłysły tysiącem ciepłych kolorów, gdy skrzyżowała je z jego srebrnymi tęczówkami, tak bardzo odległych barwą od jej; nie zmienił się ich wygląd, ale zawartość, która naładowała się ogromem uczuć, których jeszcze nigdy w niej nie widział bądź nie chciał dostrzec; były pełne radości, spełnienia, wylewała się z nich wdzięczność, ale też niema prośba, by nie przerywał tego idyllicznego stanu. Zazdrościł jej, że może patrzeć na niego w ten sposób; jego oczy były zapewne stanowczym przeciwieństwem – chłodne i opanowane, na próżno było szukać w nich choćby maleńkiego płomyczka. Ona jednak wciąż przyglądała mu się z tym samym ciepłem, jakby nie zrażało ją zimno bijące z szarych tęczówek; wsparła się na jego barkach, pociągając odrobinę w górę, i sięgnęła wąskich warg, jednak Draco odwrócił w ostatnim momencie głowę, przez co nie dane mu było ujrzeć niezrozumienia na twarzy Hermiony, przeobrażającego się powoli w ból odepchnięcia. Usłyszał ciche westchnięcie, a po chwili poczuł, jak ciepłe ciało kobiety podnosi się i odsuwa od niego, przez co mimowolnie spojrzał na nią i zobaczył lekko ściśnięte usta, a w oczach przebijało się głębokie zranienie, choć próbowała uciekać od niego, by nie zauważył wewnętrznej krzywdy, jaką jej sprezentował.
- Jasne – wydukała przez zachrypnięte gardło, odkasłując niemal natychmiast – rozumiem.
- Granger – powiedział, choć właściwie nie miał pojęcia, co miał zamiar jej przekazać. Kobieta spojrzała na niego sceptycznie, przytrzymując brzeg kołdry przy nagich piersiach; siedziała do niego bokiem, wspierając się wolną ręką na materacu.
- Nic między nami nie zaszło – odparła z ciężkim sercem, przełykając ślinę przez zaciśnięte gardło, równocześnie czuwając nad drżącym głosem – prawda?
Próbowała się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego jakiś zjadliwy grymas, toteż spuściła głowę, naciągając wyżej kołdrę i odgarniając włosy na lewy bark. Skrycie liczyła, że Malfoy powie do niej cokolwiek, ale on milczał, przyglądając jej się z ukosa, a ona nie miała w sobie na tyle siły, by przetrwać tę próbę ciszy. Westchnęła cicho, obracając się do niego niezdarnie plecami i usiłując wstać, jednak w ostatnim momencie oklapła z powrotem na łóżko, zrzucając z siebie biały materiał, wsparła łokcie na drżących kolanach i ukryła twarz między dłońmi.
Spodziewał się, że będzie do niego krzyczeć, wyrzuci z siebie całe rozżalenie, nawet oczekiwał łez bólu, ale Hermiona jedynie siedziała, w milczeniu i niepoznace przeżywając wewnętrzny dramat. Nie współczuł jej, sumienie ani trochę go nie dręczyło, jednak ciało jakby odłączyło się od rozumu i samowolnie uniosło się z pościeli, chcąc otoczyć swym ciepłem wątłą sylwetkę smutnej kobiety. Wtedy wstała i bez pośpiechu udała się do łazienki, gdzie wdziała na siebie szlafrok i splotła włosy, a on mógł to wszystko oglądać przez otwarte na oścież drzwi i dopiero wtedy, gdy zauważył jej trzęsące się nogi i dłonie, poczuł dotkliwe ukłucie promieniujące z lewej piersi, szczególnie kiedy ochlapała twarz wodą i chwilę wisiała nad umywalką, wspierając się na sztywnych rękach. Gdy wróciła, wyglądała na jeszcze bardziej przybitą, choć usiłowała nie dać tego po sobie poznać, zasłaniając gorycz delikatnym uśmiechem, który każdy inny sklasyfikowałby, jako promienny i szczery; Draco nie dał się jednak nabrać i praktycznie słyszał rwące się w piersi serce kobiety, rozpadające się na mniejsze kawałeczki.
- Na fotelu leżą czyste ubrania Harry’ego – zakomunikowała, odkasłując w zwiniętą w pięść dłoń przytkniętą do ust – a w łazience są ręczniki. Będę w kuchni.
Ostatnie zdanie mówiła do niego odwrócona plecami i zmierzająca w stronę wyjścia z sypialni. Ten jeden raz Malfoy postanowił zaryzykować, wołając za nią niezbyt głośno z mocno bijącym sercem.
- Granger. – Zatrzymała się w połowie kroku, niespiesznie odwracając i poprawiając poły szlafroka. Przez chwilę wahał się, prawdę mówiąc w ogóle nie był przekonany do tego, co chciał zrobić, tym bardziej widząc rozgoryczone oczy kobiety, jednak przemógł się w końcu, odgarniając znaczną część kołdry, odzywając się do niej nieco łamiącym się. – Usiądź na chwilę, proszę.
Bez słowa sprzeciwu podeszła do niego, stając tuż nad nim ze splecionymi na piersiach rękami, ale Draco nie dał za wygraną; chwycił ją za nadgarstek i pociągnął na łóżko, tak że wylądowała na nim, obijając się boleśnie biodrami o jego. Trzęsła się jak osika, a gdy podniosła na niego wzrok, szybko zauważył pojawiające w nim drobniutkie błyski. Hermiona jednocześnie uświadomiła sobie jeszcze coś, mianowicie iż splotła palce u dłoni z palcami Malfoya, trzymając się go kurczowo, a co dziwniejsze, on nie odtrącił jej.
- Nikomu nie powiem – wymamrotała przez ściśnięte gardło, nie mogąc zapanować nad oddechem – nie mam nawet komu, więc nie musisz się o to martwić.
- Spójrz mi w oczy i powiedz, że nie miało to dla ciebie znaczenia – odparł stanowczo, pochylając się na nią i kładąc lewą rękę tuż obok jej ramienia, tak że zawisł nad nią, ograniczając jej pole widzenia wyłącznie do siebie. – Spójrz na mnie i powiedz, że wcale tego nie chciałaś.
- Skoro to wszystko wiesz, to przestań pytać – odwarknęła, odpychając go od siebie i siadając mu na kolanach. – To, co ja czuję, od wieków nie ma dla nikogo znaczenia.
Kaszlnęła kilkukrotnie usiłując wstać, ale Draco przytrzymał ją w biodrach, a gdy się nie wyrwała, odgarnął jej kilka zbłąkanych kosmyków z czoła, które wydostały się z prymitywnego koczka; patrzyła mu prosto w oczy, bił od niej żar, ale wzrok był chłodny i pozbawiony niedawnego ciepła, oddychała ciężko i bez trudu mógł usłyszeć świsty z klatki piersiowej wydobywające się spomiędzy rozchylonych warg. Nagle przypomniał sobie, o czym rozmawiali, gdy za pierwszym razem był u niej w mieszkaniu; poczuł niespodziewaną potrzebę kontynuacji tematu, choć miał świadomość, jak w  tym momencie może zinterpretować jego słowa, jednak jeśli teraz nie powie jej prawdy, to nigdy już tego nie usłyszy.
Przeniósł jedną rękę z biodra kobiety na jej dłoń i subtelnie wodził palcami po jej wierzchu, powoli wsuwając się pod nią, by na końcu ująć ją delikatnie i złączyć w słabym uścisku.
- Chciałaś wiedzieć, czemu cię nienawidzę – odezwał się, przyglądając się nieodgadnionym wyrazem twarzy zgiętym palcom, głaszcząc ruchomą część między kciukiem, a palcem wskazującym.
- Nie wiem, czy dalej chcę – odrzekła z wyraźną niechęcią, lecz w opozycji do słów zacieśniła ucisk na dłoni arystokraty; druga ręka spoczywała w dole pleców na miękkiej pościeli, miętosząc ją co jakiś czas, aż materiał stał się lekko wilgotny i strasznie pogięty.
Malfoy wyglądał, jakby się głęboko zastanawiał nad odpowiedzią; nieobecny wzrok utkwiony w złączonych dłoniach był tego najlepszym dowodem. To nie był pierwszy raz, gdy widziała go w takim stanie. Włosy miał rozwichrzone, platynowe kosmyki opadały na czoło, a niektóre z nich sterczały ku górze, domagając się wygładzenia; wyjątkowo miękkie, praktycznie jedwabiste w dotyku, przez co chciała natychmiast zanurzyć w nich palce i jeszcze bardziej poczochrać, jednak powstrzymywała się resztkami silnej woli. On by tego nie chciał, ewidentnie dał jej do zrozumienia, że nie powinna liczyć na coś więcej z jego strony; jednorazowy wyskok, jedno nocna przygoda, ot co, a ona kolejny raz zostanie z wyrzutami sumienia. Nie potrafiła jedynie pojąć, czemu teraz wraca do przykrego tematu, który zaczęli kilka miesięcy temu; owszem, wtedy chciała poznać prawdę, jednakże dziś nie była już taka pewna siebie. Ciężko było się do tego przyznać, ale wina leżała wyłącznie w niej, gdyż bała się, że Draco tym wyznaniem jeszcze bardziej zwiększy dystans między nimi, teraz, gdy wydawało jej się, że wreszcie udało im się do siebie dotrzeć.
- Ty zawsze miałaś wybór – odezwał się z początku cicho, by stopniowo mówić z większą dozą pewności - mogłaś nie iść do Hogwartu, mogłaś zaprzyjaźnić się z ludźmi, których sama wybrałaś, nie musiałaś mieć najlepszych stopni, ale tak chciałaś, miałaś możliwość ukrycia się, a jednak zdecydowałaś wspierać Pottera w walce, mogłaś nie wracać do szkoły, ale skończyłaś siódmy rok.
Słuchanie, jak wylicza kolejne niedorzeczne powody, było trudne, ale nie przerywała mu. Czuła, że ten ból siedział w nim latami, a teraz ciężko mu było te wszystkie krzywdy z siebie wydusić. Momentami mocniej zaciskał palce na jej dłoni, czasem potrzebował chwili, żeby uspokoić łamiący się głos; takiego go nie znała – pełnego uczuć, nawet jeśli dotkliwych i podtruwających wiekami. Zafascynowana nowym odkryciem kompletnie nie zwracała uwagi na własne doznania, a przecież też powinna cierpieć; niczego takiego nie zauważyła, gdyż już teraz wiedziała, że nienawiść mężczyzny wcale nie jest skierowana bezpośrednio do niej.
- Zawsze miałaś wybór, nikt ich za ciebie nie zaplanował. Ja mogłem tylko marzyć o takiej alternatywie, bo miałaś wszystko, czego ja dosięgnąć nie mogłem. – Potrząsnął mocniej splecionymi dłońmi, podnosząc na nią wzrok, lecz od razu zapragnął go odwrócić, gdyż nie dostrzegł w pięknych, dużych oczach choćby cienia żalu. Powinien się cieszyć, ale nie umiał, a gdy Hermiona delikatnie dotknęła go za podbródek, poczuł rozchodzące się po ciele fale ciepła, a po nich lodowate dreszcze unoszące nawet najmniejszy włosek na skórze do góry.
- To nie były wybory, tylko głos rozsądku. Odwaga, której tobie brakowało. – Zsunęła dłoń na szyję, gładząc kciukiem wystające kości od obojczyków; miejsca, których dotykała, zalewał potworny żar wypalający w nich permanentne ślady.
- O wszystkim decydował za mnie ktoś bądź zwykłe zrządzenie losu, to, że urodziłem się arystokratą, to, że stałem się śmierciożercą – wyliczał, lecz ona weszła mu w słowo, kładąc mu rękę na barku i siadając mu okrakiem na kolanach; nie puściła jego dłoni nawet na sekundę.
- Nie z własnego wyboru. – Była świadoma, że szlafrok delikatnie zsunął się z nagich ramion, ale nie obchodziło ją to; plecy dość mocno ją bolały, zresztą całe ciało domagało się snu i gorącej kąpieli lub chociaż ciepłego prysznica, do tego ciężko jej się oddychało przez męczący kaszel i czuła przechodzące wzdłuż kręgosłupa dreszcze, ale nie chciała się z tak błahych powodów wycofać. Skoro powiedział „A”, to teraz chce od niego usłyszeć resztę alfabetu.
- Bo ja nigdy go nie miałem – odparł, wzdychając głęboko i przeczesując dłonią zwichrzone włosy; platynowe kosmyki rozsypały się po bladym czole, a część z nich pofrunęła bardziej na prawą stronę. - I zawsze ci tego zazdrościłem.
- Aż mnie znienawidziłeś – skomentowała, zduszając męczący kaszel w piersiach, lecz był tak uporczywy, że po chwili zaczęła czuć, że się dusi. Kaszlnęła głośno, obracając lekko głowę, a gdy wreszcie się uspokoiła, w srebrnych oczach Dracona dostrzegła coś na kształt niepewności. Po usłyszanych słowach wiedziała, skąd wzięły się w nim owe wątpliwości.
- Nienawidziłem cię do dnia, kiedy zrozumiałem, że o wybór wystarczy odrobinę zawalczyć. Mogłem nie zgodzić się dla ciebie pracować, mogłem ci wczoraj odmówić, ale jednak zdecydowałem co innego i nikt tego za mnie nie zrobił. – W pewien sposób poczuła się wyróżniona przez arystokratę, ponieważ wszystko, o czym mówił, dotyczyło jej, jednakże wiedziała, że to nieprawda i tak szybko, jak myśl się pojawiła, tak też przepadła, choć kolejne słowa znów poderwały ją do lotu, dając niepotrzebne nadzieje. - Nie nienawidziłem ciebie, ale swojej słabości.
- Wbrew temu, co mówisz, wcale nie byłeś tak bezsilny – zaprzeczyła, odkasłując kilka razy; czuła się w obowiązku uświadomić mu, że ma o sobie zbyt krytyczne zdanie i nie zgadza się z nim. - Ochrona rodziców wymaga dużego samozaparcia i poświęcenia, a ty przystałeś na warunki Voldemorta, bo wiedziałeś, że inaczej ich nie obronisz. Wybrałeś ich dobro zamiast własnego, to nie jest słabość.
- To był strach, nie dopatruj się w tym heroizmu. – Nie spojrzał na nią, kiedy odpowiadał, i może to dziecinne myślenie, ale dzięki temu nabrała przekonania, że kłamie. Zamiast na nią, patrzył na lewe przedramię, które przekręcił, by ukazać w pełnej okazałości czarny jak atrament Mroczny Znak wypalony głęboko w bladej skórze. - On nigdy nie zniknie.
W głosie Dracona można było rozpoznać całą symfonię emocji. Zaczynało się niewinnie od zwykłej melancholii, potem orkiestra zagrała bogaty w ból koncert przeplatany frustracją, przygnębieniem, dotkliwą goryczą, a nawet i depresją. W tak krótkim zdaniu może i było niemożliwe zawszeć tyle odczuć, ale jemu się to udało, wlewając w najmniejszą głoskę niesamowite pokłady żałości. I choć muzyka zachwycała niesamowitością dźwięków, to nie potrafiła jej dłużej słuchać. Nie tylko nie mogła patrzeć na czarne znamię, ale i na liczne blizny, powoli zanikające siniaki i zadrapania, które zdobiły nadgarstki arystokraty; w niektórych miejscach wciąż dosyć widocznie odcinały się od niemal przezroczystej skóry, tworząc wyraźny kontrast między fioletem, bordo i żółcią, a śnieżną bielą. Przykryła znak zimną i lekko drgającą dłonią, ściskając go subtelnie i rozmasowując delikatnie, czując jednocześnie, jak Malfoy zacieśnia ucisk na jej palcach.
- Jest częścią ciebie, ale to tylko symbol. On wcale nie oznacza, że byłeś zły – odezwała się, jednocześnie walcząc z powracającą falą kaszlu, który jednak nie dał za wygraną. Praktycznie dusiła się z braku powietrza, nawet nie zdając sobie sprawy, jak zaniepokojonym i pełnym troski wzrokiem obserwują ją srebrne oczy arystokraty. Klatka piersiowa bolała ją, zaś oddech stał się mocno świszczący, a w gardle zgromadziła się flegma, której nijak potrafiła się pozbyć. Jakimś cudem udało jej się jednak dojść do siebie, przepraszając cicho Dracona, który poprawił jej wlatujące do oczu włosy, wkładając je za uszy.
- Czy z tego powodu odizolowałeś się od wszystkich na szóstym roku? – spytała po jakimś czasie, przełykając nadmiar śliny i patrząc na niego z ukosa, jednocześnie czując, jak jego mięśnie odrobinę się napinają, co szczególnie odzwierciedlała żuchwa. Oblizała spierzchnięte i lekko szczypiące wargi, chcąc dodać, że wcale nie musi jej odpowiadać, ale mężczyzna ubiegł ją, opowiadając smętnym głosem o wydarzeniach sprzed kilkunastu lat, kiedy oboje nie wiedzieli jeszcze, czym jest dorosłość, a czasy kazały im brać niesamowitą odpowiedzialność na barki.
- Raczej ze strachu, że dowiedzą się, iż tak naprawdę wcale nie jestem z tego wszystkiego dumny, że boję się i wiem, że sobie nie poradzę – mówił, co chwilę spoglądając za okno – Pansy jeszcze próbowała, Blaise odpuścił po kilku dniach, Crabbe i Goyle – zaśmiał się – oni i tak byli opóźnieni w rozwoju. Resztę Ślizgonów po prostu trzymałem na dystans.
- I nie miałeś nikogo – odparła, a oczy Malfoya nagle rozbłysły, zaś na ustach pojawił się nikły zarys uśmiechu, wcale nie tego złośliwego czy smutnego; przywodził na myśl jakieś szczęśliwe wspomnienie i nawet Hermiona mogła je poczuć.
- Dopuszczałem do siebie jedynie Theodore’a, choć wcale nie było to moją intencją – powiedział, kładąc się na poduszki, a kobieta ułożyła się na nim, podkładając pod podbródek złączone ręce; wyglądała jak mała dziewczynka słuchająca bajki, a oczy robiły się coraz mniejsze, bardziej senne, do tego ciepło bijące z ciała Dracona zachęcało ją do pogrążenia się w głębokim śnie.
- Spędzałem z nim dużo czasu, choć czasami ciężko było go znaleźć. On też stał się trochę bardziej towarzyski, przez to, że ze mną przebywał. Bywało, że w ogóle nie rozmawialiśmy, leżąc w Skrzydle to on przynosił mi notatki. Pierwszy wiedział, jak bardzo się boję, choć momentami miałem wrażenie, że za bardzo się ze mną zżył. – Malfoy zamilkł, przez co Hermiona odniosła wrażenie, że czeka, aż coś do niego powie, jakoś skomentuje niedawne wyznania; on jednak nie ucichł z tego powodu. Brwi miał lekko zmarszczone, a wzrok błądził gdzieś w otchłani, jakby czegoś uporczywie szukał; niewinny uśmiech przepadł, zaś szczęka ponownie się napięła, dzięki czemu od razu zrozumiała, że coś niepokoi arystokratę. I miała rację, gdy usłyszała niecodzienne pytanie, na dźwięk którego nieco się ożywiła, choć ból w mięśniach w dalszym ciągu bardzo jej dokuczał.
- Czy w Ministerstwie znajdują się jakieś informacje o czarodziejach z naszego rocznika?
- Bezpośrednie nie – odpowiedziała, podciągając się niezdarnie na jednym łokciu – istnieje nowy namiar na różdżki, ale żeby go odczytać potrzeba pozwolenia od Wizengamotu.
- A rejestr więźniów z Azkabanu?
- Mam go w pracy w sejfie – odparła, przyglądając się mężczyźnie pełna wątpliwości. – Ale po co ci on?
- Sprawdź, czy nie ma w nim Theodore’a Notta – poprosił, choć bardziej brzmiało to na rozkaz, przez co panna Granger nabrała jeszcze większych podejrzeń.
- Gdyby Nott odsiadywał wyrok, wiedziałbyś o tym – stwierdziła ryzykownie, nie chcąc nachalnie wracać do depresyjnych czasów, które Malfoy spędzał za kratami. Co dziwniejsze, nie był zaskoczony, ani zasmucony na dźwięk usłyszanych słów; jego reakcja przejawiająca się w głośno wypuszczonym powietrzu i przeczesaniu włosów bardziej wyrażała irytację, że sam nie wpadł na owo logiczne rozwiązanie.
Przytrzymał ją za talię i podniósł się, przenosząc ją delikatnie na drugą stronę pościeli, a sam wyskoczył z łóżka, narzucając pierwsze lepsze ubrania Harry’ego leżące na podłokietniku starego fotela. Hermiona przyglądała się ze zmęczeniem jego szybkim, aczkolwiek płynnym ruchom, gdy wciągał dżinsy i jakąś koszulkę przyjaciela. Normalnie parsknęłaby śmiechem na widok luźnych i rozciągniętych ciuchów na ciele arystokraty, który zawsze pokazywał się przed nią w dobrze skrojonych koszulach i kamizelkach, nie wspominając o eleganckich spodniach, a wszystko zawsze było idealnie wyprasowane. Teraz nie było jej do śmiechu, gdyż czuła głębokie obawy, jednocześnie bojąc się zapytać, skąd w nim tak nagła reakcja na wspomnienie dawnego kolegi ze szkoły. Wpełzła pod kołdrę, nakrywając się nią pod samą szyję, i zwijając w kłębek, a mimo to nadal było jej zimno.
- Wizengamot nie wyda nakazu bez adekwatnego powodu – zakomunikował, starając się bezskutecznie dopasować ciuchy Pottera. Swoją drogą, czuł się w nich, jakby się owinął namiotem cyrkowym; spodnie, choć prane, nadal nosiły niewielkie przybrudzenia, ale mimo że były mikroskopijnej wielkości, to działały Draconowi mocno na nerwy; tematu bluzki nawet nie poruszał, szczególnie rękawów, które przypominały dwa spadochrony. Nie to, że Harry jest gruby, ale z pewnością, co drugiemu mężczyźnie niełatwo jest przyznać, odznacza się znacznie większym przyrostem tkanki mięśniowej, przez co na nim wypłowiała garderoba może i prezentuje się znośnie, jednak na ciut wyższym, ale znacznie szczuplejszym i nielubującym się w pompowaniu mięśni Malfoyu, wygląda po prostu komicznie.
- Ktoś jeszcze może załatwić pozwolenie? – zapytał odpływającej do krainy snu Hermiony, która wybudziła się momentalnie, wiercąc się w pościeli, a i tak było jej zimno. Przez głowę przechodziły jej myśli, żeby poprosić arystokratę, żeby z nią został choć na minutkę i ogrzał, ale to byłby już szczyt wszystkiego i dobrze wiedziała, że by jej odmówił, dodatkowo ganiąc za zuchwałość.
- Dawniej mógł Minister, teraz jedynie członkowie najwyższego sądu – odpowiedziała zachrypniętym głosem, kaszląc niczym gruźlik w kołdrę. Słyszała, jak Malfoy wałęsa się w tę i nazad po sypialni, ale nie miała siły, by wodzić za nim wzrokiem; pojawianie się na horyzoncie co jakiś czas w zupełności jej wystarczało.
- Mogę spróbować, ale bez dobrej podkładki nic z tego nie będzie – odezwała się ziewając. – Można też sprawdzić rejestr więźniów z ośrodka odizolowanego.
Draco zatrzymał się w połowie pokoju, spoglądając na wpółprzytomną Hermionę, by podejść do niej nagle i kucnąć przy łóżku, a gdy otworzyła oczy, omal nie spadła z posłania zaskoczona jego bliskością.
- Co to za ośrodek? – rzucił, czekając z niecierpliwością na odpowiedź. Panna Granger przekręciła się na lewy bok i ułożyła wygodniej na poduszce, która przesiąkła zapachem ciała mężczyzny, a był tak mocny i uspokajający, że mogła wdychać go już do końca życia. W ostatnim momencie przypomniała sobie, że Malfoy o coś ją pytał, więc otworzyła z powrotem oczy, pokasłując co drugie lub trzecie słowo.
- To dobudowane do Azkabanu skrzydło dla skazańców, którzy odsiadują wyroki i jednocześnie borykają się z jakimiś chorobami. Mogą być cielesne bądź psychiczne, jak arytmia serca czy schizofrenia. To ośrodek o łagodniejszym rygorze, jednak niewielu ma możliwość z niego skorzystać – wytłumaczyła, a kosztowało ją to nie lada wysiłku, gdyż ból w klatce piersiowej stał się praktycznie nie do wytrzymania, a duszący i dławiący kaszel tylko go nasilał.
- Sprawdź więc tam, czy go nie ma – poprosił łagodniej, niż za pierwszym razem – to bardzo ważne.
Hermiona nie odpowiedziała; dyszała ciężko i głucho, jakby wpadła w hiperwentylację, dygocząc co jakiś czas na całym ciele i ściskając mocno materiał kołdry. Dopiero teraz Draco zauważył, że całe policzki pokryły ogniste rumienie, a na czole wykwitły pierwsze kropelki potu. Bardzo delikatnie, niemal z przesadną ostrożnością położył na nim rękę, od razu ją zabierając i wypuszczając głośno powietrze przez nos.
- Granger – odezwał się cicho – ty skończona idiotko.
Kobieta bowiem nie była rozpalona z powodu upojnej nocy, a z choroby, prawdopodobnie grypy, która zaatakowała cały organizm i zdążyła już dobrze się w nim zadomowić.


Hogwart, 22 listopada 1996
         Wszedł do salonu, gdzie kilku młodszych uczniów czytało po kątach książki; obrzucił ich beznamiętnym spojrzeniem i nie bacząc na zostawiane za sobą wielkie kałuże pomaszerował od razu do dormitorium. Zabini wrócił już dawno. Cholerna księżniczka zawsze zwiewa wcześniej. Z łazienką nie powinno być zatem problemów. Przeszedł obok pokoju Notta, ale gdy miał wejść do własnego, zatrzymał się w połowie kroku. Theodore pożyczył ode mnie podręcznik z transmutacji trzy dni temu. A ja wciąż nie mam zrobionego zadania. Spojrzał na drzwi od mieszkania przyjaciela i jęknął bezgłośnie, wchodząc do sypialni, którą dzielił z chłopakami; o dziwo było pusto i nigdzie nie walały się brudne skarpetki. Niecodzienny widok. Wzruszył od niechcenia ramionami i zrzucił z siebie mokrą szatę. Wchodząc do łazienki usłyszał dziwny dźwięk, jakby ktoś spadł i mocno obił sobie kolano. To mu przypomniało, że nie wziął ze sobą ręcznika i suchych rzeczy na przebranie; wygrzebał z kufra bieliznę, skarpetki, czarne spodnie i zwykłą szarą koszulkę na długi rękaw; po drodze chwycił za ręcznik i zniknął za drzwiami od toalety. Wtedy dziwny dźwięk się powtórzył, ale zmienił nieco barwę; tym razem przypominał mocne walenie w ścianę czymś… chyba drewnianym; zanim zdążył namyślić się, czy powinien to sprawdzić, hałas ustał i słychać było wyłącznie uderzenia piorunów. W lochach w końcu okien się nie doświadczy.
         Wyszedł z łazienki z wilgotnymi włosami, które próbował wytrzeć jeszcze ręcznikiem. Dormitorium nadal świeciło pustkami, a leżące na łóżku podręczniki przypomniały mu, że następnego dnia ma lekcje z McGonagall i musi oddać jej zadanie. Nie wiedzieć czemu, ale jakoś miał opory z pójściem do Notta. Może on też się jeszcze uczy? Mógłbym pożyczyć książkę od Zabiniego, ale… Wydał z siebie zduszony jęk i rzucił mokry ręcznik na ramę łóżka. Dlaczego to zawsze ode mnie biorą podręczniki?
         Zapukał kilka razy, ale nikt mu nie odpowiedział, co wydało mu się nieco dziwne; Theodore nie wychodzi nigdzie wieczorami, woli się uczyć, a potem jest ospały na zajęciach, zresztą w dzień też niechętnie opuszcza zamek; nie jest jakąś specjalnie towarzyską osobą. Więc czemu mi nie otwiera?
Nacisnął na klamkę, a drzwi otworzyły się bez żadnych przeszkód, skrzypiąc przy tym odrobinę; wsunął głowę do środka, ale wszędzie panowała ciemność.
         - Nott? – Zero reakcji. To też mu się nie spodobało, a jeszcze bardziej fakt, iż dormitorium było kompletnie puste, a przy tym otwarte. Wszedł powoli do środka i machnięciem różdżki zapalił kilka lamp. Od razu spojrzał na łóżko zajmowane przez przyjaciela i zmarszczył brwi, gdy dostrzegł skotłowaną pościel, której spora część znajdowała się na podłodze. Westchnął cicho i ruszył ku pobojowisku, ale zatrzymał się, kiedy usłyszał pociągnięcie nosem charakterystyczne dla płaczu; nie był to jednak płacz dorosłego, a bardziej… dziecka. Nie wiedzieć czemu, poczuł dziwne pieczenie w gardle i mocne uderzenie serca.
         - Theo? – Znów cisza. Podszedł niespiesznie do łóżka i zebrał leżącą na podłodze kołdrę, lecz to, co zobaczył, wprawiło go w olbrzymi szok.
         - H… hej, Dra…co. – Błękitne oczy Theodore’a patrzyły na niego z podłogi, jakby chciały mu powiedzieć, że wszystko jest w porządku. Ale dla Draco nie było. Stał osłupiały nad nagim ciałem przyjaciela, które zwinięte było w pozycję embrionalną. Ogrom zadrapań, siniaków i ran, z których powoli ciekła krew był przerażający, zaś ręce, powykręcane jak u paralityka, związane były za plecami grubym sznurem, który wrzynał się w skórę przez ostre włókno. Podobnie wyglądały kostki chłopaka. Fragmentem, który najbardziej przykuł uwagę blondyna, był odbyt, lecz wpatrywanie się w niego było zarazem przerażające, jak i nietaktowne, ale wylewające się z niego nasienie zabarwione na różowo przez wydobywającą się z pęknięć krew zapamiętał wystarczająco dobrze, by utkwiło mu na stałe w pamięci. Theodore był całkiem nagi, ale Draco nie miał z tym problemu, gdyż nawet nie był w stanie się ruszyć. Dopiero słabe kaszlnięcie przyjaciela pomieszane z nieporadnym śmiechem pozwoliło mu otrzeźwieć i spojrzeć na zaistniałą sytuację realnie.
         - Czy… czy mógłbyś mnie rozwiązać? – Cichy głos Notta dochodził do niego jak przez mgłę, ale miał wrażenie, że słowa i tak nie są mu do niczego potrzebne. Odrzucił poplamioną kołdrę na łóżko i klęknął przy przyjacielu, a następnie przeciął zaklęciem sznury, którymi chłopak był skrępowany. Gdy liny opadły, z ust bruneta wydobył się stłumiony jęk bólu. – Dzię… dziękuję.
         - Theo? – Nie spojrzał na niego. Leżał wciąż nieruchomo i oddychał miarowo, starając się nieporadnie ukryć swą nagość, a szczególnie jedną partię ciała. Niespodziewanie, nawet dla niego samego, odgarnął przyjacielowi sklejone potem kosmyki z czoła, usiłując zrobić to jak najdelikatniej. Czuł na sobie spojrzenie Notta, a także jego niezdarny uśmiech. Zawsze jest taki niewinny i bezradny. Zabrał rękę z czarnych włosów i spojrzał na blade palce, które lepiły się od lekko białawej substancji;  kleista i glutowata, przypominała klej, który nie zdążył do końca zaschnąć; spoiła się ze znaczną częścią opadających kosmyków, a także była widoczna na policzku, brodzie i kąciku ust, nie wspominając o wątłej klatce piersiowej, która najbardziej była nią umorusana, a nawet gdzieniegdzie można się było na niej dopatrzeć kropelek krwi. Czemu nie obrzydza mnie dotykanie czyjejś spermy? Przeniósł wzrok na Theo, który nie spuszczał z niego oczu; przyjrzał się niespiesznie poszczególnym ranom, sznurom, a potem znów własnej ręce z fragmentami zasychającego nasienia. Czy to o czym myślę…
Ślizgoni są okrutni, co do tego nie ma największej wątpliwości, ale to pierwszy raz, i miał nadzieję, że ostatni, gdy spotyka się równą potwornością. Samo podejrzenie gwałtu na koledze wywoływało w nim odruch wymiotny, a co dopiero, gdyby okazało się, że Theodore rzeczywiście doświadczył seksualnej napaści od któregoś z uczniów. Jest bardzo delikatny, prędzej by się połamał, niż postawił przeciwnikowi, ale co dziwniejsze, obserwując jego reakcje nic nie przywodziło na myśl ofiary; był spokojny, praktycznie odznaczał się tym samym stoicyzmem, co na co dzień; nie wzbraniał się przed dotykiem, nie uciekał od niego, był skrępowany, ale nie do tego stopnia, żeby go od siebie odepchnąć. A płacz? Po uśmiechach i typowym dla siebie spojrzeniu prędzej był skłonny uwierzyć, iż został on wywołany ogromnym bólem, aniżeli samym stosunkiem w psychicznym znaczeniu.
         - Theo – odezwał się cicho. Postanowił zaryzykować i zapytać, jednakże chłopak ubiegł go, nim zdążył cokolwiek powiedzieć. Bardzo powoli złączył malujące się przed nim fakty, iż Nott wcale nie zachowuje się, jak ofiara gwałtu; jest wycieńczony, ale nie przygnębiony, a przede wszystkim wygląda, jakby obrażenia po stosunku nie robiły na nim żadnego wrażenia, zupełnie, jakby był już do czegoś takiego przyzwyczajony. Może zbyt pochopnie, ale odrzucił teorię o napaści ze strony któregoś ze Ślizgonów, a zaczął skłaniać się ku innemu rozwiązaniu, jednak i te ciężko mu było zaakceptować. Ale w głowie już kołatała się myśl, iż przyjaciel może…
         - Tak, Draco. – sypiać z mężczyzną. – To ohydne, prawda?
         - Nieco krępujące. – Uśmiechnął się do niego blado i próbował zetrzeć zaschniętą stróżkę krwi z kącika ust. Wtedy dostrzegł, że wargi chłopaka są całe poranione, opuchnięte, niemal poszarpane. A o dziwo dalej nie czuł, że go to wszystko obrzydza. – Chodź. Trzeba cię porządnie umyć.
         - Ta – odparł słabo Theodore i chwycił się ramienia blondyna, który pomógł mu dojść do łazienki, a raczej go do niej zaniósł, gdyż jego własne nogi odmówiły mu po dwóch krokach posłuszeństwa. Draco posadził go na toalecie i napuścił do wanny ciepłej wody, wlewając odrobinę płynu do kąpieli. Starał się nie patrzeć na odsłonięte ciało Notta, ale przecież inaczej nie da rady mu pomóc. Podał mu rękę, by mógł wejść do basenu, a następnie wręczył mu myjkę i powiesił ręcznik tuż przy brzegu wanny.
         - Umyj się, a ja poszukam ci czegoś, co mógłbyś założyć. Gdybyś czegoś potrzebował…
         - Wybacz. – Spojrzał na Theo z niezrozumieniem, a ten od razu spuścił głowę. – Przepraszam, że musiałeś to wszystko zobaczyć.
Nie musiał, ale los tak zadecydował; mógł nie wchodzić do dormitorium przyjaciela, mógł pożyczyć podręcznik od kogoś innego, ale gdyby to nie on zobaczył go w tak masakrycznym stanie, gdyby to nie on mu pomógł, czy mógłby wciąż nazywać siebie przyjacielem? Oczywiście, że było mu ciężko i z trudem przychodziło mu utrzymanie nerwów na wodzy, i mimo że widział już podobne sceny, to znacznie mocniej cierpi się na widok skrzywdzonej osoby, która jest w jakimkolwiek stopniu bliska. Zadawał sobie jednak aż nadto sprawę, że jeśli da się ponieść zrodzonym na widok okaleczonego przyjaciela uczuciom, to w żadnym stopniu mu nie ulży, nie odpędzi drastycznych wspomnień, choć pewnie i tak to co robi i jak się zachowuje nijak poprawia Nottowi samopoczucie; mimo wszystko było to znacznie lepsze, niż wracanie do niedawnych wydarzeń, choć chciał wiedzieć, kto był to tego zdolny. Wolał to po prostu przemilczeć.
         - Głupek. – Zmierzwił mu wilgotne włosy i uśmiechnął pokrzepiająco. W gruncie rzeczy zrobiło mu się miło, że Nott uwzględnił fakt, iż zastały widok był dla niego dość krępujący; nie chciał go zadręczać pytaniami., zresztą to nie jest odpowiednia pora. Wyszedł powoli z łazienki i zabrał się za sprzątanie dormitorium przyjaciela; wystarczyło kilka machnięć różdżką i było po wszystkim, ale w powietrzu wciąż czuł przytłaczający zapach ostrego seksu mieszający się z wonią krwi i męskiego potu. Podszedł do łóżka, gdzie leżała już czysta pościel i przesunął po niej ręką. Kto u diabła był zdolny do takich potworności?

Hogwart, 19 lutego 1997
         - Przeklęta szlama. – Wszedł do łazienki i podszedł do kranu, opierając się o brzeg umywalki. Już miał odkręcić kurek, by odświeżyć nieco twarz, gdy usłyszał mocne uderzenie o drzwi od jednej z kabin. Obrócił się w tym kierunku i przypatrywał uważnie wejściu, ale nikt się z niego nie wyłonił.
         - Przes… Przestań! – Poczuł przechodzące po ciele ciarki, gdy zdał sobie sprawę, czyj głos właśnie dotarł do uszu. Powinien pobiec tam szybko, chwycić gnojka, który znów chce skrzywdzić Theodore’a i wywalić na korytarz. Czemu tego nie zrobię? Bo jego głos… Jego głos nie przypomina błagania o pomoc.
         - Słodki Merlinie, Theo! – Omal nie osunął się na podłogę; chwycił się w ostatnim momencie umywalki i złapał za ciasno zawiązany krawat; serce biło mu jak oszalałe, a oddech stał się dziwnie płytki. Powietrza… - Tak, tak dobrze. Głębiej. Oh!
         - Blaise – powiedział do siebie, nie przestając wpatrywać się szeroko otwartymi oczami w zamknięte drzwi od kabiny. Czy to wszystko dzieje się naprawdę? Czy w trakcie ostatnich miesięcy rzeczywiście przyszło mu doświadczyć takich… Obrzydliwości? Niecodziennych zjawisk.
         Czarny Pan, Snape, ojciec, wszystko to wyparowało mu z głowy. Nie pamiętał już, czemu przyszedł do tej łazienki, nie potrafił przypomnieć sobie rozkazów Voldemorta, które przekazał mu profesor; wizja śmierci rodziców też rozmyła się na mapie myśli, która stawała się coraz bardziej pusta. Jeszcze nigdy, a czuł to już wiele razy, nie był tak sfrustrowany, jeszcze nigdy nie znalazł się w sytuacji, kiedy każdy oddech sprawia ból, kiedy nawet myślenie jest nie do zniesienia. A bynajmniej nie pomagały mu liczne plaśnięcia i jęki dochodzące z zamkniętej kabiny, miejsca, gdzie dla niego rozgrywał się dramat człowieka, a dla przyjaciół – przybytek uciech seksualnych.
         - O tak, tak! O! Dobrze, ssij mocniej. – Poczuł jak cała zjedzona niedawno kolacja podchodzi mu do gardła, mimo że ledwie ją tknął, a nadgryzione jabłko popite sokiem dyniowym wywołuje niesamowitą zgagę, tym samym i odruch wymiotny. Nie chodziło o to, że odrzucało go zachowanie przyjaciół. Cóż, z pewnością nie Notta. Ale Zabini… To już zupełnie co innego. Przecież on ma dziewczynę. Dlaczego w takim razie uprawia seks z Theodore’em w obskurnej łazience?
         - Bla… Blaise… Um… - Zamknął oczy i zacisnął ręce z bezradności; nie chciał tego słuchać. To po co tu jeszcze stoisz, kołku? Zatoczył się gwałtownie, gdy przez umysł zaczęły przetaczać się wspomnienia z wieczoru, gdy znalazł pobitego i spętanego przyjaciela; głęboka rana tuż przy wejściu… ogromny siniec na podbrzuszu… poszarpane do krwi wargi… obtarte do czerwoności nadgarstki i kostki… Nie!
         - Ah! Um! Całą! Połknij ją całą, Theoś. – Głos Zabiniego był brutalny, paskudnie nachalny, a jednak czuł każdą komórką oblanego zimnym potem ciała, że Nott zrobił dokładnie to, co czarnoskóry mu rozkazał. Serce nie nadawało już rady. Płuca nie nadążały z wymianą tlenu. Wyobraźnia działała na najwyższych obrotach. Osunął się na drżących kolanach i podsunął je pod samą brodę, siadając pod umywalką.
- Grzeczny chłopiec. - Nie wiedział, kiedy z oczu zaczęły wypływać pojedyncze krople gorzkich łez.

Hogwart, 2 marca 1997
         Po kolejnej kłótni ze Snape’em wiedział, że zawiedzie rodziców i nie sprosta wymaganiom Czarnego Pana, zresztą on sam doskonale o tym wiedział i tylko bawił się nim, testując wytrzymałość prawie siedemnastoletniego chłopaka, a przecież nie miał jej za grosz, tak samo, jak odwagi. Bał się wystarczająco długo, teraz nie wie, czy potrafi jeszcze odczuwać strach; rodząca się bezduszna apatia na myśl o zabiciu drugiego człowieka doskwierała mu już od dłuższego czasu i nie potrafił się jej wyzbyć; co gorsza, takie same reakcje budziły w nim wyobrażenia o śmierci rodziny; nic już nie ma znaczenia, bo i tak nie podoła. Od początku o tym wiedział, zdawał sobie sprawę z tej ułomności, a jednak próbował ją tłumić; w końcu wyszła na światło dzienne i objawiła mu się w pełnej okazałości.
         - Szlag by to – zaklął pod nosem, spuszczając głowę praktycznie między kolana. Wtedy usłyszał cichy głos, na dźwięk którego obrócił się leniwie, krzyżując lekko wilgotne oczy z błękitnymi ślepiami Notta opatulonego po sam nos szalikiem w barwach Slytherinu.
         - Draco?
         - Cześć, Theo – przywitał się niemrawo, powracając do kontemplowania pływających resztek skier na jeziorze.
         Przyjaciel usiadł obok niego, przyciskając do piersi jakąś grubą książkę. Był wyjątkowo pogodny, nawet uśmiechnął się, gdy odsunął nieco szalik, próbując w ten sposób podnieść na duchu blondyna.
         - Opuszczasz znów zajęcia. – To nie było pytanie, a zwyczajne stwierdzenie, na które wzruszył ramionami i wyprostował nogi, krzyżując je w kostkach.
         - Widocznie mam powód – odparł od niechcenia, nawet przez sekundę nie spoglądając na kolegę. Poczuł, że Theodore się do niego przysuwa, tak że stykali się ramionami, ale nie przeszkadzało mu to. Nie zmieniło to jednak faktu, że od razu przypomniał sobie o wydarzeniach z łazienki, kiedy to Nott i Zabini zabawiali się ze sobą w obskurnej kabinie; kto wie, czy tylko z Blaise’em uczestniczył w podobnych igraszkach.
         - Szafka wciąż nie działa? – Draco zaprzeczył poprzez kręcenie głową, wnosząc głowę ku przejrzystemu niebu i wypuszczając spomiędzy warg kłęby pary.
         - Niestety – rzucił, splatając ręce na klatce piersiowej.
         - Mogę ci jakoś pomóc?
         - Nie – odpowiedział trochę za szybko, po czym spojrzał w błyszczące oczy przyjaciela, wysilając się na cień bladego uśmiechu – po prostu… wystarczy, że chwilę przy mnie posiedzisz.
         Theodore nie odpowiedział, a praktycznie wtulił się w Malfoya, co chłopak uznał za niestosowne, ale w sumie zupełnie dla niego normalne; chłopak jest wrażliwy, bardzo łatwo go zranić, choć nie da tego po sobie poznać, do tego delikatny i wątły, lekki wietrzyk mógł go z łatwością przewrócić. Takie posunięcia były dla niego naturalne i choć niekomfortowe, to Draco w pełni świadomie mu na nie pozwalał.
         - Wiesz – zagaił nieśmiało Nott – nigdy nie myślałem, że znajdę kogoś, z kim będę umiał się zaprzyjaźnić. Dziękuję ci, Draco.
         - Nie ma za co – odparł, naciągając szalik nieco wyżej, chcąc w ten sposób ukryć zakłopotanie. Brunet zaśmiał się cicho, opierając głowę na jego ramieniu.
         - Obiecasz mi coś? – Przytaknął mu głową, spoglądając w taflę jeziora. – Jak to wszystko się skończy, jak już cały ten koszmar minie, obiecaj, że o mnie nie zapomnisz, proszę.
         Wahał się trochę nad odpowiedzią, bo z jednej strony, jak mogli być pewni, że czasy, w których obecnie musieli żyć, kiedykolwiek ustaną? Ponoć zawsze jest jakaś nadzieja i należy ją mieć, dopóki ktoś o niej mówi, ale on już nie potrafił wierzyć w puste słowa; nie dostrzegał szans na lepsze życie. Czy mając taką wiedzę może ślepo przyrzec przyjacielowi, że ich relacje doczekają się lepszych dni? A nawet jeśli, nawet gdy któryś z nich zginie, to czy ta przysięga będzie miała jeszcze jakiś sens?
         - Obiecuję – odrzekł po dłuższym namyśle; nic nie ma, więc nic nie traci, ale jeśli tym jednym zdaniem może rozjaśnić Theodore’owi życie, to niech tak zostanie.

Londyn, 13 maja 2008
         - Proszę pana? Panie Malfoy? – Natarczywy głos wytrącił go z rozmyślań, sprowadzając do rzeczywistości, która wcale nie była bardziej szara od tej, w której brodził we wspomnieniach. Spojrzał na stojącą przed nim dziewczynę, która wpatrywała się w niego zbyt nachalnie, stanowczo naruszając przestrzeń osobistą, którą wyjątkowo sobie cenił. Cofnął się o krok, odchrząkując cicho w zwiniętą w pięść rękę, i przerzucił kartki trzymane na podkładce, usiłując znaleźć w nich nazwisko egzaminowanej osoby; za nic jednak nie mógł sobie przypomnieć jej danych personalnych.
         - Ciężki dzień? – zagaiła z wesołym uśmiechem, zapewne licząc na dodatkowe punkty u egzaminatora, który jednak nie grzeszył specjalną sympatią do zdających; właściwie to do kogokolwiek. Zerknął na nią znad papierów, momentalnie przypominając sobie, jak dziewczyna się nazywa; obok jej nazwiska w rubryce z punktami z testu teoretycznego widniało okrąglutkie zero, na widok którego Malfoyowi wcale nie polepszył się humor.
         - W istocie – odparł, zerkając w stronę pozostałych uczestników, którzy rozgrzewali się przed egzaminem praktycznym, by po chwili zwrócić się do kandydatki, która próbowała sprawdzić mu dokumenty, a konkretniej swój wynik, jakby liczyła, że za sam wygląd Draco dopisał jej jakieś bonusy. – Nie uzyskała pani minimalnej liczby punktów wymaganej do podejścia do testu sprawnościowego. Zapraszam w przyszłym miesiącu, a drzwi znajdują się po prawej stronie.
         - Ale – odezwała się dziewczyna, okręcając pukiel jasnych włosów wokół palca i szczerząc się głupkowato, na co arystokrata uniósł nieco wyżej brew, patrząc na nią z wyraźną litością – ale gdybym zdała test praktyczny, to chyba można to jakoś…
         Miał ochotę zaśmiać się złośliwie, nawet przeszło mu przez myśl, żeby pocieszyć niedoszłą kandydatkę, gdyż jej infantylność w połączeniu z niesamowitym błazeństwem z jednej strony były zabawne, a z drugiej rzeczywiście wywoływały miłosierdzie. Nad własną wytrzymałością.
         - Może się pani odwoływać do biura centralnego – odparł z delikatnym uśmiechem, podpisując arkusz z danymi dziewczyny i wręczając go jej. Uczestniczka egzaminu wyglądała na głęboko zawiedzioną i niepocieszoną, ale przyjęła papiery z imponującą jak na siebie godnością, odrzucając teatralnie gęstą kitę włosów na plecy i unosząc wyżej podbródek. Draco westchnął głośno, gdy blondynka opuściła salę, kręcąc z politowaniem głową, by następnie spojrzeć na resztę zdających i załamać się jeszcze bardziej.
         Cyrkowe pozy pań usiłujących się rozciągnąć, panowie rzucali zaklęciami obronnymi na prawo i lewo, część po prostu stała i przyglądała się kolegom i koleżankom. Tego było już dla niego za wiele, jak na dziś. Z piórem w dłoni i arkuszem dokumentów podszedł do zdających, obserwując ich z kamiennym wyrazem twarzy, wyglądając, jakby robił notatki; w rzeczywistości odhaczał nazwiska osób, które nadawały się do czegokolwiek, a resztę zwyczajnie wykreślał. Podeszła do niego jedna z dziewcząt wyginających się na podłodze, praktycznie uwieszając mu się na ramieniu.
         - O której zacznie się egzamin? – zaszczebiotała, potrząsając głową z ciemnymi puklami. Draco zerknął na nią kątem oka, z przykrością stwierdzając, iż jest to kolejny podgatunek homo sapiens pospolicie nazywany idiotką z dziurą między uszami; z pogodnym uśmiechem wykreślił ją z listy.
         - Dla pani w przyszłym miesiącu – odparł, zostawiając dziewczę z szeroko rozdziawionymi ustami. Odszedł od uczestników, poprawiając podwinięty do prawego łokcia rękaw granatowej koszuli. – Proszę o pozostanie na sali pani Devine oraz pana Morrella. Reszta nie zaliczyła egzaminu z powodu niewystarczającej ilości punktów z testu wstępnego bądź z automatu.
         - Co to znaczy? – zapytał jeden z chłopaków stojących przy ścianie.
         - Nie stawili się bądź nie mają predyspozycji – odrzekł ze zjadliwym uśmiechem, wskazując na drzwi wyjściowe z auli. Ludzie nie protestowali, po całym Ministerstwie, jak i poza nim, chodziły słuchy, iż nowy egzaminator jest surowy i wymagający, a jeśli ktoś się mu postawi, szybko zostanie sprowadzony do parteru i uświadomiony, że nie wie praktycznie nic o zaklęciach i zawodzie aurora. Malfoy nie urywał, iż wszelkie pogłoski kompletnie mijają się z prawdą; do tej pory potraktował tak jedynie Pottera, ale ten potrafił się wybronić, a właściwie Draco umiał dostrzec w jego taktyce mocne punkty, które pozwoliły mu zaliczyć test; młodzików bardzo łatwo było ocenić, wystarczyło zwrócić uwagę na sposób trzymania różdżki, artykulację głosu i ogólne zachowanie – ci bardziej podekscytowani oblewali już przy pierwszym poleceniu, stoicy dawali radę do trzeciego lub czwartego, mało który przechodził przez wszystkie pięć zadań. Wyróżniona dwójka miała jakieś tam szanse, choć bardziej zostawił ich, żeby nie mieć większych problemów, gdyż zdanie protokołu kompletnie negatywnego wiązało się z licznymi wyjaśnieniami i umotywowaniem takiej a nie innej decyzji, a nie miał na to w ogóle ochoty, tym bardziej, że Granger przez kilka dni nie będzie w pracy, gdyż poskładała się przez chorobę; obecnie śpi po lekarstwach, które dostał od Juany, nie wspominając, iż Hiszpanka wieszała na nim psy, iż nie zwrócił wcześniej uwagi na jej stan; jedyne, co mógł zrobić, to zmienić pościel i wywietrzyć sypialnię, Juanita zajęła się kąpielą i przebieraniem kobiety w pidżamę.
         Drzwi od sali zamknęły się nieco głośniej przez przeciąg, wyciągając go z rozmyślań nad samopoczuciem Hermiony. Zostawienie jej samej z wysoką gorączką nie było najlepszym pomysłem, ale czy miał jakieś inne wyjście? Z pewnością nie byłaby zadowolona, gdyby zobaczyła go czuwającego przy łóżku, zwłaszcza po zachowaniu, które jej sprezentował zaraz po przebudzeniu; nie wziął w ogóle pod uwagę, że kobieta może zareagować inaczej, niż przewidywał; wystarczająco jasno dała mu do zrozumienia, że liczyła od niego na coś więcej. Problem tkwił w tym, że nie mógł jej nic ofiarować; w końcu z pustego nawet Salomon nie naleje. Był zaskoczony jej słowami, nie umiał odpowiedzieć na gesty, wszystko to było dla niego nowe, wyrwane z rzeczywistości, przez co nie umiał się odnaleźć, zaprzepaszczając tym samym szansę na coś więcej między nimi. Teraz jednak pojawiało się pytanie, czym owo „więcej” mogłoby być i w jakim kontekście byłoby przez oboje rozumiane? Nasuwała mu się na myśl jedna odpowiedź, ale była tak nierealna, że wolał nawet nie brać jej pod uwagę.
         Kwestia przeszłości nie mogła pozostać na marginesie, gdyż wracała do niego jak niewyleczona do końca choroba, infekując umysł od nowa, a nawet nie miał odpowiedniego antybiotyku pod ręką; wspomnienia o Theodorze nie zalewały go bez przyczyny. Tkwiła w nim gdzieś głęboko zakorzeniona, nie chcąc wyściubić nosa na powierzchnię, ale też nie robił specjalnie nic, żeby jej w tym pomóc; po prostu wracał do przeszłości, a raczej ona do niego, przypominając sobie najgorszy okres życia, gdyż nawet czas spędzony w Azkabanie nijak mógł porównać do bezsilności, strachu i cierpienia, z którymi musiał się mierzyć, mając niespełna siedemnaście lat. W te czarne jak smoła dni miał tylko jedną osobę, z którą potrafił rozmawiać, a nawet więcej – dzielić się problemami, nie wstydząc się prosić o radę, choć dobrze wiedział, że żadna nie będzie odpowiednia. Nott nie należał do towarzyskich Ślizgonów, prawdę mówiąc, więcej go nie było, niż był; chował się po kątach, zaszywał na godziny z książkami, czasem odsypiał, jeśli miał ku temu sposobność najczęściej nadarzającą się w ramach zajęć. Do szóstego roku nie zwracał na niego większej uwagi, ale nić sympatii, która się w tamtym czasie między nimi zrodziła, uświadomiła mu bardzo dużo o koledze, szczególnie powód jego alienacji, z którego, przynajmniej według Dracona, miał pełne prawo korzystać. Chyba nie pomyli się zbyt wiele, jeśli stwierdzi, że największe koszmary udawało mu się przetrwać dzięki Theodore’owi. Mógł porównać go do pisklaka ledwo wyklutego z jajka, który boi się otwierającego się przed nim świata; droga, którą sobie obrał, z pewnością była wyboista, na ile świadomie ją wybrał, a na ile został do niej zmuszony, tego nigdy się nie dowiedział, zresztą nie poruszał z przyjacielem sprawy jego seksualności, gdyż uważał, że nie powinno go to interesować, a też nie potrzebował znać prawdy. Co dziwniejsze, wydarzenia z udziałem Blaise’a w roli głównej nie zraziły go do chłopaka, nie odrzuciły go, choć powinien dobrze się nad ich relacją zastanowić już po tym, jak znalazł Notta okaleczonego w jego dormitorium; wtedy tego nie widział, zaabsorbowany własnymi problemami, że martwił się o niego, mimo że bezpośrednio nigdy nie dał mu tego do zrozumienia; nie pojmował jego czynów, ale też ich nie potępiał, bo jakie miał do tego prawo?
         Złożona w przeszłości obietnica uwierała go najbardziej. Nie miał w zwyczaju rzucać słów na wiatr, a pamięć miał dobrą, żeby nie powiedzieć doskonałą. Za żadne skarby świata nie potrafił sobie jednak przypomnieć, gdzie już coś podobnego słyszał, pojawiającego się może w innym kontekście, jednak dotyczącego bezpośrednio przysięgi złożonej przyjacielowi. To było jak szukanie igły w stogu siana; do dziś nawet przez myśl nie przewinęła mu się osoba Theodore’a, nie wspominając o danym mu słowie, potraktował to jak błahostkę, coś kompletnie nie mającego znaczenia, a teraz szkliste, błękitne oczy Notta majaczyły mu w pamięci, jakby robiły mu z tego powodu wyrzuty. Wspomnienia z pewnością nie były zniekształcone, przypominał sobie każde z nich bardzo dokładnie, w najdrobniejszych szczegółach analizował wypowiedziane ongiś słowa, wykonane gesty, zrodzone uczucia; otrzymane wyniki nadal jednak nie wnosiły nic istotnego, ot jakieś drobnostki, które nawet dla niego nie były ważne. Więc czemu zapomniana obietnica, bo zapomniał o niej, należało się do tego otwarcie przyznać, uporczywie nie daje mu spokoju? Gdzie już to słyszał? Gdzie widział już te przejrzyste niczym ocean tęczówki? Ciemność i pustka, tylko tyle jak na razie posiadał.
         Przechodzące po kręgosłupie ciarki sprowadziły go na ziemię. Kompletnie nie miał dziś głowy do przeprowadzenia egzaminu na aurora, za bardzo się miotał, w ogóle nie był skoncentrowany, w takim stanie nie jest zdolny kompetentnie określić predyspozycje kandydatów. I prawdę mówiąc, wcale mu się tego robić nie chciało. Ziewnął, wcześniej zasłaniając usta wierzchem dłoni, jednocześnie wskazując na niedawno zamknięte drzwi od sali.
         - Kogo satysfakcjonuje zwykłe zaliczenie, może w tym momencie wyjść – zakomunikował, nawet nie spoglądając na pozostałą w auli dwójkę. – Komu zależy na zaliczeniu z referencjami, może zostać.
         Kandydaci w pośpiechu zabrali pozostawione pod ścianą rzeczy i czmychnęli z sali ćwiczebnej, pozostawiając Draco samego z rozbieganymi myślami. Westchnął, gdy nikogo przed sobą nie zobaczył, i zabrał się za uzupełnianie dokumentów oraz głównego protokołu, powoli krocząc ku wyjściu, by złożyć papiery w biurze nieobecnej Granger; urlop kuratorki nie zwalniał go w końcu z obowiązku dostarczania jej raportów.
         W windzie wypełnił wszystkie arkusze, a kiedy wysiadł na odpowiednim piętrze, czuł w kościach, że święci się coś niedobrego i nic miłego go nie spotka za drzwiami, gdzie rezyduje Hermiona. Nie pomylił się, wchodząc do niewielkiego przedsionka, gdzie urzęduje sekretarka, na którą rozjuszona do granic możliwości panna Granger wydzierała się wniebogłosy.
         - To trzeba było zadzwonić, wysłać sowę, przysłać któregoś z aurorów! A nie mówić, że mnie nie ma! Szaleju się najadłaś?! – krzyczała do kobiety, trzymając się kontuaru i kaszląc, jakby chorowała na gruźlicę; już od progu Draco mógł dostrzec, że jest niesamowicie blada i praktycznie słania się na nogach; nóż mu się w kieszeni otwierał na ten widok, nie mówiąc już o kompletnej bezmyślności kobiety. – On mnie nie znosi! Nienawidzi! A teraz wywali na zbity pysk!
         - Hermiono, ja cię naprawdę przepraszam, ale powiedziano mi, że jesteś chora i – tłumaczyła się sekretarka, przekładając zgromadzone na biurku papiery, jakby była w amoku. Granger praktycznie dusiła się od mocnego i utrudniającego oddychanie, a zarazem mówienie, kaszlu, atakującego gardło co drugie słowo.
         - Kto ci to, do jasnej cholery, niby powiedział? – zagrzmiała, a gdy chwyciła wzrok kobiety przenoszący się na stojącego jak gdyby nigdy nic w wejściu Malfoya, opierającego się z nonszalancją o framugę, wszystko stało się niesamowicie jasne.
- Pozwól ze mną na moment. - Podeszła do niego i złapała agresywnie za rękę, targając do gabinetu, który zamknęła na cztery spusty, nieustannie próbując poradzić sobie z nawracającym co rusz kaszlem.
         -  Bóg cię opuścił? – wydusiła przez ściśnięte gardło, opierając się o biurko, żeby nie runąć na podłogę. – Percy mnie zabije, jeśli choć raz nie przyjdę do pracy.
         Draco podszedł do niej i przytknął jej niespodziewanie rękę do czoła, wzdychając głośno i odrzucając wciąż trzymane dokumenty na blat. Hermiona czuła, że jego dotyk ją pali, toteż oklapła na krzesło, by nie mieć z nim kontaktu, przeszukując jednocześnie szuflady, w których gdzieś trzymała chusteczki higieniczne.
         - Masz grypę, Granger – zakomunikował, splatając ręce na klatce piersiowej i siadając na brzegu biurka. – Wracaj do domu.
         - Yhym – wymruczała, próbując złapać oddech po kolejnym ataku kaszlu; bolała ją głowa i zatoki, o płucach nawet nie wspominała, a do tego ciągle było jej albo duszno, albo przechodziły ją lodowate dreszcze; doskonale wiedziała, że jest chora i pewnie doprawiła się jeszcze bardziej, wyskakując z domu w cienkim ubraniu, jednak to nie był najlepszy moment na branie urlopu, nawet przymusowego, czego Percy z pewnością jej nie daruje, jeśli już się o owym karygodnym występku dowiedział, a że on wie wszystko, to i te nowinki na pewno nie ominęły jego gumowego ucha.
         - Jedna noc, a ten już wczuł się w troskliwego męża – bełkotała za ręką przyciśniętą do nosa, jednakże Draco słyszał wszystko bardzo wyraźnie, a nawet niespecjalnie musiał się wysilać. - Nie decyduj za mnie, Malfoy.
         - Jedna noc, a zachowuje się, jak zdradzona po trzydziestu latach małżeństwa żona – odparł zjadliwie, bezczelnie wręcz zaglądając Hermionie w załzawione, opuchnięte i zaczerwienione oczy; ten widok sprawił, że od razu zrezygnował z dręczenia i upominania kobiety, odczuwając zarazem coś na kształt wyrzutów sumienia, że dał się tak lekkomyślnie sprowokować.
- Idź do domu, Granger – powiedział po chwili bardzo łagodnie, ale ona musiała inaczej zinterpretować jego słowa, gdyż rozłożyła się na starym krześle, które lada moment mogło rozlecieć się na kawałki, prychając z rozjuszenia i lustrując go agresywnie z góry na dół. Mógłby się przejąć jej butną postawą, gdyby nie bezbarwny smark pomału wydostający się na zewnątrz czerwonego i wysuszonego przez wycieranie chusteczkami nosa.
         - Pójdę, kiedy będę chciała. Zresztą, co cię tak obchodzi to, że jestem chora? Może miałam taki kaprys i specjalnie złapałam przeziębienie?
         Malfoy westchnął cicho, powstrzymując się przed rzuceniem kilku kąśliwych uwag, których Granger z pewnością by mu nie podarowała. Wsparł jedną rękę na kolanie, a drugą ułożył na nadgarstku, pochylając się ku kobiecie, która non stop kaszlała i uparcie szukała smarkatek w szufladzie, jednak w natłoku pudełek z zszywkami, papierami, a także długopisami, było to zadanie niemal graniczące z cudem.
         - To nie zwykłe przeziębienie, a grypa, a zaraz dostaniesz zapalenia płuc. – Pomachała mu przed nosem ręką, jakby kazała mu się wynosić bądź przestać marudzić, co w sumie i jedno i drugie mogło być prawdą, biorąc pod uwagę stan panny Granger, a najlepszy on niestety nie był. Odkrztusiła zalegającą w gardle flegmę, by wyciągnąć w dalszej kolejności z kieszonki koszuli paczkę papierosów, na widok której w arystokracie aż zawrzało; chciał jej odebrać używkę, jednakże ręka kobiety wystrzeliła w przeciwnym kierunku, tak że mężczyzna nie był w stanie już jej dosięgnąć.
- Dawaj to – zagrzmiał, wyciągając ku niej dłoń, ale Hermiona zmrużyła gniewnie oczy i zacisnęła wargi, zbliżając się ku niemu, a czubki nosów praktycznie się ze sobą stykały.
         - Moje zdrowie, moje zasady. Ciebie najmniej dotyczy to, co robię.
         - Przestań mówić od rzeczy i oddaj tego papierosa. – Chciał być dla niej stanowczy, ale brzmiał tak łagodnie, że nawet dziecko by go nie posłuchało, a co dopiero uparta niczym osioł aurorka, do tego chora, przez co przemówienie jej do rozsądku stawało się praktycznie niemożliwe. Nie żeby normalnie dało się jej coś wyperswadować z głowy.
         Wstała z krzesła i odpaliła papierosa różdżką, ale już przy pierwszym zaciągnięciu czuła, że zaczyna się dusić i dławić, a dym podrażnił jedynie obrzęknięte gardło; łzy popłynęły z oczu z bólu, płuca szczypały, ale mimo to za nic w świecie nie przyznałaby Malfoyowi racji. Spojrzała na niego, a wyglądał, jakby resztkami sił powstrzymywał się przed powiedzeniem jej „a nie mówiłem?”.
         - A udław się nim! - Wkurzona na niego, ale i po części na siebie, rzuciła w arystokratę jarzącym się petem, a ten uderzył o udo mężczyzny i potoczył się na podłogę, gdzie Draco przydeptał go czubkiem eleganckiego buta, a następnie zutylizował za pomocą zaklęcia. - I w dupę sobie wsadź te swoją troskę! Czuję się…
         Zgięła się w pół i oparła o brzeg biurka, gdy zaczęła się dusić z kaszlu, nie mogąc złapać nawet najmniejszego oddechu. Nie myślała o tym, jak bardzo żałośnie musi wyglądać; po prostu chciała zaczerpnąć odrobiny świeżego powietrza, a nagromadzona plwocina zdecydowanie jej to utrudniała, podobnie zawalony nos i łzawiące oczy; zatoki pulsowały boleśnie, gdy nawet odrobinę przechyliła głowę, a co dopiero, gdy złożyła się, jakby była kukiełką z teatrzyku; w uszach nieprzerwanie dzwoniło, przez co nie wiedziała, czy Malfoy coś do niej mówi, czy może jedynie jej się zdaje. Jednego natomiast była pewna; przytrzymujących ją za ramiona dłoni z pewnością sobie nie uroiła.
         - Skończyłaś się awanturować? – zapytał, a był przy tym tak delikatny, że nie poznawała jego głosu. Co dziwniejsze, wystarczył nikły dotyk, by organizm uspokoił się w okamgnieniu; to nie ułatwi jej pozbycia się go z głowy i zapomnienia o tym, co zaczęło się między nimi budować, a zostało przez Dracona brutalnie zagrzebane żywcem.
- Granger, wracaj do domu. Jesteś chora i zmęczona, a w takim stanie nie dasz rady normalnie pracować.
Troska, która w nim brzmiała, bolała tak bardzo, że przystała na jego prośbę tylko dlatego, że nie chciała być dłużej raniona. Było jej cholernie ciężko z tym, że tak łatwo i bezmyślnie się do niego przywiązała zaledwie po jednej nocy; to nielogiczne, sprzeczne z wyznawanymi zasadami i ogólnie przyjętymi normami, a jednak więź, którą z nim minionej nocy poczuła, wybuchła tak silnym płomieniem, że miała wrażenie, jakby znała go od zawsze. Nie chciała tego tracić, teraz, gdy zaczęło im się między sobą układać, choć z reguły seks nie jest najlepszym sprzymierzeńcem w budowaniu relacji, ale im się udało, a przynajmniej tak do tej pory sądziła; Malfoy miał w tej kwestii inne zdanie i nie można mu się było dziwić, jednak bolało bardziej, niż wszystkie nasiąknięte jadem słowa, które do niej powiedział. Aż za dobrze wiedziała, że taka będzie jego reakcja, mimo to gdzieś w środku trwała w głupiej nadziei, że może potraktować ją bardziej uczuciowo, może zobaczyć w niej kogoś więcej, aniżeli przydzieloną odgórnie kuratorkę; marzenia prysły, jak bańka mydlana, napełniając serce goryczą nieustannie wypływającą z jątrzącej się rany, jaką się stało.
Czy mogła mówić, że się w nim zakochała? Było na to o wiele za wcześnie, ale czuła, że łączy ich znacznie więcej, niż na początku. Może zaślepił ją żar wspólnej nocy, trawione ogniu namiętności ciało reagowało z większą intensywnością na mężczyznę, którego dawniej nienawidziło, a może to zwykła desperacja, depresja stworzona z niedowartościowania i licznych zawodów uczuciowych; cokolwiek pchnęło ją do myślenia o Draco, jak o osobie, z którą może podzielić się swym sercem, nie miało to już żadnego znaczenia. Nie kocha go, tego jest więcej niż pewna, lecz jednocześnie nie potrafi ubrać w słowa tego, co do niego czuje; emocje, które przy nim się rodzą, nie mają definicji, nie da się ich zamknąć w sztywnych ramach, precyzyjnie określić, by nabrać świadomości jaka naprawdę jest ich relacja. To zarazem trudne i problematyczne, przez co nie może sobie odpuścić, zapomnieć o nim i żyć tak, jak to robiła do tej pory, bo Malfoy ciepłem swych ramion i mocnym biciem serca uświadomił jej, że jeszcze nigdy nie czuła się tak bezpieczna i spełniona, pokazał jej, czego w tym pustym uczuciowo życiu jej brakowało, a ona nasiąknęła ową namiastką szczęścia, wchłonęła ją jak gąbka, z której już się praktycznie wszystko wylewa, by on mógł teraz wyżymać ją ile wlezie. Czy to nie głupie, że mimo zadawanych ran ciągle nie chce go zapomnieć?
Ponoć nie da się poczuć, kiedy jest się zakochanym w drugiej osobie. Sielankowe chwile są zwyczajną iluzją, która znika szybciej, niż zdążyła się pojawić; słodkie pocałunki, gorące uściski, liczne uniesienia sypialniane, wszystko to jest jedynie początkiem rychłego końca. Są jeszcze łzy, rozdarte i krwawiące serce, emocjonalny marazm; ponoć o miłości dowiadujemy się wtedy, gdy ją stracimy, kiedy już od nas odejdzie, a nam pozostaje jedynie głęboka rozpacz. Może i brutalne, ale każdy, kto tak sądzi, jeszcze nigdy nie był zakochany, a owo tajemnicze uczucie mylił z zaślepieniem; miłości nie da się zdefiniować, to aż nader oczywiste, ponieważ nie jest ona ukierunkowana ani na szczęście, ani na cierpienie. Ale jest jedno wyjście, żeby ja odkryć; pomyśl o niej jak o czystym niebie – wszystkie chmury, które się na nim pojawiają, spadające deszcze, bijące błyskawice, to te trudniejsze momenty, z którymi musisz się liczyć, że sobie nie poradzisz. Na nim pojawia się również słońce – czy opuściło cię kiedykolwiek? Czy nie rozjaśniło ci wielu dni, które wydawały się ponure i słotne? Osoba, w której się zakochasz, będzie właśnie twoim niebem, i choć czekają was ciemne, zimne i burzowe dni, to po każdym z nich prędzej czy później pojawią się ciepłe promienie. Bo niebo zawsze się nad nami rozciąga i nigdzie nie znika, a taka właśnie powinna być miłość.
Chciała wyswobodzić się z rąk Draco, ale ten nie pozwolił jej na to, przez co czuła, że długo już przy nim nie wytrzyma. Musiała wrócić do domu, przynajmniej po to, by popłakać sobie żałośnie w spokoju, choć i tak nie miało to większego znaczenia. Malfoy jednak był uparty i nie puścił jej, nawet gdy próbowała się wyprostować, by założyć kurtkę.
         - Pomóc ci? – Pokręciła przecząco głową, napinając automatycznie mięśnie, przez co ręka jej mocno zadrżała, gdy wyciągnęła ją w stronę leżącej na oparciu krzesła odzieży.
         - Poradzę sobie – odparła, rejestrując z ulgą, a zarazem zawodem, że arystokrata puścił jej ramię, stając w bezpiecznej odległości, skąd nie mogła poczuć ciepła jego ciała i cudownego zapachu, który ukołysał ją wczoraj do snu. Zacisnęła mocno ręce na pasku od torebki, starając się spojrzeć na blondyna z obojętnością, jednak bardziej ją bolał wysiłek, jaki musiała włożyć w tę z pozoru łatwą czynność, aniżeli jego. - Nie potrzebuję ciebie i twojej pomocy.
         Draco przez moment wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale w ostatnim momencie ugryzł się w język; przełknął ślinę, zwieszając odrobinę głowę, chcąc odprowadzić Hermionę do wyjścia, jednak drzwi od gabinetu niespodziewanie otworzyły się, a do środka wtargnął postawny mężczyzna ubrany całkowicie na czarno, zaś ciężkie, wojskowe trapery naniosły sporo odłamków zaschniętego błota sypiącego się z podeszew.
         - Hermiono, dobrze, że jesteś. Mamy pilne wezwanie. – Auror nie zwrócił uwagi na stojącego z boku Malfoya, który o mały włos nie oberwał otworzonymi z rozmachu drzwiami; nie przejmował się również jego podminowanym wyrazem twarzy, za którym kryły się najrozmaitsze przekleństwa spowodowane ślepotą pracownika, że nie widzi, że jego szefowa nie nadaje się dziś kompletnie do niczego.
         - Z czym? – spytała, jak gdyby nigdy nic, poprawiając stójkę od kurtki; w kieszeni znalazła również nadpoczętą paczkę chusteczek, z której wyjęła jedną sztukę, smarkając w nią tak głośno, że śmiało można stwierdzić, iż słyszało ją całe Ministerstwo.
         - To, co zwykle – odparł mężczyzna, patrząc w przyniesione ze sobą dokumenty, na których znajdowały się dane dotyczące nagłego wezwania. - Trup na miejscu.
         Malfoy po prostu stał, zaciskając ze złości zwinięte w pieści ręce, na szczęście wsadzone głęboko w kieszenie spodni, czego ani panna Granger, ani jej pracownik nie byli w stanie dostrzec. To nawet i lepiej, pomyślał, inaczej kasztanowłosa dziewczyna miałaby kolejny pretekst, by robić mu wyrzuty, a bardzo tego dziś nie chciał, mając na uwadze jej słabą kondycję zdrowotną. A przynajmniej tak sobie wmawiał.
         - Gdzie? - Auror przewrócił stronę, na której znalazł dokładną lokalizację miejsca, w którym doszło do zgonu. Do tej pory Draco jedynie ciskał w niego gromami, ale po usłyszeniu adresu, a raczej dostrzeżeniu reakcji Hermiony, miał ochotę poćwiartować go na miejscu.
         - Kamienica na świętego Tomasza, mieszkanie 22 – odpowiedział, na co oczy kobiety rozszerzyły się nieznacznie, a dolna warga opadła nieco w dół; pobladła na twarzy zaledwie w sekundę, zaś ból roznoszący się w piersi, który po tych słowach poczuła, był tak silny, że czuła, jak uchodzą z niej resztki sił, nawet tych, o których nie miała pojęcia, że w niej istnieją. Przepychając się między Malfoyem a aurorem wypadła z gabinetu, trzymając się za serce i próbując odgonić czarne myśli, które nachodziły jej głowę, niczym burzowe chmury. Nie dotarła za daleko; potknęła się o dywan w przedsionku i runęła na podłogę, a przy niej od razu znalazł się Draco, trzymający ją za ramiona i usiłujący zrozumieć, co się z nią dzieje. Kolejne słowa wystarczyły, by i jemu krew przestała płynąć w żyłach.
         - Boże, Ron – wyszeptała Hermiona, a ściśnięte gardło zapiekło boleśnie.


         Niczym na trzepaku pod blokiem na metalowym pręcie rozłożone zostało nagie ciało Rona, zwisające smętnie ku podłodze zalanej wnętrznościami wyciekającymi z rozdartej jamy brzusznej. Zwoje jelit oblepiła chmara wciąż głodnych mrówek, niemogących nasycić się resztkami z przewodu pokarmowego. Wszystko było brudne, umorusane krwią i nasieniem, a znaczna część malutkich owadów żerowała już na skórze mężczyzny i zdążyła wtargnąć w otwarte, okaleczone ciało. Mdlący zapach roznosił się po całym mieszkaniu, przeobrażając się powoli w niesamowity fetor, tak toksyczny, że prawie wyżerał drogi oddechowe. Do tej sali tortur, niczym opętana, wpadła wyrywająca się Draconowi Hermiona, która na widok zmasakrowanego przyjaciela potrafiła jedynie stać otępiała, pozwalając gorącym strugom łez płynąć bezwiednie po policzkach; nie mogła się ruszyć, czuła się jak szmaciana lalka – bez oddechu, bez czucia, bez serca. Oczy nie widziały już nic, kompletnie zaszły słonymi łzami i mgłą, nogi samowolnie gięły się w kolanach; nie pamiętała nawet, czy krzyczała, czy wyła z bólu, czy może po prostu milczała, wykrwawiając się od środka, aż nie zostało z niej kompletnie nic. Nie zarejestrowała nawet, że Malfoy wyprowadził ją z mieszkania Ronalda, tuląc do piersi, niczym małą dziewczynkę, pozwalając się wypłakać, choć wiedział, że to jedynie krople w oceanie rozpaczy, w którym kobieta się znalazła. On też, patrząc z oddali na martwego rudego, nie ukrywał cierpienia zalewającego go ogromnymi falami, w których tonął, nie mogąc złapać powietrza; obejmował Hermionę, jakby była jego jedynym ratunkiem, trzymając mocno za plecy i przyciskając policzek do rozpalonego od gorączki czoła. Dopiero teraz dotarło do niego, że stracił osobę, która była mu przyjacielem, i jak wiele dla niego robiła. Wtedy też pierwsza łza spłynęła po bladym policzku, a w piersi rozniósł się trzask pękającego z bólu serca.


         Pogrzeb odbył się zaledwie trzy dni później, a spalone ciało Rona złożono w urnie w niewielkim grobie tuż przy powoli zazieleniającym się rozłożystym dębie. Od dawna nie było tak słonecznego dnia, a w resztkach kropli deszczu, który padał całą noc, odbijały się ciepłe promienie; nawet niebu brakowało łez, by opłakiwać śmierć młodego Weasleya, który umarł zdecydowanie za szybko. W ostatniej podróży towarzyszyła mu garstka osób, głównie rodzina, choć niecała, a także Hermiona i Draco idący na tyle karawany w milczeniu, lecz na tyle blisko siebie, że bez trudy słyszeli swe ciężkie oddechy. Nic już bowiem nie będzie takie same, a strata, której przyszło im doświadczyć, wyrwała spory fragment serc i dusz, i nigdy nie uda im się tej głębokiej dziury załatać.
         Płacząca pani Weasley wspierała się na mężu i Percym, którzy prowadzili ją do grobu; Artur przypominał marę nocną – blady, z sińcami pod oczami i licznymi zmarszczkami pogłębiającymi się wraz z wiekiem. Żadne słowa nie są w stanie opisać cierpienia, którego doświadczają rodzice, gdy chowają własne dzieci. Nie mogą sobie wybaczyć, urągają śmierci, która upomniała się o syna bądź córkę stanowczo zbyt wcześnie. Jednak Ron doświadczył śmierci z wyboru oprawcy, a chyba nie istnieje mocniejsze ostrze, które przeszywa rodzica, gdy dowiaduje się, że tym razem nie musiało tak być; żal do Boga czy innej siły wyższej zawsze jest bowiem lżejszy, niż do drugiego człowieka, który odbiera życie, nawet jeśli nie jest tego w pełni świadomy.
         Marmurowa płyta spoczęła na niewielkiej krypcie, w której złożono urnę, zamykając ją i kończąc tym samym skromny pochówek, na który Ron nie zasługiwał. Wszyscy wiedzieli, że zawsze mogli na niego liczyć; lśnił jasnym światłem, nawet gdy na niebie zbierały się gęste i ciemne chmury zwiastujące nawałnicę. Jak każdy borykał się z wieloma problemami, ale nigdy się na nie nie uskarżał, zawsze brnąc przez życie z promiennym uśmiechem, który przekazywał innym. Nie zasługiwał na tak marną ceremonię; powinno się go chować tak, jak Kingsleya, nawet nie miał kto wygłosić uroczystej mowy, którą godnie pożegnano by mężczyznę. Choć może to i lepiej, ponieważ Ron był skromną osobą i nie chciałby żadnych wielkich wystąpień. Z pewnością najważniejsze jest dla niego, że na to ostatnie spotkanie przyszła rodzina, której sam nigdy się nie wypiął i nie przestał kochać. Nie powinni jednak żegnać się na cmentarzu.
         Kilka osób podchodziło do Weasleyów, składając im kondolencje, po których Molly zanosiła się coraz rzewniejszym płaczem. Hermiona zrezygnowała, ponieważ nie umiałaby spojrzeć kobiecie w oczy, zbyt wiele by ją to kosztowało; po zamknięciu wnęki powoli skierowała się ku wyjściu, a obok niej szedł równie zobojętniały Malfoy. Nie spojrzała na niego ani razu, dopiero przy bramie podniosła na niego wzrok i odezwała się przesiąkniętym smutkiem głosem.
         - Nie zasłużył na to. – Wciąż była chora, co Draco widział w sinej cerze, przekrwionych i zmęczonych oczach, a także słyszał, gdyż kobieta wciąż mocno kasłała, a w gardle zalegała jej dusząca flegma. Nie powinna wychodzić z domu, w ogóle nie powinna ruszać się z łóżka, jednak jakim byłby człowiekiem, gdyby coś takiego jej powiedział? Rozumiał potrzebę pożegnania się z przyjacielem i nikt nie mógł jej tego zabronić. Sam zresztą czuł, że musiał przyjść na pogrzeb.
         - Jak mam to powiedzieć Harry’emu – spytała, choć nie brzmiało w ogóle jak pytanie. Patrzyła nieobecnym wzrokiem na grupkę ludzi zgromadzonych na cmentarzu; rodzina Weasley bez Rona nie wydawała się już tak liczna; kolejny dowód bolesnej straty, której nigdy nie uda im się wymazać.
         - Będziesz się tym martwić, kiedy się obudzi – odpowiedział, nawet nie zdając sobie sprawy, że rozjuszył tym kobietę tak mocno, że zapragnęła go uderzyć.
         - Ciebie cokolwiek obchodzi w życiu? – zapytała bezpardonowo, zaplatając ciasno ręce na piersiach.
         - Czy zawsze masz wszystko w dupie – kontynuowała, miętosząc materiał płaszcza - ze mną na czele?
         Draco nie był zaskoczony pierwszą częścią pytań, a nawet gdyby był, zareagowałby identycznie, nie dając po sobie poznać, że słowa Hermiony go dotknęły, wywołując uczucie podobne do zawodu. Inaczej już ustosunkowywał się do fragmentu bezpośrednio dotyczącego kobiety; targały nim nerwy na tyle silne, że bez problemu wyparły z niego resztki samokontroli.
         - A czy ty zawsze musisz winić za wszystko mnie? – warknął, stając bliżej naprzeciw bladej i trzęsącej się panny Granger, która zadarła podbródek tak samo wysoko jak on.
         Wygłodniałe i agresywne zwierzęta mają to do siebie, że nie atakują od razu; czekają, aż ofiara wykona pierwszy ruch, okaże choć minimalny przebłysk lęku. Najlepszy myśliwy nie działa pod wpływem impulsu, a kieruje się jasnymi sygnałami wysyłanymi przez ciało zwierzyny, którą ma na celowniku. Malfoy dał się zwieść; w słabej i drżącej postawie kobiety nawet nie musiał doszukiwać się strachu; nie było sensu zadawać jej większych obrażeń. I to był błąd, który Hermiona umiejętnie wykorzystała, kiedy hardy wzrok złagodniał, odsłaniając bezbronną duszę, w którą z całych sił pchnęła najostrzejszy sztylet, jakim dysponowała.
         - Gdybyś mnie wtedy nie pieprzył, Ron mógłby teraz żyć – wycedziła, dostrzegając wygładzające się zmarszczki na alabastrowej skórze arystokraty. Kłamała, nawet przed sama sobą nie potrafiła tego dobrze ukryć, a jednak brnęła w oszustwo dalej, jakby liczyła, że pozwoli wyzbyć się choć części nagromadzonego żalu. - To wszystko przez ciebie. Nie żyje tylko przez ciebie.
         Draco już wiedział, że przegrał, a raczej powinien był się tego domyślić już na samym początku, gdy tylko zadała mu pierwsze pytanie. Zaślepiony niezdefiniowanymi uczuciami żywionymi do kobiety pozwolił jej robić to, na co tylko miała ochotę; ranić tak dotkliwie, że trawiący serce i rozum ból stał się nie do opisania. Hermiona jednak nie obwiniała go za śmierć Rona, a za odrzucenie, za to, że kolejny raz nie dał jej szans na zaistnienie w swoim życiu, a już na starcie przekreślił to, co do niego czuje, nie chcąc nawet spróbować uwierzyć w budującą się między nimi relację. Bo jej nie ma, a wszystko, co zrodziło się w kobiecie w trakcie upojnej nocy było jedynie iluzją powstałą na skutek zagubienia seksualnego; on to rozumiał, ona jeszcze nie przejrzała na oczy, więc nie mógł jej winić.
         Przestąpił z nogi na nogę, rozchylając delikatnie spierzchnięte wargi, które po chwili zamknął, a mięśnie na twarzy nieco stężały. Spuścił wzrok na ziemię, przełykając cicho ślinę, a rozwiane przez wiatr platynowe kosmyki miękko spłynęły na czoło. Był aż nazbyt świadomy, że jeśli spojrzy na Hermionę, to dostrzeże w nim cierpienie, ale jeśli będzie przed nią uciekał, nie da wiary ani jednemu słowu. Serce uderzało ciężko i powoli w piersi, ale w końcu uniósł głowę, patrząc na kobietę apatycznym wzrokiem, a jej rozgoryczone oczy rozbłysły w pełnej okazałości z nagromadzonego smutku.
         - Bardzo lekko rzucasz ciężkie słowa – odparł nieco ciszej, niż zamierzał, obserwując trzęsące się wargi panny Granger i zachodzące łzami oczy. Nie chciał na to patrzeć, nie potrafił zachowywać się wobec jej żalu obojętnie. Wyminął ją bez słowa, słysząc ciężko wypuszczane powietrze i czując drgania wątłego ciała; jeśli się zatrzyma, znów da się wpędzić w iluzję uczuć. Coś go jednak zmusiło do obrócenia się ku kobiecie, a widok mokrych od łez oczu boleśnie ugodził do w pierś. - Obyś kiedyś ich nie żałowała.
         Po tych słowach zaczął się oddalać wąską ścieżką między rozkwitającymi brzozami. Hermiona oplotła się ciaśniej rękami, jakby do końca chciała zniszczyć rozpadające się na kawałeczki serce, wykrwawiające się o wiele za wolno, niż chciała. Nie potrafiła już dłużej znosić tego ogromnego nakładu bólu, którym obarczało ją życie; samolubnie twierdziła, że na niego nie zasłużyła i niczym przecież nie zawiniła, by zostać tak ukaraną. Podświadomość jednak myślała inaczej i nim się spostrzegła, potoki łez sunęły po zapadniętych, lekko zaczerwienionych policzkach, spływając po brodzie na brązowy szalik przewiązany na szyi.
         - Już ich żałuję – mówiła do siebie łamiącym się głosem, ściskając całych sił klatkę piersiową, gdy odłamki serca zaczęły odsłaniać kolejne rany. - Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo, Draco.


         Praca bez Rona była znacznie cięższa, niż mogłaby przypuszczać, ale nie poddawała się. Sumiennie przyjmowała leki przepisane przez lekarza, jednak choroba nie odpuszczała, a wieczorami miała wrażenie, jakby się nasilała; wciąż miała stan podgorączkowy, a temperatura na termometrze od kilku dni nie chciała spadać, jakby zatrzymała się prawie na trzydziestu ośmiu stopniach i żaden antybiotyk nie mógł jej ruszyć. Czuła się fatalnie, bolały ją zatoki i płuca od mokrego kaszlu, a w gardle wciąż gromadziła się utrudniająca oddychanie flegma, z którą nijak potrafiła sobie poradzić. Mogłaby przyjąć tysiące tabletek, wlać w siebie hektolitry syropów, ale byłaby w tak samo kiepskiej formie, gdyż problem leżał w psychice, nie w organizmie; smutek zadręczał ją każdego dnia, przypominając o szczęśliwych momentach, które przeżyła razem z przyjacielem, uświadamiając coraz boleśniej, że nie zbudują nowych wspomnień; na zawsze pozostanie w niej pusta dziura powstała po stracie rudzielca. Nocami męczyły ją wszelkie przykre słowa, które kiedyś do niego powiedziała, choć nie było ich zbyt wiele; mimo że Ron wybaczał jej każdorazowy wybuch złości, tolerował humorki, podczas których często się na nim wyżywała bądź obarczała winą za najgłupszą błahostkę, czuła, jakby to brzemię spoczywało wciąż na barkach, naciskając coraz mocniej i wywołując żal do samej siebie; dobrze wiedziała, że to nieprawda, a jednak noc potrafiła przynieść jedynie większy smutek, niż ten, z którym mierzyła się codziennie. Gdziekolwiek nie poszła, wszystko przypominało jej o przyjacielu, którego nie uświadczy już przy boku; laboratorium, prosektorium, nawet głupi korytarz, gdzie często się spotykali przy kominkach – nie zobaczy już więcej rudej czupryny, białego fartucha, a przede wszystkim podnoszącego na duchu uśmiechu; nawet gdy życie dawało mu w kość, ten szczery i promienny grymas był przy nim. Nie w sposób było się nie zgodzić, że ludzie śmiejący się najgłośniej, w środku są najbardziej smutni.
         Nie naciskała, a nawet przez myśl jej nie przeszło, by prosić rodzinę Weasley o zgodę na przeprowadzenie sekcji zwłok; nie miała też na tyle siły, by zlecić owo zadanie któremukolwiek protegowanemu przyjaciela, zresztą samo zbieranie dowodów z miejsca zbrodni było bardzo trudne, gdyż pracujący z Ronem pozostali patolodzy nie potrafili wytrzymać w mieszkaniu dłużej niż godzinę, czemu w ogóle się nie dziwiła; sama była tam zaledwie chwilę i tyle w zupełności jej wystarczyło. Jeśli sama nie mogła czegoś zrobić, to nie było sensu przymuszać do tego innych. Była zresztą przekonana, że Percy odmówiłby jej przeprowadzenia badań jeszcze zanim zaczęłaby o nich mówić. Należało również zaznaczyć, że nowy Minister Magii bardzo wycofał się od śmierci brata z życia swych pracowników i uświadczenie go w Ministerstwie stało się praktycznie niemożliwe, a jeśli już do niego przychodził, to nie wpuszczał nikogo do gabinetu, odprawiając z kwitkiem od sekretarki. Tym bardziej zaskoczyło ją wezwanie do biura, gdyż Weasley nie chciał się z nikim widzieć. Prawdę mówiąc, nie miała nawet podejrzeń, w jakiej sprawie ją do siebie prosi.
         Po cichym „proszę” weszła do pomieszczenia, w którym wiele się pozmieniało, od kiedy Percy objął stanowisko Ministra; brakowało ciepła i rodzinnej atmosfery, z którą zawsze się spotykało i można było wyczuć już w progu; zastąpiły ją surowe meble, zimne ściany i sztywna formalność, a nie trzeba mówić, jak ciężko było się do niej przyzwyczaić; ulubiony i wysłużony fotel Kinga zniknął chyba najszybciej z gabinetu, a w jego miejsce wstawiono czarne, obrotowe siedzisko, którego oparcie przypominało wieko od trumny, nawet kształt był bardzo zbliżony.
         Hermiona stanęła na środku chłodnych paneli w ciemnym odcieniu, zaplatając ręce za plecami, w których spoczywała paczka chusteczek. Percy dumał nad filiżanką herbaty, prawdopodobnie dawno wystygłą, gdyż nie unosił się z niej nawet najmniejszy obłoczek. Już na pogrzebie mogła zobaczyć, że nie jest z nim najlepiej; ostro odcinające się worki pod oczami, choć to niemożliwe, stały się jeszcze mocniejsze, postarzając pomarszczoną twarz co najmniej o dziesięć lat, a mężczyzna przecież już dawno do młodzieniaszków się nie zaliczał. Choć koszula była jak zawsze idealnie wyprasowana, to nie pomagała w pozbyciu się wrażenia, jakoby rudy powoli staczał się na samo dno; miał bardzo ciężkie i zmęczone oczy, zupełnie jakby każdej nocy zasypiał nad kieliszkiem najgorszego alkoholu, którego nawet kloszardzi nie chcą brać do ust. Zauważyła również, że nie rozstaje się z małym pudełkiem białych tabletek, które łyka praktycznie garściami, oczywiście wtedy, gdy pojawi się w pracy.
         - Panno Granger, przejdę od razu do rzeczy – odezwał się po dłuższej chwili, podnosząc się z fotela i podchodząc do obrazu, na którym widniał jego autoportret. – Mamy bardzo poważny problem. Cztery morderstwa, zero postępów, to niekorzystny dla nas bilans.
         - Przypominam, że jedno z nich zostało odgórnie wstrzymane – skomentowała wypowiedź przełożonego, pociągając cicho nosem, przez co od razu zatoki dały o sobie boleśnie znać.
         Percy obrócił się ku Hermionie po lekkim westchnięciu, splatając ręce na plecach i krocząc ku niej bardzo powoli ze wzrokiem tkwiącym w podłodze.
         - Jakie są pani stosunki z panem Malfoyem? – zapytał bezpardonowo, nie patrząc na nią nawet przez sekundę; kręcił się przed własnym biurkiem, czekając na odpowiedź, lecz nie wyglądał, jakby specjalnie mu na niej zależało.
         - Jestem jego kuratorką – odparła spokojnie, lecz na dźwięk nazwiska arystokraty zapiekło ją boleśnie w piersi.
         Mężczyzna nieprzerwanie spacerował wzdłuż gabinetu, stawiając kroki tak cicho, że praktycznie nie było ich słychać, przez co wydłużające się milczenie wyjątkowo ją uwierało. Rudy dumał dość długo, a raczej błądził myślami gdzieś bardzo daleko, będąc obecnym tylko ciałem w dość sporym biurze; reszta znajdowała się w zupełnie innym miejscu. Panna Granger przesuwała za nim wzrokiem, próbując odgadnąć, o co może przełożonemu chodzić i czemu tak nagle poruszył postać Malfoya, a coś jej podpowiadało, że nie wróży to nic dobrego. I nie pomyliła się, gdy Percy w końcu się odezwał, siadając na brzegu biurka i wyciągając z szuflady niewielki granatowy notes, w którym od razu rozpoznała własność Rona.
         - Panno Granger – zaczął – zapytam wprost. Jak wytłumaczy pani obecność materiału genetycznego pana Malfoya na każdym z czterech miejsc zbrodni? Nie muszę dodawać, o które morderstwa dokładnie chodzi.
         Stała jak wmurowana w podłogę, nie potrafiąc nawet uciec przed przeszywającym wzrokiem przełożonego, który machał między rozstawionymi nieco szerzej nogami skoroszytem brata. Pytanie wydawało jej się nierealne, jakby Weasley stroił sobie z niej żarty, a przecież wszyscy wiedzieli, że Percy nie jest zbyt jowialną osobą. Nim myśli zaczęły właściwie funkcjonować, składając zadane pytanie w całość, rudy zdążył posłać ku niej kolejne, otwierając w międzyczasie notes i przekartkowując go pomału, aż dotarł do właściwych zapisków.
         - Gdzie znajdował się pan Malfoy w dniu śmierci Lucjusza Malfoya?
         - Był w Azkabanie – odparła od razu, wodząc za Percym wzrokiem, gdy ten znów zaczął kręcić się po gabinecie, lecz tym razem niebezpiecznie blisko niej. Gdyby nie zatkany nos, bez trudu mogłaby wyczuć zapach wody kolońskiej, której używał zdecydowanie za dużo, aż potrafił dusić przez intensywność. Nawet teraz szczypało ją od niego w gardle.
         Na odpowiedź kobiety mężczyzna uniósł na sekundę wyżej brwi, przerzucając kilka kartek, aż zatrzymał się na kolejnych notatkach.
         - A gdzie był pan Malfoy, gdy doszło do morderstwa Blaise’a Zabiniego?
         - Nie wiem – odpowiedziała, mimo że dokładnie wiedziała, gdzie wtedy był Draco, a raczej sam jej to powiedział, choć wcale tego nie sprawdziła. Zaczęły się w niej budzić dziwne obawy i złe przeczucia, gdy Percy kolejny raz uniósł wyżej brwi, jednocześnie zaciskając z rozdrażnienia wargi.
         - Aha – odparł nonszalancko, niemal wyrywając kolejną stronę z zeszytu Rona – a wie pani może, co robił pan Malfoy w nocy z trzydziestego na trzydziestego pierwszego marca, gdy zamordowano Gregory’ego Goyle’a?
         Hermiona pokręciła przecząco głową, choć też wiedziała, gdzie był wtedy arystokrata. Zachowywała się, jakby się bała powiedzieć rudemu prawdę, choć nie kryło się za nią nic podejrzanego. Percy widocznie miał inne zdanie, gdyż rzucił niespodziewanie skoroszytem o blat drewnianego biurka, na co podskoczyła zaskoczona i nieco przestraszona, a serce zabiło jej dwa razy mocniej w piersi.
         - I kiedy zginął Ronald również nie wie pani, gdzie przebywał pan Malfoy, prawda? – Choć nie krzyczał, to w głosie miał więcej agresji, niż jakby się na nią wydzierał. Uniosła na niego wzrok, dostrzegając trzęsące się ręce, wysypujące z niewielkiego pojemniczka sporą garść pastylek na dłoń, które natychmiast połknął, nawet nie rozglądając się za szklanką wody, którą mógłby popić lekarstwa. Przez moment na postarzonej zmarszczkami twarzy rudzielca zobaczyła grymas bólu, a gdy otworzył oczy, źrenice były znacznie powiększone; oddychał ciężko i głośno, przez co trudno było jej się skupić na przepływających przez głowę myślach. Trochę mu zajęło dojście do siebie, a kiedy się uspokoił, stał się jeszcze bardziej podłą osobą, aniżeli był do tej pory.
         - Zadałem pani proste pytanie – ponaglił ją tonem nieznoszącym sprzeciwu – i oczekuję klarownej odpowiedzi, panno Granger.
         Dopiero teraz do Hermiony dotarło, do czego Percy pije. Ów ukryty przekaz obudził w niej pokłady złości, którą miała ochotę na nim wyładować, lecz coś cudem trzymało jej nerwy na wodzy. Zacisnęła mocno ręce w pięści, miażdżąc praktycznie opakowanie z chusteczkami, a oczy zmrużyły się, spoglądając na przełożonego z niedowierzaniem i mocną pogardą, jakiej jeszcze nigdy do niego nie żywiła.
         - Malfoy nie ma nic wspólnego z tymi morderstwami – odpowiedziała stanowczo, hardo wpatrując się w niebieskie tęczówki, które rozbłysły po chwili miliardem iskierek, a usta wykrzywiły się w cynicznym uśmieszku, a raczej jego cieniu. Podniósł się z biurka i zaczął wokół niej krążyć, niczym wygłodniały sęp nad padliną. Czuła się niekomfortowo, przez co narastały w niej jeszcze większe nerwy, a ciało już praktycznie trzęsło się ze złości, gdy wbijała krótkie paznokcie niemal do krwi w dłonie.
         - Na jakiej podstawie wysuwa pani takie wnioski? – zapytał, dając jej jednocześnie do zrozumienia, że nie ma się co silić na tłumaczenia, gdyż nie uwierzy jej w żadne słowo. Mimo wszystko nie zrezygnowała, i choć nie widziała rudego, gdyż szlajał się gdzieś za jej plecami, to mogła sobie wyobrazić obrzydliwy uśmieszek czający się w kącikach wąskich warg, z którym z pewnością na nią spoglądał, aż robiło jej się od niego niedobrze.
         - Bo Malfoy był wtedy ze mną – odrzekła, patrząc się z uporem maniaka na rozpościerający się na ścianie za fotelem wielki obraz przedstawiający rozwieszony na gałęzi suchego drzewa zegar, a także drugi spływający po jakiejś szafce; był też i trzeci, ale nie potrafiła powiedzieć, na czym został namalowany; niby było to jakieś zwierzę, ale do żadnego niepodobne.
         - Wtedy? – Usłyszała zjadliwy głos tuż przy uchu, lecz nie ruszyła się nawet o centymetr.
         - Gdy zamordowano Rona – odparła, odczuwając delikatną ulgę, gdy Percy odsunął się od niej i powolnym krokiem zbliżył się do biurka, na którym leżał notes brata. Przesunął po nim ręką, by następnie usiąść w fotelu i schować go z powrotem w szufladzie, splatając dłonie pod brodą i podnosząc na nią wzrok, który był tak przerażająco daleki, jakby za mgłą, że nabrała większej pewności, iż rudy faktycznie szprycuje się jakimiś środkami psychotropowymi. Nie czuła się w ogóle bezpieczna, wręcz mocno zagrożona, gdy tym apatycznym spojrzeniem lustrował ją z góry na dół, uśmiechając się pod nosem niczym wariat.
         - Panno Granger – odezwał się rudy, postukując palcami o drewniany blat, a w drugiej dłoni trzymał łyżeczkę, którą mieszał herbatę w porcelanowej filiżance – ja nie wnikam, czy pan Malfoy był wtedy na pani, pod panią, czy też w pani.
         Obdarzył ją jadowitym uśmieszkiem, przykładając brzeg naczynka do ust. Hermiona spięła się jeszcze mocniej, unosząc wysoko podbródek z mocno zaciśniętą szczęką.
         - Posuwasz się za daleko, Percy. – Była wściekła i z premedytacją mówiła do niego po imieniu, doskonale zdając sobie sprawę, jak bardzo go to rozjuszy. Ale nie potrafiła zachować trzeźwości umysłu wobec tego, co do niej powiedział. Nawet nie chciała dociekać, skąd dowiedział się o seksie z Draco; wystarczyło jej, że wtargnął na jej życie prywatne, a tego za żadne skarby mu nie przepuści.
         - Jak już, to panie Ministrze – skomentował z nieco zmarszczonym nosem uwagę kobiety, odstawiając nietkniętą herbatę na spodeczek, a szkło zadzwoniło dźwięcznie o siebie. - I chyba nie muszę pani przypominać, że uprawianie stosunku seksualnego w miejscu pracy jest pogwałceniem regulaminu.
         Omal nie zapowietrzyła się na słowa rudego. Otworzyła nieco szerzej usta, wypuszczając przez nie głośno powietrze, jakby chciała się zaśmiać. Pokręciła kilka razy przecząco głową, przełykając przy tym nagromadzoną w gardle ślinę.
         - Jesteś bezczelny – warknęła do niego, zaciskając mocno zęby i oddychając znacznie szybciej przez targające nią nerwy. Nie umiała w tym momencie opisać, jak bardzo nienawidzi Weasleya. Sądziła, że doświadczyła już wszystkich plugawych posunięć, którymi dysponował, ale to, co robił teraz, to, jak bardzo nią pogardzał i upokarzał, przekroczyło wszelkie granice przyzwoitości.
         - Nie wywiązuje się pani ze swych obowiązków kuratorskich, co stwierdzam z niesamowitą przykrością. – Odstręczający uśmiech rozciągał się na wargach Percy’ego, przekładającego jakieś dokumenty między palcami, na których z daleka widziała swoje nazwisko. - Z pozostałych niestety również, a ja nie mogę dłużej tolerować tej niesubordynacji. Na dodatek powinienem udzielić pani surowej nagany za wspomniany występek z udziałem pana Malfoya, jednakże przymusowy urlop, na który panią wysyłam, sądzę że jest wystarczający, by zastanowiła się pani nad swym postępowaniem.
         Czuła się wystarczająco źle, ale pandemonium, którego właśnie doświadczała, było znacznie gorsze od wszelkiej choroby czy depresji po śmierci przyjaciela. Nie wiedziała już, czy ma ochotę płakać, czy rozszarpać przełożonemu gardło. Gdyby jednak zrobiła jedno czy drugie, upadłaby na samo dno, a nie zamierzała dać rudemu ostatecznej satysfakcji. Zwijając usta do środka oblizała suche wargi, potrząsając nieco głową i splatając ręce na piersiach, usiłując zachować resztki godności, której Percy bardzo chciał ją pozbawić.
         - Przymusowy urlop – powtórzyła – czyli mogę już nie wracać do Ministerstwa.
         Brwi Weasleya uniosły się na chwilę w górę w akompaniamencie głośnego nabrania powietrza do płuc.
         - Tymczasowo przekażę pani obowiązki innemu aurorowi. - Sięgnął po leżące na biurku pióro, za pomocą którego zaczął składać na rozpościerających się przed nim dokumentach podpisy, które następnie przyozdobił pieczęcią Ministerstwa wystrzeliwaną z różdżki. - Równocześnie odsuwam panią od trwających śledztw. Od dziś także nie sprawuje już pani dalszej kurateli nad panem Malfoyem.
         Wręczył jej papiery, które praktycznie wyrwała mu z ręki, składając na pół i upychając w tylnej kieszeni spranych dżinsów.
         - Super, kurwa – zaklęła, walcząc z łamiącym się z nerwów głosem.
         - Proszę się wyrażać z większym szacunkiem – upomniał ją, podnosząc się z fotela i podchodząc do niej, jakby zaraz miał wyciągnąć ku niej rękę i podziękować za kilkanaście lat pracy. Percy jednak miał swoją godność i nigdy w życiu nie posunąłby się do czegoś tak uwłaczającego jego osobie; był zwyczajnie zbyt próżny, by sobie na taki gest pozwolić.
         - Po tym wszystkim nie mam do ciebie za grosz szacunku, Percy – wymówiła jego imię z takim nakładem nienawiści, że aż sama była pełna podziwu. Do tego pogłębiająca się między brwiami zmarszczka utwierdziła ją w przekonaniu, że dopięła swego i wreszcie cierpliwość zaczęła opuszczać rudą gadzinę.
         - Jestem pani przełożonym, proszę… - Nie dała mu dokończyć, z premedytacją wchodząc mu w słowo, i uśmiechając się przy tym tak złośliwie, że miała szczerą nadzieję, że nie wygląda gorzej od niego.
         - Wiesz co? Pocałuj mnie w dupę, panie Ministrze – dodała z naciskiem na ostatnie słowa, obserwując urażoną twarz mężczyzny. Zastanawiała się jeszcze, czy nie splunąć mu w twarz, ale było już na to zdecydowanie za późno, gdyż wyszła z jego gabinetu, trzaskając z całych sił drzwiami, a huk rozniósł się po całym budynku, docierając nawet do podziemi. Sekretarka przestraszyła się jej reakcji, a jeszcze bardziej była zaskoczona, gdy Percy wyłonił się z biura i krzyknął za kasztanowłosą dziewczyną.
         - Panno Granger, proszę natychmiast wrócić, nie skończyłem…
         - Mam urlop aż do odwołania! – odkrzyknęła od wyjścia, rozkładając szeroko ręce i machając mu otrzymanymi dokumentami. - Nic już nie muszę!
         Po powrocie do domu opuściły ją wszelkie siły i potrafiła jedynie usiąść na podłodze w salonie, zanosząc się płaczem nad szklanką burbona, którym popijała rozłożone przed sobą antybiotyki. Mimo że wśród papierów wręczonych przez Percy’ego nie było zwolnienia, to będąc odsuniętą od śledztwa czuła, że właściwie straciła pracę i została z niej brutalnie wyrzucona. Nie wspominając już o Malfoyu, z którym właśnie przez to cholerne kuratorstwo miała kontakt. Teraz nie ma już nic; straciła przyjaciela, zdrowie, posadę, a także odebrano jej skrawki uczuć, które chciała z siebie wyrzucić, ale nie potrafiła. Dopiero, gdy zostały jej zabrane, uświadomiła sobie, że tak naprawdę nigdy nie chciała się ich pozbywać.
         Miała wrażenie, że ciało unosi się na wodzie; obraz był rozmazany, kręciło jej się w głowie, a przed oczami migotały białe punkciki zlewające się w olbrzymią plamę, która nieustannie się powiększała. Czuła też zapach kwiatów, w którym przeważały liliowe nuty, od których dziwnym trafem nie mdliło jej. Ktoś coś do niej mówił, ale nie słyszała, co dokładnie; brzmiało jak jakaś rymowanka pełna dziecięcej radości płynącej z życia. Gdyby tylko znała słowa, wiedziałaby, że z życiem mają one niewiele wspólnego.